500 lat Reformacji

Ewangelicy podkreślają, że okrągła rocznica wystąpienia Marcina Lutra, która w tym roku przypada, nie jest właściwym przedmiotem ich świętowania. Jest nim mianowicie 500-lecie Reformacji – procesu, który Luter zapoczątkował. Reformacja, jakkolwiek ją definiować, nie dokonała się za życia Lutra. On nie przeprowadził Reformacji, a jedynie ją zapoczątkował. Trwa więc już 500 lat Reformacja – to jest właściwa okazja do tegorocznych refleksji, podsumowań, a także do różnego rodzaju świętowania (nabożeństwa, koncerty, konferencje). Ten niuans znaczeniowy jest bardzo ważny: nie chodzi w tym roku o rocznicę legendarnego przybicia tez do drzwi kościoła w Wittenberdze, ale o trwanie tego, co wtedy zaczęło się w łonie Kościoła, a szybko przeniosło się poza jego obręb. Bo co się zaczęło? Zaczął się – niestety – kolejny jego podział.

Marcin Luter, augustianin, publicznie sprzeciwił się negatywnym zjawiskom, które wtedy w Kościele bezsprzecznie zachodziły. Stereotypowo mówi się, że sprzeciwił się kupczeniu odpustami. Chodzi o to, że różnego rodzaju objazdowi kaznodzieje przemierzali wówczas Europę i głosząc kazania zbierali datki na budowę monumentalnej Bazyliki św. Piotra. Końcowy efekt architektoniczny tej inwestycji jest znakomity. Natomiast łączny bilans przedsięwzięcia, w obliczu rozpadu wspólnoty eklezjalnej, jest fatalny. Owi szesnastowieczni kaznodzieje mieli podobno pobudzać ofiarność wiernych kontrowersyjnymi zachętami, w których uzależniali zakres darowania kar czyśćcowych od… wysokości ofiary złożonej na budowę rzymskiej bazyliki. Źle to musiało wyglądać. Tym bardziej, że uzyskane w ten sposób fundusze były czasem, jakbyśmy to dziś powiedzieli, w niejasnych okolicznościach dzielone między papieża, a dostojników duchownych, którzy wykazywali się szczególną skutecznością w ich zdobywaniu. Były też inne nadużycia, które mogły się nie podobać. Karty dziejów Kościoła, które zapisali ówcześni papieże, mówiąc oględnie, nie należą do najjaśniejszych. Nie wchodząc w szczegółowe analizy (bo nie o tym ten wpis) trzeba uczciwie dziś przyznać, że sprzeciw Lutra był w wielu punktach zasadny.

Warto jednak pamiętać, że Luter ani nie chciał założyć ani nie założył odrębnej wspólnoty kościelnej. Jego reformacyjnym postulatem była reforma Kościoła w obszarach, które pozwolił sobie wskazać. Powstanie nowych, tzw. poreformacyjnych wspólnot kościelnych, okazało się niezamierzonym skutkiem ubocznym procesów, które Luter zainicjował i nad którymi do końca nie zapanował. Do rozłamu w Kościele doszło, choć wcale dojść nie musiało. Gdyby kościelni dostojnicy oddelegowani do załatwienia sprawy z niemieckim mnichem, wykazali się nieco większą rozwagą… Gdyby rozmawiali z Lutrem, jakbyśmy to dziś powiedzieli, bardziej po partnersku, gdyby próbowali rozwiązać problem bardziej dyplomatycznie, gdyby wreszcie potraktowali swojego adwersarza bardziej serio. W internecie można odnaleźć akta przesłuchania Lutra przez papieskich legatów, także w tłumaczeniu na j. polski. „Psy kąsają, twój ojciec z pewnością był psem” – rzymskie ekscelencje odnosiły się do polemicznych wypowiedzi przesłuchiwanego augustianina mało merytorycznie. O tym też nie chcę pisać, ale w stylu rozmów prowadzonych w Lutrem widzę jedną z przyczyn kolejnego zawstydzającego rozłamu Kościoła. Sam Luter też święty nie był, ale dziś nie o Lutrze.

Reforma Kościoła była wówczas potrzebna, co potwierdził zwołany krótko potem Sobór Trydencki – jeden z najbardziej skutecznych. Kościół nie chciał podejmować reform pod wpływem pism niemieckiego zakonnika. Na niesubordynowanych duchownych były bowiem inne sposoby – jeden z nich zastosowano sto lat wcześniej wobec Jana Husa. Rozmowy z Lutrem nie szły dobrze, a jego reformatorskie pomysły zyskiwały szerokie i rozrastające się grono zwolenników. Katalog różnic doktrynalnych i innych kwestii, w których nie udało się porozumieć zwolennikom Lutra i przedstawicielom papieża, stał się na tyle precyzyjny, że rozłam okazał się nieunikniony. Fatalnie to wszystko się wówczas potoczyło. Sami luteranie dość szybko też zaczęli się dzielić – ile jest dziś wspólnot kościelnych i grup religijnych, które powstały jako rezultat procesów, które zainicjował Luter – nie wiem, podejrzewam że dużo.

Reformacja, wbrew pierwotnym intencjom Lutra, potoczyła się tak, że Kościół się zreformował, ale nie tak, jak wyobrażał sobie inicjator Reformacji. Reformacja nie była naprawą tego, co w Kościele wymagało naprawy, a stała się początkiem nowych wspólnot kościelnych. Słusznie ktoś zauważył, że gdyby odpowiedzią na wystąpienie Lutra był Sobór Watykański II, a nie Sobór Trydencki – może podziały w Kościele zachodnim nie zaszłyby tak daleko…

Są jednak wnioski do wyciągnięcia zarówno z samego wystąpienia Lutra, jak i z wielowiekowej Reformacji. Sposób, w jaki władze kościelne potraktowały Lutra w XVI wieku, nie powinien nigdy więcej się powtarzać. Dlaczego? Bo była to formuła działań nieewangelijnych – tak nie rozwiązuje się problemów we wspólnocie Kościoła. Tak – czyli z pozycji władzy, siły, czyli nieuczciwie. Mam czasem wrażenie, że tej lekcji w Kościele nie odrobiliśmy. Są sytuacje, w których model relacji nie tylko między samymi duchownymi, ale także między duchownymi a świeckimi wciąż pozostawia wiele do życzenia. Sama natomiast Reformacja widziana z perspektywy katolickiej, nie była niczym innym niż trwającym przez stulecia upartym konserwowaniem istniejącego podziału. Oczywiście wszystko z ich winy. Jedyną formułą ewentualnego zjednoczenia Kościoła mógł być powrót ewangelików do Rzymu, najlepiej na kolanach, z głową posypaną pokutnym popiołem. Wtedy moglibyśmy ewentualnie zastanowić się, czy może niewiernym lutrom w jakimś stopniu i pod pewnymi warunkami przebaczyć. A co z naszymi błędami, które wówczas Luter trafnie wypunktował? W ostatnich dekadach, w głównej mierze dzięki Soborowi Watykańskiemu II, dużo się u nas zmieniło, moim zdaniem – na lepsze. A dzięki Janowi Pawłowi II, a ostatnio także dzięki Franciszkowi tzw. dialog ekumeniczny między naszymi kościelnymi wspólnotami zaczął przynosić pierwsze rezultaty. Uzgodniliśmy przynajmniej jeden poważny temat (usprawiedliwienie – 1999). Zaczęliśmy jednak z sobą rozmawiać formalnie i nieformalnie – na tym polega faktyczny postęp. Spraw do uzgodnienia pozostaje jednak bardzo dużo, a jeśli posuwamy się do przodu, to trudno mi oprzeć się wrażeniu, że robimy to w rytmie: trzy kroki w przód, dwa kroki w tył.

Jesteśmy w tej chwili bardzo przywiązani do dyscyplinarnych i organizacyjnych kontekstów funkcjonowania Kościoła. Tak mocno się z tymi didaskaliami identyfikujemy, że odbudowania kościelnej wspólnoty nie tylko nie potrafimy sobie w tej chwili wyobrazić, ale zwyczajnie jej nie chcemy, nie potrzebujemy. Nie czujemy obciachu, jakim dla świata są podziały wśród chrześcijan.  Jezus chciał, żeby na fundamencie Piotra powstał jeden Kościół. Jezus nie powiedział: „Ty jesteś Piotr – Opoka i na tej opoce zbuduję moje Kościoły: rzymskokatolicki, prawosławny, ewangelicko – augsburski, ewangelicko – reformowany, metodystyczny, baptystyczny, anglikański, episkopalny i wiele innych, a bramy piekielne ich nie przemogą”. Tam „Kościół” był w liczbie bardzo pojedynczej! Ale nas to dzisiaj jakby mniej zajmuje, bo oni są winni, a my mamy rację. Wychodzi na to, że słowa Jezusa nie są w Kościele wcielane w życie. A bo to pierwszy raz w dziejach…?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>