Bp Bronakowski – Bp Pytel 0:1

Niedawno miałem możliwość ekumenicznego przeżycia jednej z niedziel. Ekumenizm ów nie był zbyt wyszukany – polegał jedynie na tym, że z samego rana poszedłem na mszę św., a potem wybrałem się na nabożeństwo w kościele luterańskim. Co warto podkreślić, nie były to kościoły tzw. „zwykłe”, np. peryferyjne, ale reprezentatywne w skali regionu świdnickie świątynie: katolicka katedra i tamtejszy kościół pokoju.

Tak sobie myślę, że idąc na liturgię do katedry można oczekiwać, że będzie to – nie wiem, jak to nazwać… – jakaś emenacja utrwalonej, lokalnej pobożności eucharystycznej, jakiś lokalny standard liturgicznych postaw. Uogólniając: że będzie tam coś więcej niż to, czego można by doświadczyć w każdym kościele. Podobnie idąc do kościoła pokoju w Świdnicy – można oczekiwać, że nabożeństwo też będzie na swój sposób dla luteran reprezentatywne, choćby dlatego, że poprowadzi je luterański biskup wrocławski, który jest tam proboszczem. Kościół pokoju skusił mnie też samym sobą, bo sam w sobie jest wart, aby go obejrzeć (światowe dziedzictwo kulturowe UNESCO). Poza tym, jak co roku, tamtejsze niedzielne nabożeństwo (tzw. kantatowe) znalazło się w harmonogramie Międzynarodowego Festiwalu Bachowskiego. Wiadomo więc, że poszedłem. Chcąc, nie chcąc, po tych dwóch liturgiach nasuwają się pewne wrażenia porównawcze, by nie powiedzieć – ocenne.

Najbardziej bulwersujące – nie mogę o tym nie napisać – jest zestawienie wykonywanej wtedy w obydwu świątyniach muzyki. To oczywiście nie należy do teologicznie rozumianej istoty rzeczy, ale w tym zestawieniu katedra wypadła katastrofalnie. Trudno narzekać na śpiew wiernych, bo on jest wypadkową długotrwałych przyzwyczajeń, na które decydujący wpływ posiada styl gry na organach. A pan organista wołał o pomstę do nieba. I to dosłownie. Kompletny brak rytmiki w akompaniamencie i przygrywkach do pieśni skazywał na porażkę wszelkie próby śpiewacze wiernych. Nachalny wokal, a’la wczesny Seweryn Krajewski skutecznie narzucał się uszom, ale jako narzędzie prowadzenia śpiewu wiernych kompletnie się nie sprawdzał. Harmonia współbrzmień, którymi organista raczył zebranych, wskazywała na niepokonalne uwikłanie w nawyki, które – mówiąc najbardziej ogólnie – drastycznie rozmijały się z duchem muzyki liturgicznej. Negatywne wrażenia z katedry można oczywiście jakoś tłumaczyć. Po pierwsze, trwający akurat u ewangelików festiwal z pewnością znacząco zawyżał poziom muzyczny nabożeństw w kościele pokoju. Po drugie, okres wakacyjny mógł mieć wpływ na poziom muzyki liturgicznej w katedrze – być może grało tam wtedy jakieś mniej lub bardziej przypadkowe zastępstwo? Gdyby chodziło o jakiś inny kościół, tzw. „zwykły”, nie byłoby o czym pisać, ale to jednak była katedra… Jak widać, muzyka nie jest tam istotą celebracji, z pewnością jest nią co innego. W każdym razie było tak, że wyszedłszy z katedry, z chęcią udałem się ku kościołowi pokoju.

Prezbiterium katedry w Świdnicy

Tym, co przede wszystkim chcę zestawić, są niedzielne kazania w obydwu świątyniach. Z tym jest niejaki kłopot, bo u nas był wtedy list biskupa, a u lutrów – kazanie klasyczne. Forma pisana i mówiona – czy można to rzetelnie zestawić…? Ale ponieważ jedno i drugie było w kościele, podczas niedzielnej liturgii, po czytaniu Pisma św., do podobnych adresatów, z podobną intencją ogólną, a ponadto luterski proboszcz w Świdnicy jest jednocześnie ichniejszym biskupem, uznaję, że wrażenia z tych dwóch kaznodziejskich fenomenów są porównywalne.

Prowadzący nabożeństwo luterańskie był jakby jednym z nas, mówił do nas (nie tylko w czasie kazania), wcześniej z nami się przywitał (później też się pożegnał), w wielu momentach nabożeństwa siedział też wśród nas, choć z przodu. Tamtejszy celebrans, o ile tak można napisać o duchownym ewangelickim, głoszący jednocześnie kazanie, bp Waldemar Pytel, nawiązywał do spraw bliskich doświadczeniu słuchaczy, choćby do trwającego festiwalu i rozbrzmiewającej tego dnia w świątyni muzyki. Albo do twórczości Woody’ego Allena – na samym początku, aby skuteczne przykuć uwagę wiernych. Jego kazanie było niezwykle, wręcz akademicko dopracowane, doskonałe w formie. W każdym momencie kaznodzieja dbał o to, aby utrzymywać kontakt z wiernymi, nie tylko wzrokowy, ale także mentalny. Starał się zachowywać intelektualną uczciwość, nie popadał w odległe od ludzkich doświadczeń abstrakcyjne formuły teologiczne.

Bp Waldemar Pytel

Jakże inny w odbiorze był list bp. Bronakowskiego. Odezwa dotyczyła trzeźwości w miesiącu sierpniu (jest taki jakby zwyczaj, żeby sierpień promować, jako miesiąc trzeźwości). Temat trzeźwości jest bezdyskusyjnie ważny! Kiedy piszę te słowa, przychodzi do głowy kilka pomysłów, jak można by zacząć tego rodzaju list czy kazanie. Myślę o znanych mi – nie koniecznie z własnego doświadczenia – przykładach z życia, przykładach z filmów, z literatury (np. Marek Hłasko, Jerzy Pilch). Wyobrażam sobie, że mogłaby to być oddziałująca na emocje refleksja o świadomości egzystencjalnych zagrożeń płynących z nadużywania alkoholu. Przewodniczący zespołu Konferencji Episkopatu Polski ds. Apostolstwa Trzeźwości miał jednak inną koncepcję. Nie muszę jej szczegółowo opisywać, bo tamten list – w przeciwieństwie do tamtego kazania – jest powszechnie dostępny. List bp. Tadeusza Bronakowskiego jest tekstem polemicznym, wręcz antagonistycznym. Mowa jest w nim o wrogach wolności narodu, o ośmieszaniu inicjatyw trzeźwościowych, o skandalu, jakim jest dostępność alkoholu i jego reklama, o potrzebie udzielenia przez każdego z nas odpowiedzi na pytanie, czy chce się być po stronie niszczących Naród czy po stronie przyszłych zwycięzców, którzy Naród chronią. Nie tylko o tych kwestiach pisze ekscelencja, ale wydźwięk listu przypomina relację z pola walki, w której jeńców nie będzie. Podkreśla też wagę wrześniowego kongresu trzeźwości, który zorganizowany zostanie w Warszawie. Nie mam poczucia, że ta odezwa cokolwiek zmieni, że w jakimkolwiek zakresie złagodzi problem, którego list dotyczy. Ale może ten mój brak poczucia sensu jest błędny – nie wiem.

Kazanie w kościele luterańskim było zdecydowanie lepsze, lepsze w odbiorze, lepiej przygotowane, lepiej wygłoszone. A u nas – jak to u nas, ludziska przyszły, wybiła godzina, fachowcy od celebracji pojawili się na swoich miejscach, profesjonalnie przeprowadzili wszystkie procedury i czynności, a na koniec wyszli swoim służbowym wyjściem. A ludzie – swoim. Jakiś smutny ksiądz powiedział na początku, że wita wszystkich w „XVII niedzielę zwykłą w ciągu roku”. Miałem poczucie, że wcale nas nie wita, tylko tak mówi. U nas było bardziej na niby, a u nich – bardziej naprawdę. Zbyt upraszczające? Mam jeszcze inne kryterium, które wprowadziłem jakiś czas temu na użytek własny. Ponieważ msza św. ma swoje obrzędowe źródło w Ostatniej Wieczerzy, szukam w niej tych elementów, które dają się zakotwiczyć w atmosferze Wieczernika. Wydaje mi się, że im jest ich więcej, im więcej atmosfery wieczerzy, im więcej międzyludzkiej bliskości, tym bardziej liturgia jest bliższa swoim źródłom. A im mniej… Gdyby bp Bronakowski napisał scenariusz Ostatniej Wieczerzy, Apostołowie prawdopodobnie usłyszeliby manichejskie tyrady o trwającej walce dobra ze złem, w której nie można się wahać. Dobra Nowina – tak, ale władze musiałaby stworzyć odpowiednie uwarunkowania prawne, a rodziny, małżonkowie musieliby dawać osobisty przykład… Strach pomyśleć, co byłoby dzisiaj, gdyby wtedy padły właśnie takie wytyczne…

Nie udał się ten list. M.in. z tego powodu, że pisanie abstrakcyjnej ogólnopolskiej zachęty do trzeźwości, jest zwyczajnie bezcelowe. Może gdyby księża mieli nawyk kreatywnego podawania wiernym treści tego typu odezw (bo czasem jest tak, że list lepiej opowiedzieć niż przeczytać)… Ale gdzie tam, przecież przeczytać łatwiej. Tę niedzielę kaznodziejsko (i muzycznie) przegraliśmy. Przynajmniej w Świdnicy. Na szczęście na tym jednym liście świat się nie kończy!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>