Człowiek spotkania

Wkrótce miną dwa lata od czasu, kiedy w szwajcarskich Alpach zaginął ks. Krzysztof Grzywocz, duchowny diecezji opolskiej i ceniony kierownik duchowy. Poruszony jego zaginięciem podzieliłem się wtedy wspomnieniem o tym kapłanie, którego miałem okazję osobiście poznać.

Ukazała się niedawno książka – zbiór jedenastu rozmów z bliskimi znajomymi ks. Grzywocza. Rozmowy, z wyjątkiem jednej, przeprowadził ks. Łukasz Żaba, doktorant z zakresu teologii duchowości. Przeczytałem tę książkę z ogromnym zainteresowaniem. Moje czytelnicze nastawienie nie było czysto poznawcze. Informacje przyswajałem tak, jak przyswaja się wiedzę o niewidzianym dawno znajomym. To, czego się z lektury dowiadywałem, starałem się scalać z tym, co było mi znane wcześniej. Po lekturze przyznaję, że moja wiedza o ks. Grzywoczu była bardzo fragmentaryczna i w dużej mierze nieaktualna (bo też moja znajomość z nim ograniczyła się do najwyżej kilkunastu indywidualnych spotkań w połowie lat 90.). Większość informacji z tej książki była bardzo cenna. Cieszę się, że taka książka powstała!

Podoba mi się wybór rozmówców. Są wśród nich osoby, które naprawdę być wśród nich powinny. Nie ma lepszej drogi, aby poznać kogoś, zwłaszcza ex post, niż rozmowa z osobami, które tego kogoś znały. Znajomości ks. Grzywocza z rozmówcami ks. Żaby były zróżnicowane. Ich głębokość, jak i zakres nieco inaczej przedstawiały się, gdy idzie o jego brata, inaczej w przypadku znajomych duchownych, inaczej w przypadku studentów i byłych studentów. Dzięki rozmówcom i spisanym z nimi rozmowom poznajemy szeroki wolumen relacji, w jakich funkcjonował ks. Grzywocz. Uderza uczciwość, z jaką je wszystkie traktował. Po przeczytaniu tej książki nie mogę oprzeć się wrażeniu tyleż odkrywczemu, co przecież oczywistemu: jak bardzo dojrzałym człowiekiem pozostawał ks. Grzywocz! Żył nie tylko wśród ludzi, ale naprawdę z ludźmi. Nie zauważyłem w tych rozmowach, żeby dzielił swoje relacje na zawodowe i prywatne. On trwale i realnie funkcjonował w relacjach z ludźmi. Był człowiekiem wiary i naturalnej pobożności, był terapeutą najwyższych lotów, potrafił też prowadzić zniuansowane analizy dzieł sztuki, umiał skoczyć po bułki na śniadanie, lubił zabierać bratanków w góry, lubił pobiegać z kolegą, a wieczorem lubił zobaczyć dobry film. Niech to nie zabrzmi patetycznie, ale zintegrowany obraz kapłaństwa i człowieczeństwa, jaki wyłania się z rozmów o ks. Grzywoczu, bardzo do mnie przemawia. Jeszcze raz powtórzę: cieszę się, że powstała ta książka! Kibicuję też innym inicjatywom, których celem jest gromadzenie, porządkowanie i prezentowanie dorobku konferencyjnego, kaznodziejskiego i rekolekcyjnego ks. Grzywocza. Warto to robić. Bardzo!

Mam też kilka innych refleksji po przeczytaniu książki „Człowiek spotkania”. Dotyczą one m.in. sposobu prowadzenia większości rozmów. Moim zdaniem sposobu tego nie można uznać za szczególnie udany. Jako czytelnik odnoszę wrażenie, że ks. Łukasz Żaba z każdym rozmawiał tak, jakby zbierał materiał do pracy naukowej z określonym (co oczywiste) z góry tematem. Logika przeprowadzonych wywiadów finalnie przymusza czytelnika do uznania, że ks. Grzywocz «człowiekiem spotkania» był. Gdyby nie rozmowa z p. Makarczuk, z ks. Lippą czy ostatnia w książce rozmowa z o. Augustynem, której jednak ks. Żaba nie prowadził, otrzymalibyśmy przekaz mocno jednokierunkowy. Nie jest tak, że przyjęty styl prowadzenia wywiadów wyklucza przepływ ciekawych informacji. Tak nie jest – napisałem o tym wyżej. Choć – drugi kamyk do ogródka – ks. Łukasz zadania swoim rozmówcom nie ułatwiał. Nie do końca klarowna wydaje mi się rola, jaką w tych rozmowach odgrywa prowadzący je ksiądz. To pytający i znawca w jednym. W wielu miejscach odnoszę wrażenie, że jeśli już zadaje pytania, to tylko takie, na które dobrze zna odpowiedź i wcale tego nie ukrywa. Często wyręcza wywiadowanych, podsuwa im tropy, dzieli się własnymi refleksami. Zdarza się oczywiście, że zadaje pytania szczere, i to jest piękne. Za często jednak – niestety – prosi o odniesienie się do swoich przemyśleń. W dodatku część rozmówców, ujęta obiektywną zgrabnością refleksji ks. Żaby, pozwala się zamknąć w jego schematach pojęciowych i myślowych. Tylko, że – o ile dobrze rozumiem – rozmowy miały być o ks. Grzywoczu, a nie o tym, co ks. Łukasz Żaba myśli o ks. Grzywoczu na obecnym etapie swojej refleksji.

Zastanawiam się, jak wyglądałaby ta konkretna książka, gdyby rozmowy z tymi samymi osobami przeprowadził ktoś inny, np. profesjonalny dziennikarz? Jak układałyby się rozmowy, gdyby prowadził je człowiek, który być może słuchał czasem niektórych wykładów ks. Grzywocza albo odsłuchał tylko kilka jego wystąpień dostępnych w sieci, a być może nie słuchał ich wcale, który spowiadał się kilka razy u niego lub kogoś innego albo dawno u spowiedzi nie był w ogóle, który jeździł lub nie jeździł w góry itd. Z pewnością większy dystans prowadzącego rozmowy sprawiłby, że przynajmniej niektóre z nich potoczyłyby się inaczej. Czy stworzyłyby lepsze warunki do swobodnego dzielenia się informacjami i refleksjami przez rozmówców? Śmiem twierdzić, że tak. Czy obraz ks. Krzysztofa, jaki wyłoniłby się z tak poprowadzonych rozmów, byłby inny? Nie wiem, być może aureola wokół jego głowy nie świeciłaby tak intensywnie. Tytułowa kwestia „człowiek spotkania” wzbudza mój dystans. Ks. Grzywocz świetnie znał się na sztuce, dbał o sprawność fizyczną, był zanurzony w życiu rodzinnym, był przede wszystkim cenionym kierownikiem duchowym, ale też wykładowcą. Owszem, jego rozliczne posługi odbywały się w formie spotkań. Jasne, że w każdym z obszarów jego posługiwania spotkania były ważne. Równie jasnym jest jednak, że te wszystkie spotkania były formą, narzędziem, środkiem do jakiegoś celu.

Świetnie czyta się rozmowę z ks. Lippą. On, jako bodaj jedyny rozmówca, taktownie acz asertywnie rozbija niektóre stereotypowe klisze ks. Żaby, nie tylko w aspekcie odbioru dzieł sztuki. Ta rozmowa jest intelektualnie inspirująca, w tej rozmowie jasno podzielone są role, a wywiadowany nie daje się zamknąć w schematach pytającego. Czytelnik wiele na tym zyskuje, a pytający niczego na tym nie traci, naprawdę! Cenię sobie rozmowę z o. Augustynem. W kontekście zaginięcia ks. Grzywocza w górach, znany jezuita wspomina m.in. o hipotezie samobójstwa. Takie (czy inne) pomysły wydają się w odniesieniu do ks. Grzywocza nieprawdopodobne, ale przecież intelektualnie uczciwa książka może (powinna?) być okazją, aby i takie myśli nazwać i wyrazić. Dlatego odczuwam niedosyt, kiedy mowa jest o spotkaniach ks. Grzywocza z p. Makarczuk, o ich spacerach, o byciu razem w milczeniu… Aż się prosi, aby pójść tropem tej rozwijającej się między mężczyzną a kobietą przyjaźni. Domyślam się, że to brzmi gorsząco, że nie wypadało dopytać o gesty czułości, o intymność. Szkoda, ks. Grzywocz to też człowiek.

Ta książka jest pierwszą, być może trochę spontaniczną próbą uchwycenia fenomenu ks. Grzywocza. Powstała w gronie przyjaciół, jest przepojona szacunkiem do ks. Grzywocza, jego dorobku, jego duchowego przewodnictwa. Książka jest dziełem bardzo wartościowym. Jej wartość polega przede wszystkim na tym, że w godnej formie skupia refleksje grupy osób, które sporo ks. Grzywoczowi zawdzięczają. Jestem przekonany, że jako taka, trafi też do serc i umysłów wielu innych ludzi, którzy też o nim z szacunkiem myślą lub pomyślą. To piękne i potrzebne świadectwo. Rozumiem wyjątkowość i unikatowość ks. Grzywocza, sam jej poniekąd w skromnym choć ważnym zakresie doświadczyłem. Wiem jednak, że są też inni. Są ludzie, których formował, a którzy teraz mają szansę pokazać, że potrafią jego inspiracje dalej samodzielnie rozwijać i wdrażać w życie. Są dzieła, którym patronował i które powinny nadal się rozwijać. Wierzę, że tak właśnie będzie. A do lektury zachęcam!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>