„Czyńcie sobie ziemię poddaną” -

- to fundamentalne zdanie, na którym należy budować rozwiązania dla uchodźców. Te problemy są realne, to dzieje się naprawdę. Dla nas, w Polsce, wciąż dzieje się niejako na niby, bo wyłącznie w mediach, ale de facto dzieje się naprawdę. Lada miesiąc, lada tydzień może się zdarzyć, że uchodźcy z krajów tradycyjnie muzułmańskich pojawią się w mojej odwiecznie chrześcijańskiej dzielnicy, na mojej najbardziej kościelnej ulicy, i muszę być gotowy: inwestować w antywłamaniowe żaluzje, czy szykować kanapki i butelki z wodą? A ty? Wiesz już, jak się zachowasz? Poglądy – poglądami ale co konkretnie zrobisz, jeśli to wydarzy się naprawdę? Co zrobisz albo przynamniej co pomyślisz jeśli oni (kilka, kilkanaście rodzin) pojawią się na twojej ulicy, pod twoimi oknami?

Zalew abstrakcyjnych refleksji na temat uchodźców jest przeogromny. Z tego materiału powstanie kiedyś niejeden doktorat i to nie tylko z socjologii. Dyskutują wszyscy: dyżurni politycy, publicyści, duchowni różnych stopni, koledzy w pracy. Każdy wychodzi z jakiegoś założenia, każdy dostrzega jakąś genezę, jakieś historyczne przyczyny, przewiduje jakieś dalekowzrocznie skutki takiej czy innej decyzji, większej czy mniejszej otwartości. Chłonąc mimowolnie tę medialną mieszankę, nie czuję się jednak przez to przygotowany na przyjście uchodźców. Czuję większy dystans wobec części polityków, przestałem obserwować jednego z czołowych publicystów katolickich, którego toksyczne wpisy zatruwały mój twitterowy TL, nie przestaje zadziwiać mnie nasz Episkopat, niemal nie zauważający problemu, którym żyje cała Europa.

Jako człowiek uformowany w głównej mierze przez Biblię, przyjmuję tamto wezwanie skierowane do pierwszych ludzi, jako klucz do rozumienia tego, co się dzieje i do podejmowania działań, czy to indywidualnych czy wspólnych. Gdybym był uformowany przez listy pasterskie – pewnie nie zauważałbym problemu; gdybym był wyznawcą którejś z partii wiedziałbym, że trzeba dokopać tej drugiej partii i to wystarczy, aby czuć się bezpiecznie; gdybym był publicystą, musiałbym wysilić się na erudycyjny esej historyczno – teologiczno – polityczny, z którego wynikałoby, że musimy uważać, bo obcy na nas idą. Tymczasem po tygodniach słuchania, czytania, dyskutowania i przetwarzania danych – przyszedł mi na myśl tamten tekst biblijny.

Ziemia została nam dana, ma nam służyć, mamy korzystać (roztropnie!) z jej bogactw, mamy czynić ją sobie poddaną. W realizacji tego wyzwania nie ustanowił Bóg dodatkowych kryteriów, np. religijnych, geograficznych, ekonomicznych – to było fundamentalne wezwanie skierowane do ludzi (nie tylko do katolików…). Nie powinniśmy zatem budować między sobą murów czy rozstawiać zasieków, bo żaden kawałek ziemi nie jest bardziej mój. Biblijna idea czynienia sobie ziemi poddaną zakłada pierwotne, powszechne przeznaczenie dóbr. Rzeczywistość natomiast bardzo się skomplikowała. W kontekście uchodźców oczywistość powszechnego przeznaczenia dóbr stała się skrajnie nieoczywista. Ludzie, którzy powinni to biblijne ujęcie promować, przybliżać, wyjaśniać, udzisiejszać – mędrkują mętnie, błąkając się po obrzeżach zdrowego rozsądku. Biblijne wezwanie stało się dla nich pretekstem do snucia skomplikowanych rozważań z pogranicza historii politycznej świata i egzegezy rozrywkowej. Wynika z tych ponurych wynurzeń, że nasz półwysep europejski, dla niepoznaki zwany kontynentem, jest na ziemi miejscem szczególnym, które należy się nam, a nie im. Oni nie mogą tutaj tak po prostu przyjść, bo są inni, są nam „obcy kulturowo”. W naszym sąsiedztwie nie mogą ot tak sobie zamieszkać muzułmanie, żydzi, czy buddyści, bo przecież u nas tak nie jest. Jakby to wyglądało? My, jako ludzie w Europie jesteśmy w porządku z naszym bezpieczeństwem, prawami człowieka, tolerancją, bogactwem, a oni, jako inni, po prostu tutaj nie pasują. Ich pojawienie się u nas jest niezgodne z naszymi zasadami. Trzeba być bardzo ostrożnym. Nie da się wykluczyć (a niektórzy są tego wręcz pewni), że tamci, to zasadniczo terroryści i zasadniczo idą tutaj nas mordować (może nie wszyscy ale większość). Tamci to także darmozjady, nieroby, którzy przejmą nasze miejsca pracy albo zasiłki. Tamci to wreszcie ekstremiści obyczajowi i religijni, którzy zabronią nam używać dzwonów w kościołach, krzyży i choinek w miejscach publicznych i zakażą paradowania w bikini na plażach (o cholera, mniejsza o te dzwony…). W tej ostatniej kwestii, pisząc serio – no cóż, jeśli zmiany obyczajowe będą się u nas dokonywać przy pomocy reguł demokratycznych, jeśli grupa muzułmanów uzyska np. większość w jakiejś lokalnej radzie miasta? Byłaby to większość muzułmańska, wśród ludności „rdzennie chrześcijańskiej”, która tak naprawdę z chrześcijaństwem od dziesięcioleci ma niewiele wspólnego. Może taka większość, per saldo, wyszłaby nam na dobre?

Póki co prezentujemy zabobonne myślenie o innych, oparte na niewiedzy (częściowo zawinionej), na uprzedzeniach cynicznie podsycanych przez osoby publiczne, na ideologiach promowanych przez poszukujących intelektualistów. Nasze poglądy i nasze niezdarne decyzje i działania w kwestii uchodźców w przeważającej mierze nie mają nic wspólnego z chrześcijaństwem ani z biblijną ideą powszechnego przeznaczenia ziemi i jej dóbr. Biblia, co to mają ją ci obcy zmarginalizować, od dawna u nas nie działa. Dowód? Aby chrześcijańska Europa mogła zająć się tematem uchodźców, zamiast zastosowania zasad biblijnych, wypracowuje kompromisowe mechanizmy unijne. „Kwotowy” system przyjmowania uchodźców przez poszczególne państwa jest żenującą protezą miłości bliźniego. Zręczniej byłoby w tym temacie nie wycierać sobie gęby chrześcijaństwem…

Tacy z nas chrześcijanie, jak z uchodźców muzułmanie – wszyscy jesteśmy przede wszystkim ludźmi. Tym co nas kształtuje są nasze przyzwyczajenia: my chcemy naszej bezpiecznej tolerancyjnej ideowej europejskości, uchodźcy chcą bezpieczeństwa i lepszych warunków życia. To się da pogodzić: nasze bezpieczeństwo, nasza europejska tolerancyjność, po przyjściu uchodźców nie będą już takie same, jak wcześniej. Ale wyobrażenia naszych gości o bezpieczeństwie i warunkach życia w Europie także nie zrealizują się tak, jak sobie to wyobrażali wyruszając w drogę. Zdaje się że tej świadomości nabywają już w trakcie drogi…

Struktury państwa muszą stać na wysokości swoich zadań: policja, służby, straż graniczna – to wszystko musi działać skutecznie. Utopijna wspólnota wszystkich ze wszystkimi prędko nie nastanie. Ale pierwotne, fundamentalne powszechne przeznaczenie dóbr wymaga otwartości i solidarności. Każde inne podejście byłoby, tak po ludzku, rażąco niesprawiedliwe. Zdając sobie sprawę, jak nikły jest w Europie poziomu absorbcji zasad biblijnych, trzeba mierzyć się z problemem uchodźców po ludzku: postępując jak ludzie z ludźmi, jak człowiek z człowiekiem. Odrobina emocji, odrobina rozsądku, odrobina wyobraźni pozwolą nam na nowo uczynić sobie ziemię poddaną. Przy czym niewykluczone, że mierząc się z problemem uchodźców trzeba będzie nieco zmienić „oblicze ziemi”, także tej ziemi, czyli mojej dzielnicy, a nawet ulicy.

Szczegóły trzeba doprecyzować ale dla chrześcijańskiego podejścia nie powinno być alternatywy, przynajmniej dla chrześcijan.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>