Dziennik księdza Franza Pawlara. Górny Śląsk w 1945 roku – opis pewnego czasu.

Drugie i poprawione wydanie „Dziennika” ukazało się niedawno nakładem krakowskiego wydawnictwa Azory. Ponieważ wydanie pierwsze mi umknęło, cieszę się, że nie przegapiłem drugiego! Pan Leszek Jodliński wykonał znakomitą pracę. Przetłumaczył na j. polski zapiski pławniowickiego kapelana, ks. Franza Pawlara, które ten sporządzał w formie dziennika między styczniem a kwietniem 1945 r. Tłumacz – redaktor, oprócz tego, co w podobnych przedsięwzięciach niezbędne, wnikliwie zweryfikował i niejako rozwinął (w komentarzach) wiele wątków poruszonych w „Dzienniku”. Tak więc Jodliński swobodnie prowadzi czytelnika przez gąszcz nazw miejscowości pozmienianych na Śląsku w drugiej połowie lat 30. z inicjatywy nazistów. Biorąc za punkt wyjścia nazwiska księży wtrącone przez autora „Dziennika”, biegle referuje ponadto personalia i losy duchowieństwa w rejonie Pławniowic. Odnosząc się do wzmiankowanych miejsc i wydarzeń znanych z historii (m.in. Tragedia Górnośląska, Obóz NKWD w Toszku), redaktor nie tylko pomaga czytelnikowi osadzić konkretne zapiski w prawidłowym kontekście, ale nadto odsyła do literatury. „Dziennik księdza Franza Pawlara” to solidna redaktorska i translatorska robota! Osobiście żywię przypuszczenie, że Jodliński w tłumaczeniu dodał nieco szyku zdaniom ks. Pawlara, choć zastrzegam, że oryginału nie znam. Jeśli moje przypuszczenie jest błędne, wówczas mielibyśmy do czynienia z księdzem posiadającym niewątpliwie ponadprzeciętny talent pisarski (sam redaktor – tłumacz wspomniał o tym podczas jednego ze spotkań).

 Co jeszcze zasługuje na podkreślenie w opracowaniu Jodlińskiego? Jeśli miejscowy rzemieślnik lub ktoś w Pławniowicach funkcyjny został przez ks. Pawlara wymieniony z nazwiska, redaktor skrupulatnie uzupełnia wiedzę czytelnika dodając, czym dokładnie i w jakich latach ów wymieniony się zajmował. Źródłem tej wiedzy jest kwerenda ksiąg adresowych lub wywiady z krewnymi wzmiankowanego bohatera. To właśnie, w mojej opinii, nadaje zredagowanemu przez Leszka Jodlińskiego „Dziennikowi” charakter „trójwymiarowy” – owo docieranie do krewnych bohaterów „Dziennika”, aby potwierdzić lub rozwinąć w ten sposób zapiski ks. Pawlara. Dzięki tym zabiegom książka nabiera charakteru literatury żywej, traktującej o miejscu i ludziach, którzy już odeszli, ale jednocześnie wciąż pozostają obecni. To jest książka o Śląsku i Ślązakach w czasie ostatnich miesięcy wojny (czyli literatura stricte historyczna), ale zarazem także opowieść o ludziach tu i teraz żyjących. Mówiąc wprost – to jest książka o nas!

Tyle o wrażeniach ogólnych. O czym natomiast jest ta książka? To przejmująca, osobista relacja księdza – ostatniego kapelana pławniowickiego hrabiego Mikołaja von Ballestrema, z kilkunastu dramatycznych tygodni ostatniej wojny. Niebagatelna jest wartość historyczno – kronikarska „Dziennika”. Skrupulatnie zebrane reakcje i zachowania ówczesnych mieszkańców Pławniowic pozwalają współczesnemu czytelnikowi wniknąć w atmosferę tamtych czasów. Uciekać czy zostać? Część uciekła więc, ale większość w Pławniowicach pozostała. Wyjechał hrabia von Ballestrem, wyjechała w pośpiechu część mieszkańców. Ci, co zostali, żyli w poczuciu egzystencjalnego zawieszenia. Przygnębiające są opisy dni i tygodni, w których nie wiadomo, co począć wobec nieznanego, które nadchodzi. Pojawiający się we wsi Rosjanie w żadnym razie nie są wyzwolicielami takimi, jakimi można byłoby sobie ich wyobrazić na podstawie lekcji historii nauczanej jeszcze w latach 80. minionego wieku. W opisach ks. Pawlara jest to zasadniczo dzicz, bez obycia z cywilizacją. Przykład? Nie wiedząc do czego może służyć nieznana im muszla klozetowa, była ona używana jako umywalka (wszak była w niej woda), a umywalka z kolei (był w niej odpływ), jako naczynie do załatwiania potrzeb fizjologicznych. Powszechne było bezsensowne niszczenie mienia, grabieże, samosądy, gwałty. W sposób szczególny mieli w tym przodować tzw. Mongołowie, czy czerwonoarmiści o rysach azjatyckich. Autor „Dziennika” wspomina także dni Tragedii Górnośląskiej. Z budzącą szacunek uczciwością relacjonuje swoje wątpliwości, co do obowiązku stawienia się w wyznaczonym miejscu (duchowni, którzy na rozkaz się stawili, byli jednak odsyłani z powrotem). Pewnym uspokojeniem sytuacji był kilkudniowy (a może kilkutygodniowy) pobyt w pławniowickim pałacu marszałka Iwana Koniewa, dowódcy 1 Frontu Ukraińskiego Armii Czerwonej. Zasługą ks. Pawlara, o czym dyskretnie wspomina, było zabezpieczenie pokaźnego zasobu nasion i rozsadów, którymi następnie dzielił się z mieszkańcami. Ponieważ bezpośrednio z rąk hrabiego otrzymał klucze do pałacowej kaplicy i samego pałacu, czuł się też odpowiedzialny za pławniowicki majątek. Tylko przez krótki czas udało mu się jednak wywiązać z roli depozytariusza hrabiowskich dóbr. Krótko przed nadejściem Rosjan, zarówno pracownicy pałacu jak i mieszkańcy Pławniowic, zaczęli plądrować pałac i jego obejście. Ks. Pawlar pisze o tym z ogromnym bólem, kiedy np. odkrywa wyłamane zamki lub braki w pałacowym wyposażeniu, a zwłaszcza kiedy zaczyna widywać swoich parafian w odzieży, którą zabrali z pałacu albo kiedy nakrywa ich plądrujących pałacową piwnicę. Jako duszpasterz przeżywa rodzaj załamania, które objawia się przejściową odmową udzielania sakramentu pokuty. Po przejęciu Pławniowic przez Rosjan, na kilka miesięcy ksiądz kapelan stracił dostęp do pałacowej kaplicy – działalność duszpasterską przeniósł wówczas do stodoły jednego z gospodarzy. Tuż przed Wielkanocą dostęp do kaplicy odzyskał, o czym napisał z niekłamaną radością. Nie mogąc znieść zmartwień o losy swoich najbliższych, którzy mieszkali w okolicach Raciborza, wyjechał tam pod koniec kwietnia.

Oprócz solidnej pracy, którą Leszek Jodliński wykonał, pozostaje jeszcze praca (czyt. uczciwa refleksja) do wykonania przez samych czytelników. Mnie osobiście w wielu momentach tej znakomitej książki nasuwało czy wręcz narzucało się proste pytanie: „co ja bym zrobił w tej sytuacji?”. Zostałbym czy wyjechał? Poszedłbym ukradkiem do pałacu po różnego rodzaju wyposażenie czy prowiant czy pozostałbym przy tym, co moje? Zgłosiłbym się na rozkaz w wyznaczonym czasie i miejscu czy próbowałbym tego obowiązku wtedy uniknąć? Pomagałbym nowej władzy czy trwał w mniej lub bardziej biernej opozycji do niej? To są pytania w dużej mierze retoryczne i oby – myślę sobie – takimi pozostały. Warto przeczytać tę książkę i warto nad nią pomyśleć. Polecam!

Dziennik księdza Franza Pawlara. Górny Śląsk w 1945 roku – opis pewnego czasu.
Przekład i komentarz Leszek Jodliński. www.azorywydawnictwo.pl
Foto – slider: MOKiS Pyskowice

Komentarze

  1. Marzec 3, 2018

    Leszek Jodliński Odpowiedz

    Dziękuję za tak obszerny i wnikliwy głos na temat Dziennika ks. Franza Pawlara. Dodam od siebie, iż starałem sie tłumacząc absolutnie nie być lepszym od pierwowzoru, lecz raczej pisać tak, jakby robił to ks. Franz pawlar, gdyby oryginalnie sporządzał swoje notatki w języku polskim, To gwoli wytłumaczenia się z pytania, które pośrednio pada w tekście. Jeszcze raz dziękuję za zauważenie i poświęcenie publikacji tak życzliwej uwagi.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>