Dzisiaj narysujemy śmierć

W jednym z numerów Tygodnika Powszechnego natknąłem się niedawno na odniesienie do książki Wojciecha Tochmana Dzisiaj narysujemy śmierć, w którym mowa była o zabezpieczeniu Najświętszego Sakramentu przed profanacją w Rwandzie, podczas tragicznych wydarzeń z roku 1994. Redaktor artykułu, powołując się na reportaż Tochmana napisał, że polscy księża pallotyni widząc, na co się zanosi, pozwolili schronić się w kościele w Gikondo ludziom z plemienia Tutsi. Jednak kiedy zrozumieli, że dojdzie do masowego morderstwa i że prawdopodobnie dojdzie to niego także w kościele, postanowili ochronić Najświętszy Sakrament przed profanacją – przenosząc w szatach liturgicznych monstrancję do prywatnej kaplicy misjonarzy na „plebani” – a wkrótce potem faktycznie ekstremiści Hutu dokonali masowego morderstwa na grupie Tutsi. Ludzie ginęli zarówno w kościele, jak i przed kościołem, najczęściej od ran ciętych, rąbanych, czasem od kul. W sumie ponad 100 osób. Tochman opisuje zdarzenia z placu kościelnego w Gikondo, opierając się na relacjach jednego z księży pallotynów oraz jednego z żołnierzy polskich, którzy wówczas służyli tam pod egidą ONZ. Opisy są wstrząsające i nie zamierzam ich tutaj w szczegółach przytaczać.

Cała książka Wojciecha Tochamana to relacja z podróży, jaką odbył po Rwandzie w towarzystwie młodego Rwandyjczyka, który ocalał z ludobójstwa. Reportaż zwiera przerażające szczegóły mordowania ludzi z powodu ich przynależności do plemienia Tutsi. Dziś, okazuje się, że część morderców sąsiaduje z dziećmi swoich ofiar lub nawet z niedoszłymi ofiarami. Nie zastosowano tam „grubej kreski” ale też nie rozliczono wszystkich zabójców blisko miliona zamordowanych. Tochman opisuje pojedyncze przypadki śmierci – kilka, kilkanaście sytuacji, spośród miliona. Dla mnie, z tych kilkunastu sytuacji, ważne jest jedna.

Najbardziej poruszającym był – moim zdaniem – przypadek polskich misjonarzy z Gikondo. Zastrzegam, że całą wiedzę na temat tych zdarzeń czerpię wyłącznie z reportażu Tochmana, nie mam możliwości potwierdzenia tych tragicznych faktów w innych źródłach. Wygląda to fatalnie. Księża misjonarze wynieśli z kościoła Najświętszy Sakrament, aby masowe morderstwo nie było połączone z profanacją. Pierwsze z brzegu pytanie: czy mogli zrobić coś jeszcze albo coś innego, co byłoby bardziej adekwatne do sytuacji? Trudno o dobrą odpowiedź. Tochamn wydaje się postawą polskich misjonarzy zdruzgotany. W tym samym rozdziale opisuje przykład innej parafii katolickiej, gdzie posługiwali dwaj miejscowi księża, z których jeden był Tutsi ale drugi Hutu. Ksiądz z plemienia Hutu mógł przeżyć, przechodząc na stronę oprawców, ale obydwaj solidarnie ponieśli śmierć razem ze swoimi parafianami w swoim kościele. Wiadomo, że nie można od duchownych żądać heroizmu i składania własnego życia w ofierze za innych lub razem z innymi. Z resztą pallotyni schowali jedną siostrę i jednego brata zakonnego w prywatnych pomieszczeniach, które także były przez zabójców kontrolowane ale kryjówki okazały się na tyle skuteczne, że ich nie odnaleziono. Zrobili więc, co w ich mocy? Tochman dość jednoznacznie oskarża pallotynów o grzech zaniechania oraz o skupianie się na opłatku z wody i mąki zamiast na żywych ludziach.

Moim zdaniem, jeśli ktoś chce oceniać innych ludzi znajdujących się w takiej czy innej skrajnie ekstremalnej sytuacji, musiałby koniecznie być tam i wtedy. Nie wystarczy być tam i dzisiaj, choć niewątpliwie to też wyczyn ale za mały aby ferować surowe wyroki. Po przeczytaniu reportażu Tochmana nasuwa mi się inna refleksja – jaki jest/był model pracy misyjnej w Rwandzie i jaki jest/był sens pracy misyjnej prowadzonej przez dziesiątki lat w taki a nie inny sposób, skoro wierni, w dużej części chrześcijanie, mordowali się wzajemnie? Do ludobójstwa w Rwandzie nie doszło na tle wyznaniowym – to byłoby w jakimś tragicznym sensie „zrozumiałe”, gdyby np. muzułmanie mordowali chrześcijan. Ale nie, tam nie poszło o przynależność religijną a „jedynie” o przynależność plemienną i historyczne zaszłości, które okazały się silniejsze niż zasady chrześcijaństwa. Na pewno jest sens pracy misyjnej wśród kultur plemiennych ale po wydarzeniach w Rwandzie okazało się to potężnym wyzwanie intelektualnym i obyczajowym. Prawdopodobnie nikt nie zdawał sobie sprawy – jak poważnym problemem jest skuteczna inkulturacja.

Komentarze

  1. Sierpień 29, 2014

    Marcela Odpowiedz

    Szanowni Państwo,

    Zwracam się do Państwa z uprzejmą prośbą o wypełnienie internetowej ankiety, potrzebnej mi do realizacji badań w pracy magisterskiej. Jestem studentką Uniwersytetu Śląskiego na kierunku dziennikarstwo i komunikacja społeczna. W ramach badań do pracy dyplomowej zbieram dane na temat odbioru reportażu Wojciecha Tochmana „Dzisiaj narysujemy śmierć”.
    Jeśli zatem chcecie Państwo mi pomóc i jednocześnie przyczynić się do rozwoju nauki, to serdecznie zapraszam do uzupełnienia ankiety, mieszczącej się na stronie internetowej:
    http://moje-ankiety.pl/respond-68469.html

  2. […] tam ok. 800.000 osób. Przekonująco wydarzenia te opisał Wojciech Tochman w książce „Dzisiaj narysujemy śmierć„. Nie inaczej klasyfikuje się zamachy terrorystyczne na Nowy Jork i Waszyngton z roku 2001. […]

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>