Emigracja w demokracji

Nie wiem, czy słyszeliście ale niektórzy mieszczanie w USA przeprowadzają się do innych części swoich miast, aby dzięki temu zmieścić się w rejonie wybranej dla dziecka szkoły. Obowiązuje tam ścisła rejonizacja, więc inaczej nie da się zmienić szkoły. Wydatki z tym związane i praca rodziców oraz komfort docierania do pracy przez rodziców schodzą wówczas na plan dalszy. Takie przemyślane i kompleksowe wspieranie kariery edukacyjno – zawodowej dzieci wymaga w USA dużej elastyczności, a nawet – powiedzmy szczerze – poświęcenia. Nie wszyscy tam oczywiście migrują za szkołą ale niektórzy – owszem, bo tak jest lepiej dla ich dzieci.

Podobny problem i podobny styl myślenia był jednym z pobocznych, problematycznych tematów, który wybrzmiewał na marginesie kampanii prezydenckiej: emigracja. Koledzy z pracy dość surowo ocenili dziś wyraźny trend wyjazdów z kraju za lepszą pracą lub za pracą w ogóle. Zestawiając wyjeżdżających i przyjeżdżających, w tym powracających, bilans migracji w skali kraju jest zdecydowanie ujemny i liczyć go trzeba w milionach Polaków. Liczbę naszych rodaków, którzy wyjechali, zamieszkali i pracują w innych krajach, szacuje się podobno na 2 mln. Na szczęście moi młodsi koledzy nie uznają tego zjawiska za skutek rządów PO. Ich zdaniem jest to negatywne zjawisko o szerszej i bardziej długofalowej genezie. Choć za rządów PO Polacy mieli przyjeżdżać do ojczyzny, a nie wracają albo – jak prawią dowcipni twórcy memów – przyjeżdżają tylko po resztę rzeczy. Emigracja zarobkowa przedstawiana jest jednoznacznie negatywnie, jako skutek nieudolności rządzących i naszej niewydolności gospodarczej – jedno z drugiego ma wynikać, które z którego – nie wiem. Stanowczo się z tym myśleniem nie zgadzam!

Nie tylko kształcenie w USA ale i kształcenie u nas (np. studia) i poszukiwanie pracy i budowanie podstaw dorosłego życia to procesy dynamiczne. Nie mają nic wspólnego z biernym trwaniem, oczekiwaniem i domaganiem się. Może kiedyś można było żywić takie oczekiwania albo wyobrażenia, zgodnie z którymi ukończenie np. technikum leśnego albo studiów teologicznych powinno pozwolić absolwentom na podjęcie pracy zgodnej z kierunkiem wykształcenia, bo jeśli nie pozwala, to znaczy, że państwo źle działa. Dziś już wiadomo, że tak po prostu nie jest. Można się z tym wewnętrznie nie zgadzać albo obrażać ale we współczesnej Polsce nie wszystko zależy od państwa i od rządzących nim polityków (chwała Bogu!). Wyzwania rynku pracy nie są skutkiem niczyjej nieudolności, wynikają z mechanizmów gospodarki rynkowej.

Działa ona tak, że np. szkoła zawodowa, chcąc otworzyć dzisiaj klasę stolarzy, nie może tego uczynić bez zapewnienia, a przynajmniej bez uczciwego zbadania realnych perspektyw zatrudnienia absolwentów. Trudno też uruchomić kształcenie w zawodzie szwacz obuwnik, bez liczenia się z aktualnym realnym zapotrzebowaniem rynku na tego typu fachowców. Dramatyzm sytuacji polega i na tym, że w momencie rozpoczęcia edukacji zawodowej perspektywy wydają się stabilne, a potem wszystko się zmienia. Zdarza się, że uczniowie klas I kształcących w zawodzie górnik eksploatacji podziemnej otrzymują od przyszłych pracodawców certyfikat „gwarancji zatrudnienia”, a już rok później wiadomo, że ów papier będzie miał wartość bardzo znikomą. Coraz powszechniejsze, i to nie tylko na poziomie studiów, są tzw. kierunki zamawiane – pracodawca prosi np. o wykształcenie 10 mechaników, obiecując, że absolwentów zatrudni. Ten mechanizm działa w każdej branży: jeśli jest potrzeba zatrudnienia osób z odpowiednimi kwalifikacjami, szuka się ich i zatrudnia najlepszych. Edukacja i rynek pracy są dziś, a na pewno powinny być elastycznie powiązane na poziomie regionów. Młodzież i dorośli muszą być dziś otwarci – w ramach realizacji życiowych celów – na zdobywanie nowych kwalifikacji i doświadczeń, na zmiany miejsca zamieszkania, na przejściowe utrudnienia, nawet na poświęcenia. W szerszej skali oznacza to czasem zmianę miejsca zamieszkania. Kiedyś mówiło się o masowym exodusie młodzieży ze wsi do miast, dziś mówi się o migracji z jednych miast do innych oraz o wyjazdach z naszego (i nie tylko!) kraju poza jego granice.

Szansa znalezienia pracy za granicą nie jest z założenia czymś złym. Jasne, że wygodniej byłoby mieć pracę na miejscu, najlepiej po drugiej stronie ulicy. Ze względów rodzinnych – nawet lepiej, gdyby tak było. Dywagując w ten sposób, odrywamy się jednak niepostrzeżenie od rzeczywistości. Poszukiwanie zatrudnienia i organizowanie warunków dorosłego życia wymaga postawy aktywnej i kreatywnej, szansa poszerzenia obszaru poszukiwań o inne kraje – musi być oceniona tylko pozytywnie. I wcale nie wskazuje to dzisiaj na mankamenty naszej gospodarki! Gospodarki w dobie globalizacji funkcjonują na zasadzie naczyń połączonych – przepływ kapitału, dóbr i osób jest w tym świecie czymś absolutnie naturalnym. Nawet jeśli nie dla każdego mobilność zawodowa będzie rozwiązaniem łatwym czy optymalnym – to na pewno perspektywicznie pozytywnym. Dlatego nie chciałbym, aby treścią kampanii wyborczej były sposoby ściągania do kraju naszych rodaków, którzy wyjechali do USA, Kanady, Wielkiej Brytanii, Włoch, Niemiec, Norwegii itd. Jeśli niektórzy (bo na pewno nie wszyscy) czują się tam niekomfortowo i chcieliby wrócić – muszą o to zawalczyć nie licząc jednak na zaproszenie. Odważną inicjatywę, którą wykazali się wyjeżdżając, powinni teraz przekuć na podobnie odważną inicjatywę powrotu do ojczyzny. Nie roszczenia, a inicjatywa jest potrzebna. Dorosłe życie we współczesnym świecie wymaga dużej samodzielności zarówno za granicą, jak i w kraju (tym czy innym).

Niektórzy z nas posyłają dzieci do szkół z bursą lub internatem, bo jeśli można i warto, to czemu nie posyłać? Wielu – ze względu na odległość – wynajmuje mieszkanie w miejscu pracy, a do domu wraca na weekendy. Wyjeżdżając do pracy za granicę można – idąc po najmniejszej linii oporu – zostać na przysłowiowym „zmywaku”, czy przy „taśmie”, ale ucząc się języka, szukając szans, stawiając sobie cele – można osiągnąć sporo. Coraz więcej polskich szkół uczestniczy w wymianach międzynarodowych, podczas których młodzież bezpośrednio uczy się myślenia, zgodnie z którym jedynym wyzwaniem we współczesnym świecie jest komunikacja – nie odległość, bo można ją łatwo i tanio pokonać, nie komfort życia, bo będąc konsekwentnym można go stale polepszać ale właśnie umiejętność komunikowania się, język. Z całą resztą można sobie poradzić. Dlatego młode pokolenie, urodzone w demokratycznej Polsce, nie powinno już mówić o zarobkowej emigracji. To słowo powinno być zarezerwowane dla lekcji historii albo dla opisywania sytuacji w innych krajach, do których „emigracja” zdecydowanie lepiej przystaje niż do nas. U nas jest wolny rynek i jest demokracja. Ostatnio trochę nieprzewidywalna ale zawsze to demokracja.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>