Fanatycy dawniej i dziś

Kilka dni temu w mediach pojawiły się informacje o tym, że fanatycy z samozwańczego „państwa islamskiego”, poza mordowaniem chrześcijan (zob. „Holokaust chrześcijan”), szantażują też makabrycznie mieszkających tam jazydów (religia zawierająca elementy różnych tradycji, głównie islamu, chrześcijaństwa, judaizmu). „Islam albo śmierć” – brzmi dla nich ostateczna alternatywa. Podobno część wybiera jedno, część drugie. W mediach podali, że 80 mężczyzn wybrało śmierć. A zaczynało się niewinnie – do spacerującego na targu z papierosem mieszkańca tamtejszej okolicy podszedł nieznany mu (przyjezdny) mężczyzna, wyjął mu papierosa z ust, rzucił na ziemię i zgasił butem. Na pretensje miejscowego przyjezdny odpowiedział groźbami. Inny miejscowy spacerował z popularną w tamtych stronach fajką wodną, do niego też podszedł obcy, agresywny facet, odebrał mu fajkę i rozbił na jego oczach rzucając o ziemię. To, co dzieje się tam obecnie to konsekwencja niekontrolowanego biegu wypadków. Jacyś nie wiadomo skąd wzięci fanatycy brutalnie zawłaszczyli spory kawał ziemi na pograniczu syryjsko – irackim i założyli samozwańczy kalifat. Przeżycie gwarantuje tam tylko islam, wyznawcom innych religii grozi śmierć.

W połowie III wieku Cesarstwem Rzymskim rządził przez 3 lata niejaki Decjusz. W jego czasach wielu chrześcijan zostało zmuszonych do złożenia ofiary przed posągiem cesarza. Chodziło o nasypanie kilku ziarenek dymiącego kadzidła na rozżarzone węgielki – tylko tyle, może jeszcze drobny ukłon i dostawało się urzędowy dokument, tzw. libellus, potwierdzający złożenie ofiary „cesarzowi, jako bogu żyjącemu”. Wielu chrześcijan składało te ofiary, co oczywiście nie oznaczało że wewnętrznie wyparli się wiary, po prostu chcieli ocalić życie. Byli i tacy, którzy heroicznie odmawiali, za co najczęściej karano śmiercią za „przynależność do świętokradczej sekty”. Inni uciekali, jeśli mogli. Jeszcze inni libellus kupowali – była taka opcja, do to były prześladowania prowadzone nie przez religijnych fanatyków ale przez urzędników… Ale zagrożenie śmiercią za przyznanie się do chrześcijaństwa było realne.

W średniowieczu role jakby się odwróciły – śmierć groziła wówczas za uporczywe nie-bycie chrześcijaninem. Ale uczciwie trzeba przyznać, że stosowano dwie strategie chrystianizacji: pochodzącą od Karola Wielkiego praktykę zbrojnego nawracania na chrześcijaństwo, z którą równolegle istniało drugie podejście, reprezentowaną przez pobożnych mnichów, biskupów (np. św. Wojciech, Otton z Bambergu), polegające na głoszeniu wiary słowem i przykładem własnego życia. Nawracanie pod przymusem, odbierane przez innowierców jako fanatyzm, było pozornie skuteczne ale czy w rzeczywistości – nie wiadomo. Zarówno pojedynczym ludziom, jak i całym społecznościom groziła śmierć, jeśli nie było się ochrzczonym. Warto było wtedy przyjąć chrzest, nie tylko z motywów religijnych.

W czasach II wojny światowej rozegrało się wydarzenie, które na zawsze pozostanie dla mnie punktem odniesienia dla bycia heroicznym chrześcijaninem: św. Maksymilian Kolbe (chrześcijanin) dobrowolnie oddał życie za innego człowieka (chrześcijanina). Nie był ofiarą makabrycznego szantażu, prześladowania ani przymusu – poświęcił swoje życie, aby ocalić inne. Tak po prostu.

Wyznawanie wiary w Polsce nie jest dziś niczym zagrożone chyba, że nadmiarem wolności ale to zupełnie inny wątek. W związku z tym, że jestem wierzącym, nie muszę dziś oddawać życia ani za wiarę ani za nikogo innego, nikt nie utrudnia mi wyznawania wiary, mojego Kościoła nikt nie prześladuje. Nie sądzę też, żeby do moich obowiązków należało rozmyślanie i deklarowanie, co zrobiłbym, gdybym żył w starożytnym Rzymie, średniowiecznym Gnieźnie czy współczesnym Iraku, bo żyję tu i teraz i nigdzie się nie wybieram. Czy żyjąc w takim czasie i miejscu mam okazję potwierdzić swoją wiarę tak na serio, żeby nikt nie miał co do tego wątpliwości? Niektórzy fanatyczni brytyjscy, belgijscy, australijscy i jacy tam jeszcze muzułmanie, widząc co dzieje się w Iraku pakują się i jadą tam walczyć „w obronie” islamu, a ja nigdzie się nie wybieram. Czy w obliczu tego, co dzieje się na świecie, mogę uważać się za wierzącego bez podejmowania spektakularnych akcji, heroicznych czynów, medialnych gestów czy pisemnych deklaracji…? Tak się czasem zastanawiam…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>