Godząc się z rzeczywistością

Swego czasu zdecydowanie krytykowałem rządowe zmiany w systemie oświaty, które nie wiadomo czemu nazywane są reformą. Krytykowałem je dzieląc się choćby tutaj tym, co leżało mi na sercu. Moje negatywne nastawienie do tych zmian nie zmieniło się w żadnym zakresie – niezmiennie uważam je za bezpodstawne i radykalnie błędne. Uważam też jednak, że zapętlanie się dziś na czczej krytyce byłoby stratą czasu. Nie jestem w stanie swoją krytyką wprowadzonych zmian zblokować czy odwrócić. Nawet wszyscy merytoryczni czy polityczni krytycy razem wzięci nie są w stanie spowodować, żeby wróciły gimnazja, sprawdziany po VI klasie, żeby 6-latki uczyły się w I klasach itd. Stało się. Na obecnym etapie wprowadzania zmian nie jestem zwolennikiem upartego nawoływania do sprzeciwu ani nawet do zbyt nachalnego epatowania mankamentami wprowadzanych zmian. Co innego, gdybyśmy mieli czas na teoretyczne spory – można by wówczas polemizować, choćby na temat kształtu podstaw programowych, podręczników, czy na temat fundamentalnej zasadności zmian szkolnego ustroju. Niestety, te zmiany dzieją się naprawdę i nie ma w tej chwili czasu na dyskusje o hipotetycznych wariantach rozwoju wydarzeń. Gimnazjum naprawdę wygasa, szóstoklasiści poszli do klasy siódmej itd. W obecnym systemie do szkoły chodzą moi synowie, do pracy – moi koledzy, na zebrania rodziców – sam chodzę. Taka jest rzeczywistość. Innej przez jakiś nie będzie. Jakkolwiek to zabrzmi – wypada z tą rzeczywistością zawrzeć jakiś rozsądny kompromis.

Wydaje mi się, że postawa godzenia się z rządowymi zmianami w oświacie staje się coraz bardziej powszechna. Są i pewnie będą środowiska bardziej spolaryzowane, bardziej antagonistyczne, ale wśród większości dominować będzie postępujące godzenie się z rzeczywistością taką, jaką ona w tej chwili jest, bo innej nie ma. Przy czym godzenie się nie oznacza poparcia dla wprowadzanych zmian. W żadnym razie! To godzenie się trzeba traktować jako rezultat poczucia bezsilności, jako formę rezygnacji z oporu wobec bezlitosnego oblicza rządów większości.

Nauczyciele muszą pracować, jak gdyby nigdy nic. Nie mogą – w ramach sprzeciwu – nie uczyć albo uczyć niechlujnie, eksponować programowe niedoróbki, podawać uczniom błędne informacje, doskonalić nieodpowiednie umiejętności itd. Tego im robić nie wolno, to byłoby zaprzeczeniem ich misji. Może w liceach nauczyciele pozwolą sobie na jakieś puszczanie oka do uczniów, jakieś delikatne aluzje, jakiś zawoalowany sarkazm. Zasadniczo muszą oni jednak odnaleźć się w rzeczywistości nawet, jeśli czasem będzie to oznaczać robienie przysłowiowej dobrej miny do złej gry. Nie można oczywiście wykluczyć, że niektórym nauczycielom wprowadzane zmiany się podobają. Uważam to za  mało prawdopodobne, bo ogólnie rzecz biorąc nauczyciele nie lubią zmian, ale jest to możliwe. Sami nauczyciele doskonale wiedzą, że jedynym stałym zjawiskiem w szkole, mniej lub bardziej cyklicznym, są różnorodne zmiany, ale generalnie zmian nie lubią. Tutaj zaś mamy nie jakieś kosmetyczne korekty przepisów, ale prawdziwą rewolucję. Byle jak przygotowaną, wprowadzaną w absurdalnym pośpiechu i nikomu nie potrzebą, przez nikogo nieoczekiwaną rewolucję. Fanów tak prowadzonej polityki oświatowej ze świecą szukać, zwłaszcza wśród nauczycieli. Tym bardziej, że wprowadzane zmiany w wielu samorządach mogły doprowadzić do realnych zawirowań w zatrudnieniu, ograniczenia nadgodzin czy wręcz zwolnień. Pani Zalewska przez długi czas populistycznie przekonywała, że w wyniku zmian powstanie w szkołach więcej oddziałów, w związku z tym konieczne będzie dotrudnianie nauczycieli, a o zwolnieniach mowy być nie może. Tymczasem wiemy, że – delikatnie mówiąc – różnie bywa. Samorządy stają na rzęsach, żeby zminimalizować negatywne skutki rządowych zmian, które – znów, wbrew cynicznym zapewnieniom Zalewskiej o „wydyskutowanej reformie” – nie zostały z samorządami w żadnym stopniu skonsultowane. Opinie na temat zmian w oświacie, wyrażone przez stowarzyszenia samorządowe, zostały zignorowane. Ale samorządy też godzą się z rzeczywistością, bo samorządy to konkretni ludzie, wśród których nie ma miejsca na wybujałe ideologiczne androny. Tutaj człowiek staje naprzeciw człowieka, a nie naprzeciw mikrofonu czy kamery.

Zmiany, wg zapowiedzi szefowej MEN, miały też być bezkosztowe, choć nie są. MEN daje część pieniędzy na adaptację gimnazjów do potrzeb tworzonych w nich klas I szkół podstawowych, ale nie daje na adaptacje istniejących szkół podstawowych do potrzeb VIII-klasowych szkół podstawowych. Tymczasem trzeba w nich tworzyć pracownie przedmiotowe do rzetelnego nauczania nieobecnych wcześniej w podstawówce przedmiotów takich jak fizyka, chemia… Kto finansuje te adaptacje? Samorządy. W niektórych szkołach podstawowych trzeba jeszcze tworzyć dodatkowe oddziały przedszkolne, czego wcześniej nie planowano. Choć wiadomo było, że 3-latki mają mieć od teraz gwarantowane miejsca w przedszkolach, to gwarancje te sformułowano w zupełnie innych okolicznościach – takich mianowicie, że 6-latki miały w tym układzie uczyć się w klasach I. Samorządy i na tym odcinku dają radę.

Kuratoria również godzą się z rzeczywistością, choć z zupełnie innej strony. Tam, w majestacie znowelizowanych przepisów, decydenci zajmują się poszerzaniem swojego wpływu na kształt lokalnych sieci szkół, a także ideologicznym politykierstwem. Poziomu, jaki prezentują decydenci w niektórych kuratoriach, nie da się zestawić z żadnym akceptowalnym standardem przyzwoitości. Jeden (wicekurator) poparł niechlubną wypowiedź prezesa, pisząc „Panie Jarosławie naród jest z Panem i walczy z kanaliami”. Inna pani (kurator) zadeklarowała wystąpienie do minister edukacji z wnioskiem o medal Komisji Edukacji Narodowej dla kibiców jednego z klubów, za nawołujący do nienawiści plakat, na którym niemiecki żołnierz z czasów II wojny mierzy pistoletem w skroń młodego warszawskiego powstańca. Komisja dyscyplinarna przy innym z kuratorów umorzyła z kolei postępowanie wobec nauczyciela fizyki, który gimnazjalistom podyktował zadanie z treścią o uchodźcach z Syrii płynących na tratwie do Grecji. W zadaniu chodziło o to, aby przy danych parametrach tratwy i danym ciężarze płynących nią ludzi ustalić, ilu uchodźców trzeba zepchnąć, aby tratwa dopłynęła do celu. Źle to wróży, jeśli w nadzorze pedagogicznym ideologia tak ostentacyjnie wygrywa z dążeniem do prawdy, dobra i piękna. Kuratoria może nie tyle godzą się z polityczną rzeczywistością, ile się w nią wpisują. Niestety.

Co najważniejsze: w tym wszystkim uczestniczą moi synowie. Poczuciem ulgi napawa mnie fakt, że z pierwszego dnia zajęć wrócili z nastawieniem pozytywnym. Może więc nie będzie tak źle, jak to może wynikać z przekazów medialnych? Wierzę, że odpowiedzialne podejście nauczycieli i dojrzała polityka samorządów stanowią dostateczny bufor ochronny przed pomysłami partyjnych ideologów. Kwestii programowych i organizacyjnych nie da się niestety przeskoczyć, ale negatywne skutki absurdalnego chaosu programowego, będą rozłożone w czasie. Być może będą dzięki temu mniej odczuwalne. Godząc się z oświatową rzeczywistością, trzeba też pogodzić się z faktem, że kilka roczników uczniów szkół podstawowych będzie pozbawionych niektórych elementów wiedzy. Pozostaje mieć nadzieję, że w razie potrzeby uzupełnią te braki w innym trybie i że nie wpłyną one negatywnie na ich edukacyjno – zawodowe wybory w przyszłości.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>