Górnictwo: między problemami rzeczywistymi a publicystyką.

Problemy górnictwa wyraźnie rozgrywają się dziś w dwóch wymiarach: rzeczywistym i publicystycznym. Jednej narracji ton nadają górniczy związkowcy, drugiej – dziennikarze. Jest jeszcze żenująca nakładka polityczno – strategiczna ale spóźnienie, z jakim rząd zabrał się za ten temat i skrajna niezręczność, z jaką prowadzi swoje działania, nie pozwalają na razie traktować ich serio. Wsłuchując się więc w ten jazgot nabieram przekonania, że w coraz mniejszym stopniu jest on związany z rzeczywistymi problemami mojego regionu.

Fakty są takie, że aby wydobywać węgiel kopalnie schodzą obecnie coraz głębiej, wydobycie staje się przez to technicznie trudniejsze, coraz droższe, wzrastają koszty wymogów bezpieczeństwa. Cztery przeznaczone do restrukturyzacji kopalnie „produkują węgiel” znacznie drożej, niż są w stanie go sprzedać. Jednocześnie na świecie spadają ceny węgla, bo dostępny jest surowiec tańszy, przywożony z dalekich stron świata, nawet jeśli jest on gorszej jakości. Kompania Węglowa SA poddała się, niby walczyła ale od jakiegoś czasu generuje miesięcznie ok. 200 mln strat, a w zeszłym roku jej łączne zobowiązania przekroczyły niewyobrażalną dla zwykłego człowieka kwotę 4,2 mld złotych! Dodatkowo trzeba pamiętać, że Polska, jako kraj członkowski Unii Europejskiej, przestrzega zasad udzielania tzw. pomocy publicznej. Oznacza to, że rząd nie może swobodnie wspierać nieograniczonym dopływem gotówki wybranych przedsiębiorstw. Takie działanie naruszałoby unijną zasadę wolnej konkurencji.

Z górnictwem trzeba więc coś zrobić, bo mimo istotnych zasług, w tym krwi przelanej w walce z komunizmem przez górników z Kopalni Wujek, wydobywanie węgla, jako działalność gospodarcza, nie może być dziś deficytowe. Nie jestem zwolennikiem ograniczania górniczych przywilejów, bo praca, którą wykonują, zasługuje na szczególne warunki wynagradzania! Wydobywanie węgla nie jest jednak elementem dziedzictwa narodowego, dlatego kopalń nie można po prostu dotować tak, jak się dotuje narodowe muzea. Ewa Kopacz, rozmawiając ze związkowcami, chciała pokazać dobrą wolę, determinację (rozmawiali 12 godzin!) i otwartość. Mam wrażenie, że te pół doby spędzone przy stole na niewiele się zdało. Premier przyjechała na Śląsk zasadniczo po to, aby poinformować górniczych związkowców o planach rządu (oczywiście deklarując elastyczność w niektórych sprawach). Związkowcy przyszli natomiast ze swoim wyraziście sformułowanym postulatem – wąsko rozumianym zachowaniem miejsc pracy. Wg związkowców, rząd ma wszystko tak poukładać, ma jakoś tak pokombinować, żeby górnicy mogli dalej fedrować, a oni dalej stać na straży praw pracowniczych fedrujących górników. Uzgodnienie tak zdefiniowanych perspektyw – rządowej i związkowej – jest niezwykle trudne. Wymagałoby od związkowców przyjęcia współodpowiedzialności za losy polskiego górnictwa, a od rządu – bezpośredniego wsparcia zarządu spółki (Kompania Węglowa S.A.) albo nawet dyrekcji konkretnych zakładów. Kompletne pomieszanie ról.

O ile rząd – z kompromitującym opóźnieniem i żenującą nieudolnością – zrestrukturyzuje w końcu górnictwo, o tyle związkowcy, prawdopodobnie, nie wykonają dużego postępu w postrzeganiu sytuacji i do samego końca będą próbowali wskazywać winnych i protestować, ciągnąc na dno całą branżę. A branża to przede wszystkim ludzie. Zapatrzona dziś w związkowców część pracowników, widzi w nich mężów opatrznościowych, tymczasem w obecnej sytuacji faktyczny status związkowców w kopalniach przewidzianych do restrukturyzacji jest podobny do statusu zwykłych pracowników. Ograniczenie zatrudnienia w danej kopalni, spowoduje proporcjonalne zmniejszenie etatów związkowych. Oni walczą więc też o siebie. Cyniczne politykierstwo związkowców i skrajna nieodpowiedzialność wpatrzonych w nich mężów i ojców – są zasmucające. A sprawy zaszły tak daleko, że dziś nie wystarczy wskazywać winnych – trzeba zadbać o byt swojej rodziny!

Gdybym wiedział, że grozi mi utrata pracy – intensywnie szukałbym innej. Może spróbowałbym robić coś na własną rękę i pracować u siebie, a może musiałbym zarejestrować się w Urzędzie Pracy i poszerzyć kwalifikacje. Może musiałbym dojeżdżać kilkadziesiąt kilometrów do nowej pracy ponosząc z tego tytułu znaczne koszty (górnicy mogą nie wiedzieć – ale niektórzy tak robią), a może nawet musiałbym się przeprowadzić. Gdyby zaszła taka konieczność zapukałbym też do ośrodka pomocy rodzinie – sorry, taką mamy rzeczywistość. Natomiast wątpię, czy wobec ryzyka utraty pracy, mając na utrzymaniu rodzinę, zdecydowałbym się na paradowanie po ulicach z oczekiwaniem, aż ktoś za mnie rozwiąże problem bytu mojej rodziny. Nic nie usprawiedliwia opieszałości i nieudolności kolejnych rządów i zarządów ale jeśli uczestnikom wydarzeń na Śląsku naprawdę zależy na godności ludzi w restrukturyzowanych kopalniach, to trzeba im uczciwie pokazać wyraźną alternatywę względem narracji narzucanej przez związkowych politykierów, zwanych niekiedy pieszczotliwie „stroną społeczną”. Alternatywy istnieją!

Bardzo konstruktywne inicjatywy podejmuje nowy marszałek województwa śląskiego. Z jednej strony spotyka się z samorządowcami z miast, w których przewidywana jest restrukturyzacja kopalń, aby wspólnie wystąpić do premier z wnioskiem o włączenie marszałka i samorządowców do międzyresortowego zespołu ds. wzmocnienia potencjału przemysłowego Śląska. Inicjatywa jest słuszna i tak oczywista, że nieuwzględnienie w zespole tych ludzi w pierwotnym rozdaniu rządowym potwierdza, że w kancelarii premiera najwyraźniej brakuje osób z wyobraźnią. Z drugiej strony marszałek zwołuje wojewódzką radę zatrudnienia i domaga się przygotowania regionalnych organów, urzędów, programów na zmiany w branży górniczej. W spotkaniu uczestniczy szefowa wydziału Europejskiego Funduszu Społecznego Urzędu Marszałkowskiego odpowiedzialna za obsługę niemałych funduszy unijnych, które jeszcze w tym roku zostaną uruchomione. To jest krok we właściwym kierunku! Potrzebna jest wyobraźnia instytucji, które muszą lepiej niż przy reformie Buzka pomóc górnikom zagospodarować otrzymywane odprawy.

Cenne inicjatywy przejawiają wreszcie samorządowi liderzy – prezydenci Zabrza, Gliwic, Bytomia i Rudy Śląskiej. Ich doświadczenie w bezpośrednim zarządzaniu zmianami społecznymi jest o wiele bogatsze niż rządowych urzędników. Liderzy samorządowi mają ponadto mocne tytuły do zajmowania się tego typu problemami w lokalnych społecznościach, które (wszystkie wyżej wymienione) niedawno ponownie powierzyły im zarządzanie miastami na kolejne lata. Szkoda tylko, że strona rządowa zachowuje tak, jakby w rozwiązywaniu regionalnych problemów nie potrzebowała w regionie sojuszników. To kompletnie niezrozumiałe.

Spotkanie związkowców z premier rządu było może i potrzebne ale realną potrzebą jest przede wszystkim lokalny, rzeczowy, wielostronny dialog: przedstawicieli załóg z kompetentnymi i dobrze przygotowanymi przedstawicielami urzędów pracy, prawnikami, firmami szkoleniowymi, pracownikami opieki społecznej, przedstawicielami organizacji pracodawców, izb przemysłowo – handlowych, forum organizacji pozarządowych, inkubatorów przedsiębiorczości… Te spotkania wymagają skoordynowanej inicjatywy (samorządowej?), nie wymagają natomiast udziału strony związkowej. Górnicze związki zawodowe nie są w stanie udźwignąć ciężaru odpowiedzialności za górnictwo – rozumiane, rzecz jasna, jako ludzie pracujący dziś w kopalniach. Dlatego nadmierne eksponowanie ich narracji szkodzi rozwiązywaniu realnych problemów.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>