Komunia po raz pierwszy, a dokładnie – drugi

Do pierwszej komunii trzeba się przygotować katechetycznie (to trwa ok. roku) i technicznie (to trwa kilka tygodni). Obydwa kierunki przygotowań są ważne: ten pierwszy – bo dzieci powinny mniej – więcej ogarnąć wyobraźnią to, co się dzieje, a ten drugi – bo sama uroczystość musi przebiegać godnie, ładnie. Zgodnie z zamysłem naszego proboszcza – całość przygotowania katechetycznego została powierzona katechetom w szkołach. Ksiądz – jak sam przyznał – ma do nich pełne zaufanie. Sam proboszcz postanowił natomiast przygotować dzieci technicznie: zaledwie kilka prób wystarczyło mu, aby wyćwiczyć chodzenie, mówienie, śpiewanie. Uroczystość przebiegała więc całkiem zgrabnie. Paradoksalnie odwrotny od – wydawałoby się – właściwego podział przygotowań (ksiądz – próby techniczne, katecheci – meritum) okazał się całkiem znośny. Podobno gdzieś w Niemczech to sami rodzice przygotowują dzieci do pierwszej komunii katechetycznie – pewnie tamtejsi proboszczowie mają zaufanie nawet do rodziców.

Wracając do realiów nad Wisłą. W ramach kazania ksiądz bardzo obrazowo podkreślił rangę komunii św. w stosunku do potencjalnych prezentów, jakie tego dnia każdy może dostać. Było poszukiwanie skarbów, elementy dialogu, drama, katecheza; było dowcipnie i poważnie, treści kazania trafiały do dzieci i do dorosłych. To było świetne kazanie z czytelnym morałem: tablet, komórka i pieniądze nie są czymś złym ale komunia św. jest czymś jeszcze lepszym, jeszcze bardziej cennym i jeszcze bardziej pożytecznym. Sponad 100 dzieciaków, które przystępowały do komunii u nas, na oko licząc ponad 20 zostało zaangażowanych w różne posługi: przynoszenie darów, wiersze, podziękowania, komentarze, czytanie, śpiewanie, modlitwa wiernych, znak pokoju. Takie zaangażowanie – nie tylko podczas pierwszej komunii św. – na pewno pogłębia i przybliża przeżywanie liturgii – dziecko (i nie tylko), które pełni jakąś funkcję, przestaje być tylko widzem, uczestnikiem biernym, a staje się współorganizatorem, współtwórcą całego przedsięwzięcia, współodpowiedzialnym za jakąś jego część. Pedagogika podpowiada, że samo słuchanie gwarantuje jedynie możliwość zapamiętania i to góra 10% treści; zrozumienie natomiast najłatwiej osiągnąć przez osobiste zaangażowanie, im większe, tym lepiej. I wcale nie dotyczy tylko mszy św.

Dlatego cieszę się, że mój syn zaśpiewał „Alleluja”, tym bardziej, że dobrze pamiętam ile wysiłku kosztowało nas przekonanie go, do tego zaśpiewu. Traktuję to przede wszystkim jako sukces wychowawczy: trudne zadanie, którego nigdy wcześniej nie podejmował, wykonał całkiem dobrze. Zanim jednak stanął przed pełnym kościołem, przy ambonce w prezbiterium, byliśmy najpierw na chórze przy organach. Kiedy kościół był zupełnie pusty – wtedy pierwszy raz zaśpiewał nieśmiało swoje „Alleluja”. Potem dokonał się gigantyczny postęp – młody kantor zgodził się wziąć do ręki mikrofon (oczywiście wyłączony) – chodziło tylko o jego potrzymanie. Na kolejnej próbie sam sobie ten mikrofon włączył i sam się ucieszył brzmieniem swojego głosu. Pewnego wieczora, po mszy, kiedy kościół już był pusty, a pan kościelny jeszcze był w zakrystii, poszliśmy do prezbiterium, gdzie przyszły „komunista” wykonał swój śpiew przy ambonce. Było super. Potem to samo z akompaniamentem organów, potem zaśpiewał na próbach z dziećmi, a potem na samej uroczystości. Przeszedł potężną ewolucję: od emocjonalnego sprzeciwu wobec śpiewania do zaśpiewania z satysfakcją. Jestem z mojego syna dumny! Tym bardziej, że jakoś tak krótko przed tą komunią ogłosił, że jeszcze nie podjął decyzji, czy będzie ministrantem. Nikt go o to ostatnio nie pytał – podjęte kiedyś próby zapisania synów do grupy ministrantów nie skończyły się optymistycznie. Więc fakt, że „jeszcze nie podjął decyzji” – dobrze wróży. Być ministrantem – to dopiero zaangażowanie!

Pomocniczym elementem przygotowania do pierwszej komunii były mini-rozmówki, jakie czasem prowadziliśmy w domu. Najpoważniejszą przeprowadziła żona kilka dni przed komunią. „A ty wiesz w ogóle, co tam się będzie działo w kościele w czasie pierwszej komunii?”. „Wiem, przyjmę Boga do swojego serca i to jest najważniejsze”. Takie postawienie sprawy przesądza o dobrym przygotowaniu katechetycznym. W trynitarne niuanse nie należy w tym momencie wnikać, więc nie korygujemy szczegółów „Bóg” czy „Pan Jezus”. Do dopiero trzecia klasa, też mamy zaufanie do katechetek.

Wielkim obserwatorem tych wszystkich wydarzeń był i jest młodszy syn. On jest w ogóle żywo zainteresowany tym, co dzieje się w kościele, a zwłaszcza komunią św. Kiedy uczestniczymy razem w mszy św. często domaga się od mamy, aby po przyjęciu komunii wysunęła język i pokazała mu „Ciało Chrystusa”. Żona grzecznie acz stanowczo odmawia, na co ten się chwilowo obraża. Po komunii bracia wymienili więc w zaufaniu poglądy na temat Hostii. „Jakie jest Ciało Chrystusa?” – zapytał młodszy. „Twarde” – odpowiedział 3-klasista. Bardziej dyskretny był kiedyś, kiedy chłopcy, jako młodsza młodzież, poszli „do komunii” po zwyczajowe błogosławieństwo. Zdarzyło się raz, że starszy syn wrócił z Hostią w ustach. Może zapomniał o trzymaniu palca na ustach? Potem już zawsze o tym pamiętał. Przez moment zastanawialiśmy się wtedy, czy nie zakwalifikować tego niespodziewanego przyjęcia komunii, jako pierwszej komunii św., bo de facto – wtedy była pierwsza. Tamto przyjęcie komunii na pewno było ważne, godziwe, choć zaskakujące i zupełnie nieprzygotowane: bez stroju, gości i prezentów. Ale w końcu – sam ksiądz proboszcz mówił – to wszystko jest mniej ważne, więc my mamy zaufanie do księdza proboszcza. Pierwsza komunia była jakiś czas temu ale ważnym przeżyciem może też być druga, podobnie jak każda następna…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>