Kończą się zapowiedzi – czas na realizację

Jest taki poziom wdrażania zmian, na którym to poziomie o zmianach można wyłącznie mówić. Nic się nie dzieje, niczego się de facto nie zmienia, ale się mówi. O zmianach. Dużo. Znamy to zjawisko chociażby z różnego rodzaju osobistych postanowień, które na zawsze pozostają w sferze deklaracji: zdążyliśmy o nich sporo opowiedzieć, zdążyliśmy nawet siebie i otoczenie oswoić z perspektywą realizacji zmian. Do niczego jednak nie doszło. Ten poziom wdrażania, bardzo abstrakcyjny, jest konieczny, aby procesy zmian zainicjować. Lider – wizjoner powinien porywająco uzasadnić potrzebę zmian, powinien pozyskać kluczowych sojuszników zmian, naszkicować ogólną ich wizję, wyznaczyć ich kamienie milowe, określić ramowy harmonogram, a przede wszystkim stan docelowy, do którego owe zmiany prowadzą. Potem zmiany trzeba rozpisać na szczegółowe zadania, określone w czasie, oparte na solidnych szacunkach finansowych (jeśli dotyczy), skonkretyzowane co do rezultatów, zaplanowane co do ewaluacji. Na tym etapie nie da się już wyłącznie o zmianach mówić – trzeba konkretnych, realnych, namacalnych działań. Jak sprawy się mają w zakresie tzw. „reformy” oświaty?

Pani minister bezproduktywnie ględzi. Jej oderwane od realiów przekazy medialne stanowią najbardziej w tym rządzie jaskrawy przykład populistycznej demagogii. Anna Zalewska wyłącznie mówi o zmianach, które mają nastąpić. Czyni to w sposób skrajnie nieuczciwy: nie posługuje się danymi z badań, a jedynie wyrwanymi z kontekstu i kompletnie pomieszanymi ogólnikami. Analiza jej medialnych wypowiedzi związanych z tzw. „reformą” oświaty daje pożałowania godny obraz ignorancji. Pani minister bardzo często – niestety – nie wie, o czym mówi. Jeśli zaś czasem wie, o czym akurat mówi, to w swoich wypowiedziach nie potrafi wznieść się ponad poziom partyjnej propagandy. Poziom profesjonalnej informacji, rzeczowego komunikatu, formuła uczciwej, realnej dyskusji – to dla niej zakresy nieosiągalne. Rezultatem jej ględzenia jest zamieszanie: reforma jest przedstawiana, jako zaplanowana, podczas gdy nic nie jest gotowe, co jednak nie przeszkadza jej ględzić, a jej współpracownikom – działać. Efekt – chaos.

Na poziomie kuratoriów – ów chaos można nazwać poruszeniem. Po pierwsze, ze względu na to, że dotychczasowych kuratorów usunęli ze stanowisk, a nowych powołali w nowym trybie. W województwie śląskim dotychczasowego kuratora oświaty, którym był wieloletni dyrektor jednego z bielskich liceów (Bielsko – Biała w naszym województwie osiąga najlepsze wyniki na sprawdzianie i egzaminach), zastąpiła przegrana kandydatka PIS z poprzednich wyborów samorządowych (z doświadczeniem w kuratorium, ale o jej sukcesach edukacyjnych nie wiadomo nic). No więc ci nowi w kuratorium usiłują wykazać się aktywnością na polu wdrażania zmian. Mówią, że organizują spotkania z samorządami, ze środowiskiem oświatowym i rzeczywiście jakieś spotkania się odbywają. Ale ich poziom merytoryczny jest wprost proporcjonalny do poziomu merytorycznego ględzenia minister Zalewskiej. Wiedza urzędników kuratoryjnych postępuje do przodu etapowo, w rytmie ministerialnych narad oraz komunikatów na stronie MEN. A że wszystko się dopiero tworzy – o konkrety trudno. Więc sens organizowanych z rozpaczliwą determinacją spotkań, jest wysoce wątpliwy. Gwoli uczciwości trzeba przyznać, że w kuratoriach, oprócz funkcjonariuszy partyjnych na najwyższych stanowiskach, pracują także znakomici eksperci od prawa oświatowego. Oni potrafią rysować możliwe scenariusze w sposób profesjonalny, tworząc ad hoc domniemane modele probabilistyczne. Potrafią nawet – mimo braku konkretnych aktów prawnych – odpowiadać na konkretne pytania. Nie zmienia to faktu, że spotykanie się z urzędnikami kuratorium wciąż nie ma większego sensu, bo spotkania te mogą mieć charakter wyłącznie konsultacyjny, a nie informacyjno – szkoleniowy. „Najprawdopodobniej tak”, „raczej tak”, „z tego co wiem – tak”, „wg posiadanych przeze mnie informacji – tak”, „na dzień dzisiejszy – tak” – czy „tak” brzmi profesjonalny komunikat na temat wdrażanych zmian?

Najbardziej realne zmiany zachodzą na poziomie samorządów i szkół – tutaj to wszystko dzieje się naprawdę. Tutaj są szkoły, które zmieniają formułę funkcjonowania, tutaj są nauczyciele, którzy zmieniają lub tracą miejsca pracy, tutaj działają radni, którzy muszą w określonym terminie uchwalić zaopiniowane przez kuratorium projekty uchwał, tutaj żyją rodzice, którzy chcą wiedzieć, gdzie i czego od września będzie się uczyło ich dziecko, tutaj pracują wójtowie, burmistrzowie, prezydenci, którzy muszą nie tylko policzyć, ile będzie kosztowała tzw. „reforma” edukacji (wg pani minister – nic), ale także wygospodarować i wydać określone kwoty na niezbędne adaptacje. W związku z rządową reformą, na poziomie samorządów pojawiają się różnego rodzaju sytuacje problemowe. Niektóre z nich można w porozumieniu z zainteresowanymi stronami rozwiązywać, ale niektórych bezkonfliktowo rozwiązać się nie da. Nie są to kwestie, które zajmowałyby kogokolwiek z kuratorium czy z ministerstwa – tam wszystko się zgadza: w związku z „reformą” nikt nie traci pracy, w związku z „reformą” nauczycieli trzeba wręcz dotrudnić (patrz: casus Częstochowy). A że rzeczywistość jest zupełnie inna – tym gorzej dla rzeczywistości! Rzeczywistość musi radzić sobie sama.

Na polu wdrażania rządowej reformy w gminach dochodzi i dochodzić będzie do sytuacji problemowych. Decyzje muszą podejmować samorządy (sieć szkół, organizacja) i dyrektorzy (zatrudnienie). Nie wszystkie decyzje wszystkich zadowolą. W różnych gminach będziemy świadkami większych lub mniejszych problemów. Ich kulminacja przypadnie na czas referendum oświatowego, o ile dojdzie ono do skutku oraz na koniec maja, kiedy to nauczyciele, dla których na skutek rządowej „reformy” nie będzie pracy, otrzymają trzymiesięczne wypowiedzenia. Nie ulega wątpliwości, że samorządy robią i będą robić wszystko, by tę tzw. „reformę” edukacji wprowadzać łagodnie, bez zawirowań. Tutaj będzie najmniej mówienia, a najwięcej konkretnych decyzji i konkretnych działań. Nie będą one wynikały z ględzenia pani minister, a z konkretnych uwarunkowań konkretnych gmin. Każdy może być pewny, że zostaną one przeprowadzone w samorządach z myślą o dobru uczniów i nauczycieli – żeby ucierpieli jak najmniej. Choć tak całkowicie bez uszczerbku dla poziomu nauczania czy zatrudnienia – chyba się nie da. Z mówienia pani minister wynika coś innego, ale dane demograficzne w połączeniu z siatką godzin i zmniejszoną subwencją oświatową – są nieubłagane. Faktyczna realizacja nie pokryje się z szumnymi zapowiedziami. Jedno wydaje się na dzień dzisiejszy pewne: znikną gimnazja, a obecni szóstoklasiści, o ile uzyskają promocję, pójdą do klasy VII. Gdzie ta VII klasa będzie – o tym decydują samorządy i rodzice. Te decyzje właśnie zapadają.

Komentarze

  1. Sierpień 7, 2017

    Web Hosting Odpowiedz

    Taka ich forma jest zastepowana przez wywieszenie tekstu zapowiedzi w gablocie lub na parafialnej tablicy ogloszen. Jesli slub odbywa sie w Jej parafii, narzeczony musi dostarczyc zaswiadczenie ze swojej kancelarii, o wygloszeniu zapowiedzi.

Odpowiedz na „Web HostingAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>