Kontrowersyjna refleksja Terlikowskiego o rozwodach…

Jakiś czas temu miałem okazję uczestniczyć w spotkaniu dyskusyjnym z Tomaszem Terlikowskim. Publicysta ten jest odbierany, jako kontrowersyjny i szczerze mówiąc, czasem stwarza ku temu podstawy. Przekonanie o jego ewentualnej kontrowersyjności nie powinno jednak być kryterium interpretacji wszystkich jego tekstów. Z tamtej rozmowy wyniosłem kilka inspirujących myśli – jedną z nich chcę się dziś podzielić. Rzecz dotyczy rozwodów.

- Wyczytałem w jednym z pana tekstów zdanie, które z początku wydało mi się kontrowersyjne, ale w międzyczasie się trochę potwierdziło. Napisał pan, że dzieciom łatwiej jest przeżyć – jakkolwiek to brzmi – śmierć jednego z rodziców niż ich rozwód. Brzmi kontrowersyjnie, ale – jak mówię – trochę się potwierdziło. Parę dni temu, a konkretne w nocy, młodszy syn przybiegł do nas, do sypialni, i trzęsąc się wsunął się między mnie i żonę. Rano zapytaliśmy go co się stało, odpowiedział, że śniło mu się, że tata zakochał się w jednej pani i nas zostawił. Doszliśmy potem, że chodziło o koleżankę, którą spotkaliśmy poprzedniego dnia na zakupach (zaręczam, że nie dałem synowi żadnych podstaw do takich obaw). Chcę zapytać, czy pana zdaniem istnieją jakieś okoliczności, w których małżeństwo ważnie zwarte może (powinno) przestać istnieć, czy też zawsze jest tak, że należy walczyć o jego przetrwanie?

- Zdanie, które pan zacytował, to cytat z wybitnej badaczki amerykańskiej. Warto wiedzieć, że przystępowała ona do badań nad rozwodnikami z założeniem, że udowodni, iż rozwód nie ma znaczenia dla dzieci, że jest statystycznie nieistotny. To była uczciwa badaczka – przeprowadziła dwudziestokilkuletnie badania, które były bardzo dobrze przygotowane. Ona nie badała po prostu dzieci rozwodników, tylko wybrała grupę badawczą małżeństw, które właśnie zostały zawarte i w związku z tym miały mieć dzieci. W tej grupie było około tysiąca małżeństw. Wiadomo było (badania przeprowadzano w USA), że część z nich się rozpadnie, bo w USA dość duża część małżeństw się rozpada. Ona badała przez wiele lat, jak rozwijają się dzieci z małżeństw, które się nie rozpadły i z tych, które się rozpadły. Z punktu widzenia dzieci wyniki okazały się dramatyczne: dużo wyższa skłonność do samobójstw, dużo wyższa skłonność do ryzykownych zachowań, zarówno seksualnych, jak i innego rodzaju ryzykownych zachowań, dużo niższa samoocena, dużo niższe wyniki w nauce itd. To jest do tego stopnia wstrząsający materiał, że Norwegia, która przecież nie jest krajem konserwatywnym, każde dzietne małżeństwo, które chce się rozwieźć, wysyła na szkolenie ze skutków rozwodów dla dzieci. I po takim szkoleniu blisko połowa małżeństw, które zadeklarowały rozwód – rezygnuje z niego. Te negatywne skutki najbardziej dotykają dzieci w okresie dojrzewania – to jest absolutna „masakra”, mniejsze trochę mniej, ale też, ale nawet dorosłe dzieci, których rodzice się rozwodzą, dorośli ludzie po rozwodzie rodziców także ponoszą część skutków rozwodu.

Pytanie, które pan zadał ma dwa aspekty. Czy są sytuacje, w których mąż lub żona mogą odejść od męża lub żony? Tak, są takie sytuacje. Co jednak nie oznacza, że małżeństwo przestaje istnieć. W sytuacji zagrożenia zdrowia, życia, w sytuacji stosowania przemocy – niekoniecznie tylko fizycznej, jest usprawiedliwione separacją. Dla bezpieczeństwa osoby, która podlega przemocy albo dla bezpieczeństwa dzieci. Natomiast to nie oznacza, że małżeństwo przestaje istnieć i że możemy je rozwiązać. Ono nadal istnieje. Dlaczego? Bo jeśli było ważnie zawarte, to na zawsze pozostaje obrazem relacji Pana Boga do Kościoła, Pana Boga do Izraela, czyli relacji, która jest nierozerwalna. Na tym polega wielkie powołanie chrześcijanina do małżeństwa, że małżeństwo ma być widocznym obrazem relacji Boga do człowieka. Nie ma takiej sytuacji, w której ta relacja może zostać rozwiązana.

Najpiękniejszym wyrazem miłości, jaki kiedykolwiek słyszałem, było wyznanie dość znanej dziennikarki (z zawodu położnej). Kiedyś ja i moja żona robiliśmy z nią wywiad. Małgosia była w tedy w trzeciej albo czwartej ciąży. Ja mówię do naszej rozmówczyni „czekamy na dziecko”, a ona na to „nie: czekacie, twoja żona jest w ciąży, wy już macie czwarte dziecko. Czekam ja, na trzecie”. Mówię do niej „no to w czym problem? Bierz męża i do roboty!” A ona na to „Czekam od 10 lat, żeby mąż do mnie wrócił. On 10 lat temu zostawił mnie i dwoje naszych dzieci i odszedł do innej kobiety. Zapytałem, czy naprawdę czeka, czy naprawdę wpuści go do domu? Odpowiedziała, że to dla niej trudne, ale ślubowała Panu Bogu, że będzie tego mężczyznę kochać, więc go kocha. Nota bene – on nie wrócił. To jest więc wyzwanie.

Spotkałem ludzi ze wspólnoty trudnych małżeństw Sychar, którzy po dwudziestu kilku latach do siebie wracali i nawiązywali niejako małżeństwo od nowa. Więc z tej perspektywy, moim zdaniem, o każde małżeństwo można i trzeba walczyć. Głównym problemem naszych czasów jest to, że my wychodzimy z założenia, że jak jest kryzys, to trzeba rozwiązać małżeństwo. Powinno być inaczej: kiedy jest kryzys, to trzeba go przepracować i małżeństwo naprawić. Często mnie i mojej żonie zarzuca się, że mówimy ludziom, że mają trwać w trudnych małżeństwach. My odpowiadamy: nie, macie je naprawić. To jest czasem trudne, czasem jest to masakrycznie trudne – z tym nikt nie polemizuje. Natomiast trzeba przynajmniej spróbować, a nie od razu mówić, że odpuszczamy. A najlepiej jest w ogóle nie dopuszczać do pewnych kryzysów – przygotować się dobrze do małżeństwa, uświadomić sobie, że jesteśmy inni, różni, odmienni, mamy inne historie, mamy inne doświadczenia, bo jesteśmy kobietą i mężczyzną.

Często też do szkół jeżdżę. Absolutnym szokiem jest dla mnie, że maturzyści mają już za sobą pierwsze doświadczenia seksualne. Nie ma co udawać, że jest inaczej – tak po prostu jest i to wynika z wszystkich możliwych badań. Mówię tam do dziewczyn: słuchajcie, facet jest bardzo prostą w obsłudze istotą. Gdybyście chciały poznać schemat działania faceta, to jest to jedna wielka, biała przestrzeń, na której jest jeden przycisk „ON/OFF”, nic więcej. Kobieta myśli, że coś wyreguluje, ale to niemożliwe. Kiedy facet jest najedzony, wyspany i wyprzytulany, przechodzi w stan spoczynku, odpoczywa. To jest paskudny opis, ale prawdziwy. Faceci różnią się progiem potrzeb w zakresie wyprzytulania, najedzenia i wyspania. Kiedy jednak ma wszystkie te swoje potrzeby zaspokojone – po co ma działać? Jest tylko jeden moment, kiedy kobieta może próbować podnieść poziom faceta – przed ślubem, kiedy on czeka… Jak mu da to, na co on czeka, przed ślubem, to on przejdzie w stan spoczynku, po co będzie się wysilał. Dziewczyny mówią, że to nie możliwe, „mój chłopak taki nie jest”. Odpowiadam na to, że każdy chłopak taki jest! Chłopcy dla odmiany są w absolutnym szoku, kiedy im się tłumaczy, że to samo zdanie wypowiedziane do żony w różnych momentach cyklu (pod warunkiem, że żona nie jest na antykoncepcji), będzie miało zupełnie inne skutki. Kiedy mówię do żony w połowie cyklu (wiadomo, dni płodne) „pięknie wyglądasz!” jest świetnie, pełen odlot, a kiedy mówię to do niej pod koniec cyklu, „słońce, świetnie wyglądasz” w odpowiedzi słyszę „i czego się znowu czepiasz??” „znowu czegoś ode mnie chce!?” To samo zdanie, ta sama intencja… Kobieta jest bytem dużo bardziej skomplikowanym. Są tacy, którzy się śmieją, że kobieta ma tysiące przełączników, wskaźników, pokręteł, ale nigdy nie wiadomo który jak zadziała, bo to wszystko zależy od cyklu. Często sobie nie uświadamiamy, że o małżeństwo trzeba troszczyć się codziennie. Tak jak codziennie się troszczymy o pracę, tak o małżeństwo też trzeba się codziennie zatroszczyć.

Pojechaliśmy kiedyś z żoną na warsztaty dla małżeństw, które prowadziliśmy, i mówiliśmy im, że powinni codziennie rozmawiać z sobą 15 minut albo raz w tygodniu robić sobie godzinę małżeńską, ale tak na twardo, wpisując ją kalendarz. Z odpowiedzi wynikało, że to zbędne, że wszyscy rozmawiają z sobą codziennie. Zapytałem, o czym rozmawiają. Odpowiadali: co u dzieci, jakie zakupy trzeba zrobić, czego brakuje w lodówce… Szybko ustaliliśmy, że to nie jest rozmowa – to jest przekazywania komunikatów. Myśmy mieli na myśli rozmowę – taką rozmowę, jaką odbywacie codziennie z koleżanką w pracy przy kawie. Nie ma rozmowy – nie ma małżeństwa. O tym trzeba pamiętać, to musi być twardy priorytet: 15 minut dziennie rozmowy albo jedną godzinę w tygodniu. Nie ma czasu? Wobec tego trzeba znaleźć na to czas. Znam jedno małżeństwo, które rozmawia ze sobą od 5:00 do 6:00 rano w sobotę. Szczerze mówiąc – nie wiem jak to robią, ale mówią że to robią. Jeśli się o siebie nie troszczymy – małżeństwo się rozpada.

Mamy takich przyjaciół – to jest święte małżeństwo, nie waham się tego mówić. Oni opowiedzieli o tym publicznie, także w wywiadzie dla mnie, więc mogę powtórzyć ich historię, bo to nie jest w tym momencie żadna tajemnica. Oni po 6 latach małżeństwa byli absolutnie zdecydowani na rozwód: on ją zdradzał, ona chodziła do wróżek (żeby go przy sobie zatrzymać) – po prostu kompletna jazda bez trzymanki. W pewnym momencie siedli przy już stoliku, aby ustalić warunki rozwodu, bo już nic więcej nie zostało. Rozmawiają, rozmawiają… W pewnym momencie ona mówi do niego „a pamiętasz, jak staliśmy przed ołtarzem i sobie mówiliśmy, że siebie nie opuścimy, aż do śmierci?”. On przyznał, że pamięta. Ona zaproponowała, aby dali sobie jeszcze jedną szansę. Wymyślili, że w ramach tej szansy albo pójdą do psychologa albo pojadą na rekolekcje. Wybiorą to, co będzie pierwsze. Pierwsze były rekolekcje. Pojechali więc na rekolekcje i wrócili mocno zmienieni. Zaczęła się masakra. Mieli dziecko jedno, bo najpierw on stracił pracę, potem ona straciła pracę, potem ona poroniła, potem, na skutek szeregu błędów i zbiegów okoliczności, urodziło im się głęboko upośledzone dziecko…. Ileś rzeczy się wydarzyło, ale po 15 latach od momentu, w którym obiecali sobie, że będą razem, są fantastycznym małżeństwem. Przeżyli razem tyle, że można by obdzielić ich doświadczeniami 15 małżeństw.

Nam się od podstawówki wtłacza w umysły przekaz, że miłość to jest uczucie. Natomiast uczucia się zmieniają, na to po prostu nie ma siły, raz jest nam bardzo dobrze, raz jest nam bardzo źle. Podczas kiedy miłość jest wyborem: ja wybieram tę osobę, żeby z nią być. Kiedy to sobie uświadomię, uświadamiam sobie jednocześnie, że uczucia mogą być, może ich nie być, ale wybór pozostaje. Nie zapomnę, że kiedy poznałem moją żonę, miałem 18 lat, a koledzy dali mi książkę o ojcostwie. Autorem był pastor ewangelicki. Pamiętam z niej jedno zdanie: ludzie często mnie pytają, czy kiedykolwiek myślałem o rozwodzie z żoną, a ja odpowiadam: o rozwodzie – nigdy, zabić – wielokrotnie. Rozwija tę myśl w ten sposób, że jest to wyraz emocji, wściekłości, rozżalenia. Ale przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie zabije swojej żony. W związku z tym – emocje mijają i wracamy do budowania. Natomiast założenie, że ja się mogę rozwieźć, to jest syndrom tzw. samospełniającej się przepowiedni. Jeśli to zakładam, jest dużo bardziej prawdopodobne, że tak się stanie, niż jeśli tego nie zakładam. To wszystko oczywiście nie oznacza, że rozwody nie zdarzają się wśród osób wierzących, że ich nie ma, czy że nie ma sytuacji rzeczywiście dramatycznych.

Mam wrażenie, że często zaczynamy rozmowę o sytuacjach dramatycznych tylko dlatego, aby dojść do wniosku, że ludzie mogą się rozwieźć, a rzeczywiście dzieci przeżywają to straszenie. Pamiętam moją córkę, która dowiedziała się, że rodzice jej koleżanki z klasy się rozwiedli. Była kompletnie rozbita. Pytała – jak to, to ona już nie ma rodziców? Wyjaśnij dziecku, że rodzice, którzy byli razem, już razem nie są…? Starszym można znaleźć jakieś opowieści, ale w przypadku drugoklasistki…? Trzeba sobie także uświadomić, że Kościół na przestrzeni stuleci, był w tym zakresie bardzo mądry. Znajomy ksiądz z diecezji opolskiej mówił mi, że jeszcze 25 lat temu (tak było na całym świecie), chłopak z rodziny rozbitej, nie zostałby przyjęty do seminarium. Nie dlatego, że był uważany za gorszego, tylko dlatego, że zakładano, że łaska buduje na naturze i że jest bardzo trudno brak ojca w domu zastąpić formacją. Dziś jest już inaczej – dziś przyjmuje się, że z różnych, słusznych i mniej słusznych powodów, przyjmuje się, że formacją da się ten brak zastąpić, że można próbować przy pomocy psychologii, wychowania ten brak zasklepić. I pewnie się da, w pewnych sytuacjach, a w pewnych się nie da. Szczególnie jeśli po drodze nie było jakiegoś innego wzoru ojcostwa: jakiś dziadek, jakiś wujek, ksiądz, nauczyciel – wtedy chłopak ma wzorzec ojcostwa. Natomiast jeśli go nie było, a w naszych szkołach pracują jednak głównie kobiety, więc rzadko kiedy jest wzorzec ojca w szkole, więc skąd ten chłopak miał się nauczyć bycia mężczyzną, bycia ojcem…? Nie ma większego znaczenia, czy on będzie księdzem czy będzie ojcem – on nie miał skąd się nauczyć bycia facetem, bycia ojcem… Pan Bóg może nam dawać różne cudowne uzdrowienia, ale to zwykle nie jest takie proste.

Powyższy tekst jest nieautoryzowaną wersją wypowiedzi Tomasza Terlikowskiego zarejestrowaną podczas rozmowy na Zamku w Toszku (styczeń 2017) zorganizowanej w ramach cyklu „Zamkowe wieczory z kawą i kulturą”. Dzielę się nią, bo wydaje mi się bardzo inspirująca.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>