Koronawirus i co dalej…?

Emocje, które towarzyszą obecnej sytuacji, są zrozumiałe. Ludzie są poddawani kwarantannie, co sprawdza policja; niektórzy chorują, widać wizyty służb sanitarnych w specjalnych kombinezonach, a w laboratoriach i w szpitalach kumulacje; do tego pojawiają się ofiary śmiertelne. Wszystkiego jest coraz więcej: przybywa osób w kwarantannie, przybywa chorych, przybywa zmarłych. Takie obrazy znaliśmy dotąd tylko z filmów albo z literatury. Stan zagrożenia epidemicznego, stan epidemii, może później stan klęski żywiołowej, stan wyjątkowy… U nas już jest ktoś chory? W naszym mieście? W naszej dzielnicy? W naszej wiosce? Na naszej ulicy? W naszym bloku? Jeszcze nie?

Dzieją się rzeczy ważne i dla naszego pokolenia bez precedensu. Póki co, jako gatunek jesteśmy medycznie bezradni wobec choroby, która panoszy się za sprawą koronawirusa. Optymizmem napawa fakt, że Chińczycy praktycznie zatrzymali to choróbsko. Nie szczepionką, nie lekarstwem (tych jeszcze nie ma), ale stosując restrykcyjne zasady higieniczo-sanitarne i nie tylko. Kwarantanną objęto tam nie pojedyncze osoby czy rodziny, ale całe miasta. Dostęp do miast objętych kwarantanną blokuje wojsko i policja, za porządek wewnątrz poszczególnych osiedli odpowiadają organizacje sąsiedzkie pod kierownictwem lokalnych działaczy partyjnych. Prócz rejestrowania wchodzących  i wychodzących, kontrolują one stan zdrowia lokatorów, potrafią fizycznie zmusić do kwarantanny, ustalają nawet codzienny harmonogram zakupów (fragment z tekstu Piotr Sikory „Obolałe Chiny” opublikowanego w Tygodniku Powszechnym z 22 marca 2020, s. 44-47). U nas takich metod nie będzie, bo my chcemy żyć i chorować demokratycznie. Umierać też będziemy zgodnie z wolą większości. Jeśli większość zignoruje obowiązujące zasady – większa liczba osób zachoruje. Dla ludzi świadomych to wszystko jest oczywiste.

Ważne jest jednak nie tylko to, co się dzieje, ale i to, co po tej epidemii pozostanie z nami na zawsze. Niektórzy mówią, że tyle już było sytuacji, w których miało się coś trwale zmienić i się nie zmieniło (śmierć papieża, katastrofa smoleńska), że i tym razem nic się nie zmieni. A ja uważam, że się zmieni. Do tej pory ktoś kichający czy kaszlący w naszym pobliżu nie wzbudzał większych emocji. Jakieś wzbudzał, ale żeby startować z pięściami na człowieka, który kichnął w kolejce – tego jednak nie było. Czasem uśmiech, czasem życzliwe „na zdrowie”, czasem jakieś pretensje, ale dramatu nikt z tego nie robił. Teraz będzie inaczej. Dystans między nami, kiedy spotykamy się i rozmawiamy, rękawiczki na naszych dłoniach, dezynfekcja rąk, odstępy w sklepach. Bezpowrotnie zmieni się nasza świadomość higieniczno-sanitarna. Patrząc dziś na transmisję mszy św. w moim rodzinnym mieście, widząc czterech księży ją koncelebrujących, przyszło mi nawet do głowy, że i ta posoborowa forma sprawowania mszy świętych jednocześnie przez kilku księży, może zaniknąć. Starali się uważać, ale jednak komunię przyjmowali z jednego kielicha… Wszyscy będziemy odtąd ostrożniejsi. Ta ostrożność spowoduje, że nasz świat i nasze życie zmienią się już na zawsze. Może nie całkiem, ale odrobinę i będzie to odrobina zauważalna.

Zmieni nasz styl życia, zmienią się nasze osobiste zwyczaje i nasze wzajemne relacje. W cenie będzie rozsądek i świadomość nowych zagrożeń. Pojawi się ograniczone zaufanie, dystans, nieufność… Po epidemii przyjdzie nam żyć dalej: oswoimy się z jakimś rodzajem lęku, pojawią się nieco zmienione reguły społecznego współżycia. Będziemy odkażać, zadawać więcej pytań, będziemy o siebie bardziej dbać. Pewnie z czasem nauczymy się nie przesadzać. Swego czasu do Pawła Apostoła dotarła wiadomość, że członkowie wspólnoty Kościoła w Tesalonikach zaczęli przesadzać. Tak bardzo przejęli się prawdą o powtórnym przyjściu Mesjasza, że postanowili po prostu usiąść i na to powtórne przyjście czekać. Przestali pracować, wychodzić z domu, posyłać dzieci do nauki – siedzieli i gapili się w niebo. Paweł napisał wtedy do Tesaloniczan, aby nie przesadzali. Ostro im wygarnął: „kto nie pracuje, nich też nie je”.

Obecna sytuacja epidemiczna nie skończy się nie 25 marca, ani w Wielkanoc, ani jesienią. Moim zdaniem nie skończy się już nigdy. Nasze nowe nawyki higieniczne, nowe zwyczaje w zakresie powitań, nowe obyczaje kościelne (oferta tele-parafialna), nowe formy i metody edukacji, nowe to wszystko będzie z nami już zawsze. Świadomość oddziaływania nieujarzmionych mikrobów, świadomość konsekwencji naszych starych nawyków i zachowań, świadomość naszych słabych stron w zakresie społecznej dyscypliny i chronienia siebie samych. Z drugiej strony pozostanie ta solidarność, te odruchy serc i umysłów, zbiórki pieniędzy, szycie maseczek, dostarczanie jedzenia. Z mądrze przeżytego kryzysu powinniśmy wyjść wzmocnieni.

Ale to tylko teoretyczne rozważania, wszak szczyt zachorowań dopiero przed nami.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>