Kryteria wyborów

Idąc na wybory czuję pewnego rodzaju komfort. Bierze się on u mnie stąd, że głosuję na ludzi, których miałem okazję osobiście poznać. Nie dotyczy to wyborów prezydenckich – tych kandydatów znam tylko z mediów. Może zresztą „poznać” to za dużo powiedziane. Chodzi o to, że spotkałem się wcześniej z tymi, na których głosuję, porozmawialiśmy, wymieniliśmy e-maile. Kontakt z kandydatem daje mi poczucie sensu wybierania swojego (mojego!) przedstawiciela i – może trochę abstrakcyjne – poczucie wpływu na działanie wybieralnych organów władzy (do znanego mi parlamentarzysty mogę napisać e-maila, mogę przywitać się zamienić parę słów przy różnych okazjach, mogę też łatwiej poprosić o spotkanie w konkretnej sprawie i liczyć na to, że się odbędzie). Zdaję sobie sprawę, że takie przeczucia są trochę iluzoryczne. Po pierwsze o wyniku wyborów, decyduje wiele czynników, a po drugie na podejmowane w Sejmie i Senacie decyzje wpływu nie mam żadnego. Tym nie mniej w tej chwili nie wyobrażam sobie, żeby w wyborach zagłosować na partię, na nazwisko, czy na przyjemną twarz. Wybieram konkretnego człowieka i pamiętam, że wybory to nie proces beatyfikacyjny – kandydatów idealnych nie ma!

Najbliższe wybory to dla mnie prawdziwy urodzaj kandydatów znanych! Na listach wielu widzę takich, na których chciałbym zagłosować. A jak u was? Każdy ma własne kryteria, wg których wybiera przedstawicieli do rządzenia. Dla jednych to są osoby bezpośrednio znane i budzące zaufanie, dla innych osoby znane z mediów, dla jeszcze innych liczy się bardziej szyld komitetu wyborczego a mniej konkretna osoba, dla jeszcze innych wybory to przede wszystkim okazja, aby „dokopać tamtym” za wszystkie grzechy rzeczywiste lub urojone, a są i tacy, których w ogóle ta cała polityka nie interesuje. Ja zagłosuję. Dobrze też wiem na kogo zagłosuję w najbliższych wyborach do Sejmu i do Senatu. I wiem dlaczego tak, a nie inaczej zagłosuję. Jeśli chodzi o nazwiska – pozostanę powściągliwy. Chętnie za to podzielę się refleksją o kryteriach, jakimi kieruję się robiąc krzyżyk w kratce przy nazwisku kandydata. Kryteria mam tylko trzy.

Po pierwsze wykluczam kandydatów agresywnie antagonistycznych. W najmniejszym stopniu nie chcę wiedzieć o kim kandydat źle myśli lub kogo nienawidzi i jak bardzo. Kandydat musi mnie przekonać, że chce robić coś dla społeczności, która go wybiera, że chce uczciwie pomagać w rozwiązywaniu problemów tej społeczności. Aby konstruktywnie działać, musi te problemy znać i musi wiedzieć co w związku z nimi chce robić w Sejmie lub Senacie. Do rozwiązywania większości problemów trzeba nie tylko wiedzy i pieniędzy – trzeba też pozyskiwać sojuszników (innych polityków), którzy pomogą w ich rozwiązywaniu. Cenię kandydatów, którzy posiadają umiejętność pozyskiwania sojuszników. Politycy, którzy aby rządzić tworzą i podsycają podziały między ludźmi, stanowią w życiu publicznym patologię, którą trzeba marginalizować. Patologiczni antagoniści powinni stanowić margines polityki i nie powinni mieć realnego wpływu na rządzenie.

Po drugie kandydowanie do Parlamentu RP musi być możliwe do zestawienia z dotychczasową działalnością kandydata. Kandydowanie na posła lub senatora musi stanowić naturalny ciąg logiczny tego, co (i jak) kandydat robił do tej pory. Rozumiem też, kiedy ktoś jest już parlamentarzystą, działa aktywnie, potrafi komunikować swój parlamentarny dorobek tak, że powszechnie wiadomo czym się zajmuje, z czym i gdzie można się do niego zwracać. Ktoś taki, kiedy zabiega o reelekcję, budzi mój szacunek. Mam też szacunek dla osób, które w dotychczasowej swojej działalności pokazały, co umieją, coś dobrego zrobiły dla konkretnej społeczności, coś zbudowały – niekoniecznie w znaczeniu architektonicznym. Cenię osoby, za którymi stoi doświadczenie samorządowe, bo oni wiedzą co i jak korygować, żeby faktycznie było lepiej. Kiedy tacy kandydaci mówią, że chcą się dostać do Parlamentu, to wiadomo, po co tam idą. Tacy kandydaci są przede wszystkim wiarygodni.

Po trzecie – kandydaci muszą utrzymywać faktyczny kontakt ze swoimi wyborcami. To ciężka praca: trzeba się interesować, kontaktować się, bywać. Same kampanijne zdjęcia lub plakaty wyborcze, jeśli pozostają bez odniesienia do rzeczywistych doświadczeń wyborców, są bezwartościowe (w moim odczuciu). Tak samo bezwartościowa jest społeczna nadaktywność kandydatów w okresie wyborczym wobec braku społecznej aktywności przez pozostałe 3,5 roku. Imponuje mi pewien zabrzański radny, który od zawsze jest bezpośrednio dostępny: podaje do wiadomości miejsca i godziny dyżurów i jest na nich obecny – zawsze pod krawatem. Pisze interpelacje i od kilku kadencji pcha do przodu sprawy mieszkańców najlepiej jak umie. Taki bezpośredni kontakt jest najlepszy. Wierzę, że jeśli ów radny dostanie się do Sejmu, to zachowa podobny standard kontaktu ze swoimi wyborcami. Parlamentarzysta, w imieniu którego kontaktuje się ze mną dyrektor biura poselskiego, staje się kimś odległym, niedostępnym, kimś tak ważnym i zajętym, że głupio mi naprzykrzać się mu z moimi przyziemnymi sprawami. Mnie potrzebny jest realny balans między bezpośrednim kontaktem, a podziwianiem banerów. Tego balansu nie da się – moim zdaniem – zbudować w czasie kampanii.

Warto postawić na konkretne osoby, na ludzi sprawdzonych, z dorobkiem i na tych, którzy udowodnili (mocne słowo), że potrafią raczej pozyskiwać sojuszników niż rozprawiać się z nieprzyjaciółmi. Nie wybieramy wszak wojaków do walki z wrogami, tylko Parlamentarzystów do rozwiązywania naszych problemów. Główne wyzwania są w dużej mierze wspólne (bezpieczeństwo, ekologia, gospodarka). Nie ma co hamletyzować – trzeba po prostu na wybory pójść i mądrze oddać swój głos!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>