Ks. Krzysztof Grzywocz

Jakoś w drugiej połowie lat 90. pojawił się w opolsko-gliwickim seminarium w Nysie, jako kolejny (chyba czwarty) ojciec duchowny. Znacząco różnił się od pozostałych ojców. Nie opowiadał o przeczytanych książkach ani o wydarzeniach z duszpasterskiego doświadczenia. Nie był teoretykiem ani praktykiem. Był duchownym – terapeutą. Ktoś wtedy powiedział, że jest najwyższej klasy terapeutą, a kwalifikacje podobne do jego kwalifikacji, posiada zaledwie kilku terapeutów w kraju. Jego konferencje i kazania, poza zwięzłością i precyzją tematyki, wyróżniał jakiś rodzaj pogłębionej logiki, której nie wyczuwało się u innych. Był człowiekiem nadzwyczaj spokojnym, cichym. Niech to nie zabrzmi pejoratywnie, ale czasem sprawiał wrażenie poniekąd oderwanego od czasu i przestrzeni, choć oderwanym zdecydowanie nie był. Myślę, że prowadził pogłębione życie modlitewne. Przygotowując mikołajkowy parodystyczny spektakl, ukierunkowany na dowcipne aluzje pod adresem seminaryjnych wykładowców i moderatorów, studenci sportretowali go w pierwszym roku jego posługi, jako rowerzystę, który pojawił się na scenie tylko raz i wypowiedział bodaj tylko jedno słowo. To był człowiek aktywny fizycznie, uczciwie dbający o komplementarny rozwój duszy i ciała. Wtedy – rowerzysta, a teraz dowiaduję się, że aktywnie chodzi też po górach i to nie byle jakich. A chodzenie w wysokie góry, ku niebu, to u niego z pewnością nie tylko rekreacja…

Był zawsze dostępny. Z czasem jednak co raz trudniej było umówić się z nim na rozmowę. Były kolejki. Podobnie, jak do jego konfesjonału, gdzie wszystko przebiegało inaczej i trwało dłużej. Trudno powiedzieć, ilu studentom i w jaki sposób pomógł. Wiadomo, że dzięki przeprowadzonym z nim rozmowom wielu wahających się kandydatów do święceń podejmowało odważne decyzje dotyczące swojej przyszłości. Jedni szli na urlopy dziekańskie, inni odchodzili z seminarium zupełnie, niektórzy udawali się na różnego rodzaju terapie, a duża część odważniej szła do przodu. Specyfika jego posługi wyklucza prowadzenie jej wnikliwych charakterystyk czy nawet statystyk. Każdy, kto z nim wtedy rozmawiał, czuł się traktowany poważnie. Dany był mu dar umiejętności dojrzałego traktowania młodych, formalnie tylko dorosłych mężczyzn. Związane z nim wspomnienia sprzed lat układają mi się w ciąg konstruktywnych wrażeń. Z czasem stał się popularnym w regionie i w kraju kierownikiem duchowym, kaznodzieją, rekolekcjonistą, spowiednikiem, autorem książek. Pełnił też posługę diecezjalnego egzorcysty. Podobnie jak niektórzy nauczyciele szkolą nauczycieli, a lekarze – lekarzy, tak on realizował istotne zadania posługując jako ksiądz dla (przyszłych) księży.

Pisząc te słowa wiem, że zaginął w Alpach. Prowadzona akcja poszukiwawcza, w ramach której ratownicy podkreślali, że zawsze szukają żywego człowieka, została zakończona. Ks. Krzysztof został uznany za zaginionego. Mógł wpaść do trudno dostępnej szczeliny lub zostać przysypany jakimś ziemnym czy kamiennym osuwiskiem, przez co trudno go teraz wypatrzyć. Masyw górski, w którym zaginał, nie należy do najmniejszych. Z każdym dniem i nocą maleją szanse na to, że się odnajdzie i wróci do swoich rozlicznych i potrzebnych posług. Znane są przypadki cudownych, nieprawdopodobnych odnalezień. Pięć lat temu właśnie w Alpach, odnaleziono po kilku dniach poszukiwań 70-latka, który utknął w lodowej szczelinie. Przeżył, bo miał z sobą niewielki zapas jedzenia i płynów. Ale wiemy też, że niektórych wędrowców, po wyjściu w góry, nie odnaleziono już nigdy. Chciałbym, żeby historia ks. Krzysztofa Grzywocza skończyła się optymistycznie. A propos: o. Adam Szustak zakłada, że ks. Grzywocz mógł zostać po prostu wniebowzięty… Chciałbym po ludzku zrozumieć to, co się stało, ale nie łudzę się, że zrozumiem…

Te wydarzenia nasuwają jeszcze jedną refleksję. Nigdy lub prawie nigdy (ale raczej – nigdy) nie wiemy, kiedy robimy coś ważnego po raz ostatni. I pewnie dlatego robimy czasem byle jak te rzeczy, do których powinniśmy przyłożyć się bardziej. Spisując w tej chwili swoje nieskładne myśli nie wiem, czy będzie mi dane jeszcze kiedyś coś napisać. Ma nadzieję, że tak, ale czy mogę być tego pewny? Gdybym wiedział, że ten tekst jest moim ostatnim tutaj czy ostatnim w ogóle tekstem, czy napisałbym go tak samo, czy może inaczej? A jeśli inaczej, to o czym byłby mój ostatni tekst? Czy, gdybym wychodząc z domu, wiedział, że ostatni raz widzę się z żoną, z synami, pożegnałbym się tak, jak zwykle, czy jakoś inaczej? Czy, gdybym wiedział, że uczestniczę w ostatniej w życiu mszy św., uczestniczyłbym w niej tak samo, czy inaczej? Czy ksiądz, wiedząc, że odprawia ostatnią w życiu mszę św., sprawowałby ją tak samo? A jeśli inaczej – to jak?

Może warto, choć to trudne, starać się, zminimalizować potencjalny niedosyt „ostatniego razu” tego, co ważne…? Ostatnie chwile rozgrywają się czasem nagle, gwałtownie i nie dają szans na refleksję. Wierzę, że jeśli msza św. odprawiona przez ks. Krzysztofa w czwartkowy poranek w szwajcarskim Betten była jego ostatnią, to jego ewentualny niedosyt był znikomy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>