Kupa w restauracji

Subiektywne wrażenia zasługują czasem na poważniejsze potraktowanie, zwłaszcza jeśli dzieli się nimi felietonistka w poczytnej gazecie, bo siła inspiracji, jaka płynie z takiej notatki jest znacząca. Jakaś babka napisała w jednej gazecie, że oburzyło ją przewijanie dziecka przy stole w restauracji. Podobno została narażona na widok dziecięcej kupy w trakcie jedzenia kolacji i ją zemdliło. Po przeczytaniu takiego tekstu czytelnicy intuicyjnie dzielą się na trzy grupy: na tych, którzy raczej przyznają rację felietonistce, na tych, którzy raczej stoją murem za rodzicami bobasa i na tych, którzy zaczynają o tym pisać..

Ideałem byłaby sytuacja, kiedy wszystko, co dzieje się w restauracjach, działoby się w odpowiednich do tego miejscach, czyli: nie karmimy w kiblu, nie przewijamy na stole itd. O ideały zwykle trudno, więc trzeba szukać stanów przejściowych, pośrednich. Może oprócz miejsc dla palących i niepalących – przydałyby się jeszcze miejsca dla gości z małymi dziećmi, w których można byłoby pozwolić sobie na więcej? Wtedy każdy, kto tam siada – wie na co się pisze. Coś podobnego realizowane jest w multipleksach w czasie seansów przeznaczonych dla rodziców z dziećmi. Jest wtedy do dyspozycji przewijak z pomocami, podczas całej projekcji włączone jest dyskretne światło, a gaworzenie czy nawet bardziej niż gaworzenie nie jest odbierane, jako brak kultury. W restauracjach takie miejsca można usytuować gdzieś poza salą konsumpcyjną, ważne żeby w ogóle były. Jeśli więc w tej konkretnej restauracji mama przewijająca bobasa miała do dyspozycji wyznaczoną do tego przestrzeń – powinna była raczej z niej skorzystać. Ale to nigdy nie będzie imperatyw na tyle kategoryczny, żeby nie dopuszczał wyjątków. Bo przecież matka może mieć też pod opieką inne dzieci – nie zawsze będzie mogła zabrać je ze sobą, a tym bardziej – zostawić. Tutaj trzeba elastyczności w myśleniu, w ocenianiu i w działaniu. Felietonistka mogła też wykonać jakiś ruch, który uchroniłby ją od przykrego dla niej widoku – mogła zmieć miejsce siedzenia, odwrócić krzesło, nie patrzeć.

Jestem takim trochę staroświeckim typem i uważam, że matkom/ojcom z dziećmi należy pozwalać raczej na więcej niż na mniej. Nie tylko w restauracji ale też w środkach transportu, w sklepach, w urzędach, w kościele, w zakładzie pracy. Zdaje się, że w naszym kręgu kulturowym tak to jest nawet ustawione, że nieokazanie matce z małym dzieckiem takiej czy innej pomocy, takiego czy innego pierwszeństwa jest raczej oznaką buractwa a nie walki o równe prawa czy jakieś standardy. W tym konkretnym przypadku, czyli zmieniając pampersa na stoliku w restauracji, rodzic może, a nawet powinien uwzględnić okoliczności – to jednak nie oznacza, że bezwzględnie musi z dzieckiem wyjść, czasem wystarczy jeśli jakoś kurtuazyjnie przeprosi najbliższych sąsiadów. Każdy kiedyś – choć ciężko ogarnąć to pamięcią – wypróżniał się w pieluchy lub obsługiwał takie zdarzenia; każdy powinien więc tę matkę zrozumieć, nawet w restauracji. Perspektywa postrzegania rzeczywistości przez stołeczne dziennikarki jest reprezentatywna dla środowiska stołecznych dziennikarek. Być może ich dzieci nie robią kupy w restauracjach. Obawiam się, że jest inaczej – te panie nie mają dzieci i w związku z tym restauracja może je inspirować wyłącznie do tekstów o zachowaniu się przy stole. Tymczasem z małymi dziećmi wszystko jest inaczej – może kiedyś zrozumieją.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>