Masakra piłą mechaniczną w domu Terlikowskich

Mimo, że Tomasz Terlikowski ma na koncie sporo dobrze napisanych książek, ta o własnej rodzinie była obarczona sporym ryzykiem. Oto jeden z czołowych i najbardziej rozpoznawalnych publicystów katolickich, szeroko otwiera drzwi swojego domu i pozwala innym obejrzeć, jak żyją Terlikowscy. Ci Terlikowscy, a zwłaszcza on – nieprzejednany polemista, bezwzględny obrońca prawdy, surowy recenzent wydarzeń, poglądów – Tomasz Terlikowski. Świetnie wymyślony tytuł dobrze kanalizuje wyobrażenia części obserwatorów medialnej aktywności Terlikowskiego: życie w rodzinie z takim mężem i ojcem, to musi być jakaś masakra, zwłaszcza dla dzieci ale najprawdopodobniej dla wszystkich, dalszych sąsiadów nie włączając. Warto było przeczytać „Masakrę piłą mechaniczną w domu Terlikowskich”, bo bardzo ciekawie uzupełnia wizerunek znanego publicysty.

Podoba mi się ta książka, mimo że jest trochę przegadana i przede wszystkim – sugestia techniczna dla wszystkich, którzy jeszcze nie czytali, a przeczytać zamierzają – należy zacząć ją czytać poczynając od ostatniego rozdziału! Tam są podstawy koncepcyjne i ideowe tego opracowania, tam jest wszystko zwięźle, pięknie i – że się przyznam – wzruszająco opisane. Potem można wrócić na początek. Pisząc, że książka jest przegadana, mam na myśli ogrom kronikarsko podanych informacji, które są właściwe dla rodzin z jakąkolwiek liczbą dzieci, a więc zasadniczo – są powszechnie znane i w tych kwestiach książka nie porywa. Czytelnik może czasem odnieść wrażenie, że autorzy usiłują odkryć na nowo jakąś Amerykę w relacjach dzieci między sobą lub z rodzicami. Ale to szczegół. Dla mnie osobiście pewnym utrudnieniem w lekturze było jeszcze posługiwanie się przez Terlikowskich pseudonimami dzieci: Isia, Zio, Fiki, Młody, Ura, w tej liczbie trzy dziewczynki i dwóch chłopców. Gdzieś tam te skróty zostały rozszyfrowane ale zdaje się, że tylko raz i szczerze mówiąc, nie zapamiętałem. Niezbyt nośne są dla postronnego czytelnika te skróty i może nazbyt familiarne, jak dla szerokiego odbiorcy. Ale na tym koniec narzekania!

Narracja jest przejrzyście zbudowana z części pisanych przez Tomka i Małgosię (tak się współautorzy przedstawiają). Widać, że pisali swoje teksty linearnie – poszczególne części powstawały jedna po drugiej, bo kolejne myśli płynnie do siebie nawiązują. Małżonkowie opisują swoją rodzinę, swoje – jako małżonków – początki, swój zwykły rodzinny dzień, weekend, swoje wyjazdy, swój czas wolny w domu. Gdzieś spomiędzy zdań i rozdziałów nienachalnie wyłania się wiarygodny obraz szczęśliwej rodziny. Wielodzietność jest swego rodzaju receptą Terlikowskich na rodzinne szczęście. Jak sami piszą – i wypada to potwierdzić – trudno przyjąć taką receptę osobom, które żyją w pojedynkę, nie mają dzieci z wyboru albo mają jedno lub dwoje. Piątka to dla większości faktycznie dość abstrakcyjna liczba zstępnych… W wielu miejscach narracja zasadza się na obalaniu stereotypu wielodzietności, jako synonimu rodzinnych patologii. Małgosia napisała, że dostała raz od przechodzącej starszej niewiasty stówę na pokrycie wydatków związanych z licznym potomstwem…. Pieniądze nie są w rodzinie Terlikowskich problemem, bo Tomek – jak sam przyznał – naprawdę dobrze zarabia.

Spośród wszystkich wątków, na jakie można by zwrócić uwagę: dla mnie jednym z ciekawszych jest prywatna pobożność Tomasza Terlikowskiego, o której dyskretnie wspomina pan redaktor w paru miejscach. To jest niesamowite nie dlatego, że facet się modli. Imponuje mi zwykłość, normalność i prostota jego modlitwy (tego przemądrzałego Terlikowskiego) oraz fakt, że dobrze udaje mu się ją splatać z tzw. zwykłym życiem. Mając multum spraw zawodowych, o których jednak prawie w ogóle nie wspomina, mając przede wszystkim piątkę dzieci, udaje mu się znajdować czas na modlitwę. Pisze o tym w sposób niemal marginalny, a przez to wiarygodny. Nie zawiesza życia duchowego na jakimś sztucznym, ideologicznym sztandarze tylko po prostu modli się w różnych sytuacjach codziennego życia. Przyznam, że daje mi ten wątek do myślenia, choć w zamyśle autorów z pewnością nie należy do istoty narracji.

Książka Terlikowskich nie jest utrzymana w konwencji totalnego wyzbywania się prywatności. Oni raczej nie wzięliby udziału w reaktywacji „Jestem, jaki jestem”. Książka jest konsekwentnie podporządkowana myśli przewodniej o szczęśliwym życiu wielodzietnej rodziny. Udało się jednak Tomkowi, a zwłaszcza Małgosi uniknąć sztywności. Z szacunkiem dla dorobku redaktora Terlikowskiego, większą swobodą, emocjami, dowcipem odznaczają się – moim zdaniem – książkowe wypowiedzi jego małżonki. Kiedy podczas jednego z porodów, między jednym a drugim skurczem, Małgosia raczej retorycznie zapytała towarzyszącego jej męża, czemu to musi tak boleć, otrzymała od ukochanego akademicką refleksję o skutkach grzechu pierworodnego oraz skutkach rozmiaru czaszki. Skwitowała to w książce dość błyskotliwie: „gdyby wzrok mógł zabijać, po Tomaszu zostałaby mokra plama”.

Dla mnie osobiście, jako ojca dwóch synów, książka jest bardzo inspirująca. Prezentuje coś więcej i coś bardziej niż typowe blogi czy poradniki parentingowe. Małżeństwo Terlikowskich nie rozgrywa się w neutralnej próżni ideologicznej – jest mocno oparte na przemyślanej i dojrzale przeżywanej wierze. Stawiam wniosek, że to właśnie, a nie liczba dzieci, może być jednym z fundamentów szczęścia rodzinnego. W każdym razie u Terlikowskich jest.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>