Menu dla zdrowotności!

Tak zwani eksperci zwracają uwagę, że po 2 – 3 latach od kiedy w Danii i Szwecji zreformowano menu sklepików szkolnych skala nadwagi wśród uczniów zmniejszyła się tam o 2%. W szkołach nieobjętych programem dzieci z nadwagą przybyło… W Finlandii, gdzie obowiązuje zakaz sprzedawania słodkich napojów na terenie szkół, notuje się dziś jeden z najniższych wskaźników nadwagi i otyłości u dzieci. A u nas – nie za fajnie: w latach 2002 – 2012 odsetek uczniów z nadwagą wzrósł z 7% do 17%. Trudno udawać, że jest inaczej, trudno się obrażać na fakty. Wiele wskazuje na to, że pierwszowrześniowa wypowiedź pani premier „o grubaskach” nie była oparta na plotkach… Żeby więc nie zostawiać sprawy bez konstruktywnych rozwiązań, minister zdrowia wydał głośne rozporządzenie w sprawie  „grup środków spożywczych przeznaczonych do sprzedaży dzieciom i młodzieży w jednostkach systemu oświaty oraz wymagań, jakie muszą spełnić środki spożywcze stosowane w ramach żywienia zbiorowego dzieci i młodzieży w tych jednostkach”. Rozporządzenie jest głośne, bo media podchwyciły temat. Atrakcyjny medialnie jest zakaz stosowania cukru w sklepikach i związana z tym zakazem kontrabanda. Podobno zdarzają się przypadki przynoszenia własnych przypraw, żeby jedzenie w szkole smakowało, jak u mamy. Dużo pozornie dziwnych rzeczy dzieje się wokół tego rozporządzenia. Sam zetknąłem się z zakazem sprzedaży wafelka prince polo 7-latkowi, podczas gdy dorosły mógł go kupić. Tuż przedtem młoda dziewczyna kupowała herbatę z cytryną, do której jednak pani sklepikarka – nie mogąc posłodzić jej cukrem – zaoferowała miód. Dobrze to, czy źle? Odruchowo można by się oburzyć, ale uważna lektura rozporządzenia, a zwłaszcza załączonego doń uzasadnienia, znacząco zmienia odbiór tego dokumentu. Zmienia korzystnie!

W uzasadnieniu do rozporządzenia prof. Marian Zembala napisał:

Wskazać należy, że głównymi błędami w strukturze spożycia żywności przez dzieci i młodzież w wieku szkolnym są:
1) monotonia i brak urozmaicenia odżywiania,
2) spożywanie produktów typu fast food (np. hamburgery, frytki, chipsy),
3) nadużywanie spożywania smażonych, tłustych potraw,
4) spożywanie zbyt często słonych potraw, żywności wysoko przetworzonej i dań na bazie koncentratów (np. buliony w kostkach, zupy instant),
5) spożywanie zbyt małej ilości warzyw i owoców,
6) niewystarczające spożycie mleka oraz wody, na korzyść napojów słodzonych,gazowanych lub sztucznie barwionych.

Natomiast wśród najczęstszych nieprawidłowych zachowań żywieniowych młodzieży szkolnej wymienia się:
1) brak regularności spożywania posiłków oraz ich pospieszne jedzenie,
2) nieodpowiednią liczbę posiłków,
3) niespożywanie śniadań w domu, przed wyjściem do szkoły,
4) niespożywanie posiłków w szkole oraz niezabieranie drugiego śniadania do szkoły,
5) podjadanie pomiędzy posiłkami, np. słodyczy, słonych przekąsek,
6) odchudzanie się w oparciu o niekonwencjonalne diety, bez nadzoru medycznego (głównie dziewczęta).

Wydaje się, że konsumpcja ze szkolnego sklepiku to zaledwie mała cząstka tego, co dziecko każdego dnia zjada. Tymczasem minister zdrowia twierdzi, że niekoniecznie. Obliczył bowiem, że stołówki znajdują się w mniej niż 60% szkół podstawowych i mniej niż 35% gimnazjów (przyznam, że te dane są dla mnie zaskakujące!). W świetle tych danych wydaje się więc, że żywienie domowe jest bardzo dominujące i to tam trzeba poprawiać nawyki. Uwzględniając natomiast fakt, że w 83% szkół działają szkolne sklepiki, wypełniając niejako brak stołówek, minister rozporządził, co powinno być w nich sprzedawane, a co zakazane. A wiedząc, że najczęściej dzieciaki kupują m.in. paluszki i chipsy, a najrzadziej owoce i warzywa – rozporządził tak, jak wiadomo.

Wrażenie robi rzeczowe uzasadnienie tego rozporządzenia. Jest znakomite: nawiązuje do danych światowej organizacji zdrowia, uwzględnia najnowsze dane z badań zagranicznych i krajowych, uwzględnia regulacje obowiązujące w innych krajach – nawiasem mówiąc, na ich tle jesteśmy daleko, daleko w lesie (regulacje prof. Zembali wyglądają na o wiele lat spóźnione!). W uzasadnieniu każdy rodzaj sklepikowej żywności jest szczegółowo omówiony i bynajmniej nie wynika z niego, że zupy czy ziemniaki w szkolnych stołówkach mają być pozbawione soli! Natomiast herbata faktycznie nie może być słodzona cukrem ale miodem pszczelim – owszem, jak to ma miejsce np. w szkołach angielskich. W uzasadnieniu poczytamy też o składnikach miodu i ich korzystnym wpływie na organizm, a także o kofeinie i nie do końca rozpoznanym działaniu tego specyfiku na młodych ludzi. O wielu innych sprawach można tam przeczytać – można i warto!

Polecam do przeglądnięcia nie tyle samo rozporządzenie, ile właśnie jego uzasadnienie. Obejmuje ok. 90 stron ale tego czasu nie pożałujecie! Jedyne co można by zarzucić tej regulacji, to fakt, że ukazała się w ostatniej chwili (26 sierpnia) i zaczęła obowiązywać natychmiast (od 1 września). Nie tylko sklepikarkom ale też ich klientom i kontrolujących ich urzędnikom z SANEPID-u, o nauczycielach i dyrektorach nie wspominając, nie dano czasu na oswojenie się z treścią rozporządzenia, na dopasowanie asortymentu, na ustalenie reguł kontrolowania, na obudowanie nowych regulacji programami edukacyjnymi, wychowawczymi czy profilaktycznymi. Trochę szkoda, bo medialne wyszło z tego nieporozumienie, a de facto są to przepisy nowoczesne i dalekowzroczne.

Rozporządzenie wraz z uzasadnieniem znajduje się m.in. w tekście na stronie mazowieckiego kuratorium oświaty, do którego odsyłam.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>