Między utylizacją a pochówkiem. Na marginesie sporu o przepisy dotyczące aborcji.

Był taki czas, kiedy nie znałem słowa „aborcja”. Nie tylko z resztą samego pojęcia nie znałem, ale przede wszystkim niczego nie wiedziałem o aborcji, jako fakcie. Tę niewiedzę uzupełniłem prawdopodobnie w liceum. Końcówka szkoły średniej przypadła u mnie akurat na początek lat 90., kiedy parlament uchwalił ustawę o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży. Mówiło się wtedy, za jednym z biskupów, że „było to najlepsze prawo, jakie w tamtym czasie można było uchwalić”. Czas jednak płynie… Upłynęło go już tyle, że w tej chwili niektórym decydentom wydaje się, że dziś można już uchwalić „lepsze prawo”.

Jest dla mnie oczywiste, że nikt (lub prawie nikt) z tych, którzy wypowiadają się w temacie aborcji, nie chce prawa do nieskrępowanego zabijania dzieci nienarodzonych. Nikomu (lub prawie nikomu) w tej kwestii nie chodzi o to, aby w majestacie obowiązującego prawa móc uciekać się do aborcji, jako „antykoncepcji awaryjnej”. Po prostu za dużo dziś wiemy o życiu człowieka, aby udawać, że zaczyna się ono kiedy indziej, niż w momencie poczęcia. Wąska garstka ludzi, która być może ma w tym zakresie odmienne zdanie – tkwi w niewiedzy. Z nimi jednak w tym tekście nie dyskutuję.

Chcę poruszyć jeden tylko aspekt jednego wątku obszernej dyskusji na temat aborcji – chodzi o eugenikę prenatalną. Obowiązujące prawo dopuszcza przerywanie ciąży, kiedy badania prenatalne lub inne przesłanki medyczne wskazują na duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu. Mówi się obecnie o możliwości zmiany obowiązujących przepisów w tym kierunku, aby aborcja z takich właśnie względów eugenicznych przestała być legalna. Innymi słowy: zmiany mają wymuszać na kobietach donoszenie ciąży, o której na podstawie badań wiadomo, że urodzone w jej rezultacie dziecko nie ma żadnych szans na przeżycie. Dziennikarz Krzysztof Luft napisał na Twitterze „Zmuszanie kobiet do donoszenia uszkodzonych płodów i rodzenia dzieci niezdolnych do życia, które na oczach rodziców umrą w ciągu paru godzin, to bestialstwo nawiązujące do barbarzyństwa, torturowania «czarownic»”. Otrzymał za ten wpis blisko 200 polubień (tyle było, kiedy czytałem). Nie zgadzam się z autorem wpisu. Nie zgadzam się w szczególności z tymi, którzy uważają, że los dzieci, które jeszcze przed urodzeniem zostały zdiagnozowane, jako śmiertelnie chore, jest tak oczywisty, że wszelka dyskusja na ten temat, a zwłaszcza poszukiwanie alternatywnych do aborcji rozwiązań jest błędem, „barbarzyństwem”, że świadczy o zacofaniu i braku szacunku do kobiet, a jedynym cywilizowanym rozwiązaniem jest w takich sytuacjach aborcja. Nie zgadzam się! To radykalnie nieuczciwa i w swym radykalizmie bardzo prymitywna droga na skróty. Jeśli mamy do czynienia z dzieckiem bardzo ciężko chorym, które nie ma szans na przeżycie po urodzeniu, aborcja nie może być rozwiązaniem jedynym.

Z punktu widzenia dziecka, obydwa rozwiązania, zarówno aborcja, jak i śmierć po urodzeniu, są tragicznie podobne. Ale czy ma z tego wynikać, że sposób, w jaki dojdzie do śmierci dziecka nie ma żadnego znaczenia? Śmierć w łonie matki na skutek aborcji, czyli mechanicznego rozczłonkowania organizmu, nie będzie jednak tym samym, co śmierć po urodzeniu, pod paliatywną opieką neonatologiczną. Bardziej humanitarnym będzie odejście po ludzku – po urodzeniu. Podobnie z punktu widzenia rodziców (czy samej matki). Przerwanie ciąży, gdy dziecko jest ciężko i nieodwracalnie uszkodzone i nie ma szans na przeżycie, stwarza jakąś perwersyjną iluzję, że oto problem rozwiązuje się zanim się w ogóle pojawi. Ale czy naprawdę ktoś uczciwy może pomyśleć, że jeśli abortowane dziecko się nie urodzi, to można będzie po jakimś czasie powiedzieć, że w zasadzie nigdy go nie było? Trzeba by pozbyć się zdjęć czy filmów z USG, przy pomocy terapii złagodzić negatywne stany emocjonalne, nie wracać do sprawy, a „problem” złagodzi się radykalnie lub wręcz zniknie. Czy na pewno? Takie myślenie jest nie tylko nieuczciwe, ale także skrajnie niedojrzałe. Mniemanie, że rodzicom (matce) łatwiej będzie poradzić sobie ze śmiercią dziecka abortowanego niż zmarłego po urodzeniu, ma cechy złudzenia. W czasie aborcji, o ile wiem, doświadczanie wrażeń wzrokowych zostaje matce (i ojcu) oszczędzone. Gdy dziecko się urodzi, rodzice na pewno je zobaczą. W przypadku ciężkiego i nieodwracalnego uszkodzenia płodu – nie będzie to widok łatwy. Urodzenie śmiertelnie chorego dziecka ma jednak tę humanitarną przewagę nad aborcją, że pozwala rodzicom towarzyszyć umierającemu, pozwala otoczyć je medyczną opieką, pozwala nadać dziecku imię, pozwala – jeśli są wierzący – je ochrzcić, a po jego śmierci – przeżyć żałobę. W miejsce niedookreślonego dyskomfortu psychicznego, który często jest skutkiem aborcji, może pojawić się żałoba – znany ludzki stan emocjonalny. Jestem przekonany, że w przypadku dziecka ze zdiagnozowaną wadą letalną, warto podejmować heroiczną walkę o jego godną, ludzką śmierć.

Zdecydowanie nie popieram jednak ustawowego zobowiązania do tego heroizmu! Ten sam wspomniany wcześniej Krzysztof Luft napisał innym razem „Mam taką rewolucyjną propozycję, aby księża biskupi wierzyli bardziej w Ewangelię niż w kodeks karny i spróbowali swoimi argumentami nakłaniać wiernych do rezygnacji z aborcji, a nie zmuszali ich do tego paragrafami i aparatem ścigania”. Luft dostał za ten wpis blisko 800 polubień, w tym moje. Środkiem wyrazu uczynił autor sarkazm i pewnego rodzaju przerysowanie, gdy mówi o zmuszaniu do życia Ewangelią poprzez przymus aparatu ścigania. Mimo, że w tym miejscu autor nie jest mistrzem poczucia taktu, to zastosowane środki wyrazu trzeba uznać za dopuszczalne w publicystycznym dyskursie. Podobnie jak Krzysztof Luft uważam, że zasad Ewangelii nie powinno się wprowadzać ustawowo, a zobowiązania ustawowe nie powinny zastępować refleksji religijno-moralnej.

Prawa wyboru, którego w różnych standardach semantycznych domagają się osoby protestujące przeciw zapowiadanym zmianom, nie należy z gruntu potępiać. W niniejszym wątku nie chodzi o prymitywnie rozumiane „prawo do zabijania nienarodzonych”. W zakresie eugeniki prenatalnej ów wybór dotyczy decyzji rodziców (matki), czy swoje śmiertelnie chore dziecko uśmiercić przed urodzeniem i pozwolić personelowi medycznemu w ramach rutynowych procedur zutylizować jego szczątki, jako „odpad medyczny”, czy też śmiertelnie chore dziecko urodzić, towarzyszyć mu w bolesnym odchodzeniu i pochować, jak człowieka. Wybór między utylizacją medycznego odpadu a pochówkiem ludzkich zwłok nigdy nie będzie prosty. Samo zapisanie tutaj tej alternatywy odczuwam, jako nietaktowne. Jeśli jednak ktoś, będąc w tego typu granicznej sytuacji, doświadcza poczucia możliwości wyboru, już zasługuje na jakiś rodzaj uznania. Ustawowe narzucenie jedynej właściwej opcji byłoby w tym wypadku grubym, ideologicznie motywowanym i prymitywnym nieporozumieniem, które na pewno nikomu niczego nie ułatwi.

PS
Nie miałem bezpośrednich doświadczeń ze zjawiskiem aborcji. Nic mi nie wiadomo, aby wśród moich bliskich czy dalszych znajomych byli ludzie, którzy mierzyli się z zamiarem lub ciężarem tego czynu. Swoje poglądy na temat aborcji ukształtowałem wyłącznie w ramach mentalnego, psychologicznego i moralnego dojrzewania (żeby nie było niedomówień – ten proces wciąż trwa). Staram się podkreślić to moje teoretyczne odniesienie do aborcji, bo jestem przekonany, że jakakolwiek byłaby moja refleksja, to i tak będzie ona w dużej mierze powierzchowna i fragmentaryczna. Mam świadomość, że mój głos, jest głosem w dyskusji.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>