Mit „najwyższej władzy”

Zakładam, że nie ma w tej chwili w naszym kraju nikogo, kto choć trochę nie interesowałby się polityką. Nie chodzi o dostępne dla wtajemniczonych niuanse, ale o sprawy powszechnie znane, o spektakularne zmiany, o ważne wypowiedzi kluczowych polityków, o ogólne trendy. Tak myślę. Dlatego pozwalam sobie na ten wpis, choć wiem, że teksty zahaczające o politykę nie cieszą się tutaj najwyższym zainteresowaniem. Uważam jednak, że niezależnie od przekazów medialnych, trzeba dziś podejmować autonomiczną refleksję nad standardami uprawiania w Polsce polityki. Standardy te są coraz bardziej dyskusyjne. Mówiąc wprost: skala cynizmu i nieuczciwości w polityce krajowej, prowadzonej po ostatnich wyborach parlamentarnych, przekracza dziś znane z przeszłości granice. Coraz trudniej mi się z tym godzić. Zamiast jednak epatować emocjami, proponuję tę właśnie refleksję.

Ostatnie wybory parlamentarne zakończyły się zdecydowanym zwycięstwem jednej partii politycznej. Na kandydatów tej jednej partii zagłosowało tylu naszych rodaków, że po ogłoszeniu wyników okazało się, że zdobyli oni w Parlamencie samodzielną większość – obsadzili 235 z 460 miejsc w Sejmie oraz 61 ze 100 miejsc w Senacie. Taki rezultat wyborów stanowi spełnienie marzeń każdego środowiska politycznego (z samej swej natury dążą one przecież do objęcia i sprawowania władzy – po to istnieją)! Problemem jest dla mnie sposób zagospodarowania tego bezdyskusyjnego i budzącego szacunek zwycięstwa wyborczego. Zwycięstwo w wyborach parlamentarnych we współczesnej Polsce nie daje bowiem zwycięzcom pełni władzy! Sejm nie jest dziś najwyższą władzą, nie jest „najwyższym organem władzy państwowej”, nie sprawuje kontroli nad innymi organami władzy, jak było to zapisane w komunistycznej Konstytucji z roku 1952.

Konstytucja z roku 1952 (fragment)

Tamte czasy dawno minęły! Polska jest dziś demokratycznym państwem prawa, którego ustrój opiera się na podziale i równowadze władzy ustawodawczej, władzy wykonawczej i władzy sądowniczej – tak stanowi Konstytucja z roku 1997 (uchwalona przez Zgromadzenie Narodowe w dniu 2 kwietnia 1997 r., przyjęta przez Naród w referendum konstytucyjnym w dniu 25 maja 1997 r., podpisana przez Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej w dniu 16 lipca 1997 r.).

Konstytucja z roku 1997 (fragment)

Mam wrażenie, często graniczące z pewnością, że Konstytucja – najwyższe prawo Rzeczpospolitej Polskiej – jest przez polityków zwycięskiej partii cynicznie lekceważona, a nawet naruszana. W imię wyborczego zwycięstwa pozwalają sobie ci politycy, którym skuteczności nie sposób odmówić, na systematyczne poszerzanie zakresu władzy. Są skuteczni. Rozmiar ich wyborczego zwycięstwa ma być fundamentalną przesłanką legitymizującą ową „skuteczność”.

Nasza Konstytucja, wśród organów władzy, wylicza Sejm i Senat, Prezydenta RP, Radę Ministrów, Samorząd terytorialny oraz Sądy i Trybunały. Relacje poszczególnych organów władzy, co oczywiste w demokratycznym państwie prawa, są tak skonstruowane, aby wzajemnie równoważyć ich oddziaływanie. Chodziło o to, aby żaden z organów władzy nie uzyskał bezwzględnej dominacji nad innymi organami – to jeden z przymiotów ustroju demokratycznego. Sejm może wiele, ale nie wszystko. Sejm nie jest dziś „najwyższym organem władzy państwowej”, ale jednym z kilku organów równoważnych. Niestety, rządzący, co widać, jak na dłoni, po staremu rozumieją rządzenie. Tymczasem w ustroju demokratycznym, w demokratycznym państwie prawa, w warunkach dojrzałej demokracji chodzi w rządzeniu o zrównoważone współdziałanie organów władzy.

Obserwując to, co dzieje się dziś w krajowej polityce, trudno nie dostrzec zapału do zmian, które wprowadzają rządzący. Mają ku temu pełne prawo, po to zabiegali o poparcie wyborców i po to wygrali wybory! Sztandarowy i ważny społecznie „Program 500+”, tzw. reformy w obszarze oświaty, zmiany w Trybunale Konstytucyjnym, zmiany w obszarze wymiaru sprawiedliwości, stworzenie nowej formacji wojskowej, dalsze dociekania w sprawie przyczyn katastrofy smoleńskiej, obniżenie wieku emerytalnego, stworzenie mediów narodowych, próba zablokowania wyboru Polaka na jedno z ważnych stanowisk międzynarodowych… Lista spraw podejmowanych przez rządzących jest długa. Społeczno – polityczna ocena wprowadzanych zmian nie jest jednoznaczna, bo taką być nie może. Z jednej strony każdy w Polsce chciałby, aby sprawy w sądach toczyły się sprawniej, aby szkoły nauczały jeszcze efektywniej, ale z drugiej strony sposób realizacji tych celów nie jest przecież – w demokratycznym państwie prawa – bez znaczenia! Rządzący, jako przekonani o posiadaniu „najwyższej władzy”, często nie przejmują się nie tylko zgodnością swoich decyzji ze zdrowym rozsądkiem (edukacja), ale także ich zgodnością z prawem (Trybunał Konstytucyjny). Nie przejmują się relacją wprowadzanych zmian do powszechnie uznawanych wartości etycznych (media narodowe), ani długofalowym rachunkiem ekonomicznym (obniżenie wieku emerytalnego). Nie przejmują się nie tylko pojedynczy politycy, jastrzębie zmian, ale nie przejmuje się także cały obóz władzy, bo kiedy posiada się większość parlamentarną i swojego prezydenta, przejmować się nie trzeba. Mimo przedwyborczych deklaracji naprawy standardów władzy i ich odnowy, także moralnej, tym, co ma obecnie moc powstrzymywać wprowadzanie zmian, nie jest Konstytucja, prawo, wierność prawdzie, zasady moralne… Tym hamulcem jest polityczny rachunek zysków i strat. Ponieważ sprawujący „najwyższą władzę” nie znaleźli pomysłu, w jaki sposób rozładować napięcia wokół zmiany przepisów dot. przerywania ciąży oraz rewolucyjnych zmian w ordynacji samorządowej, wycofali się z nich. Nie opłacało się ich forsować.

Obecna sytuacja bardzo psuje życie społeczne w Polsce. Następni zwycięzcy wyborów parlamentarnych będą musieli wykazać się olbrzymim rozsądkiem, aby jeszcze bardziej nie skomplikować naszych wzajemnych relacji. Doszło obecnie do tego, że zamiast stron w debacie publicznej, mamy patriotów i zdrajców, miłośników wartości moralnych i przestępców, oświeconych i zacofanych. Coraz trudniej merytorycznie o czymkolwiek dyskutować, bo każda dyskusja obarczona jest potężnym bagażem uprzedzeń, oskarżeń, rzekomo oczywistych, które jakąkolwiek dyskusję czynią praktycznie niemożliwą.

„Najwyższa władza” nie prowadzi dialogu, w żadnym tego słowa znaczeniu, nie sprzyja też kulturze dialogu, otwartości, pojednanej różnorodności, a przecież takie właśnie jest współczesne społeczeństwo, także w Polsce: różnorodne. Jednorodna sejmowa większość jest rezultatem woli większości wyborców, ale zdecydowanie nie jest i nawet nie stara się być odwzorowaniem bogactwa poglądów i wrażliwości obecnych w życiu społecznym. Zamiast tego, rządzący oceniają rodaków, osądzają, dzielą, a to wszystko w ramach sprawowania mandatu „najwyższej władzy”. Posiadanie większości parlamentarnej nie przesądza – we współczesnej Polsce – o posiadaniu najwyższej władzy! Władza ustawodawcza i władza wykonawcza musi być obecnie równoważona przez władzę sądowniczą, tak stanowi Konstytucja. Nawet jeśli ona sama, władza sądownicza, funkcjonuje przewlekle i wychodzą na światło dzienne różne jej mankamenty. Demokratyczne państwo prawa nie gwarantuje braku ludzkich mankamentów, pozwala się jednak z nimi uporać w ramach obowiązujących reguł. Przede wszystkim oznacza konieczność przestrzegania Konstytucji. „Najwyższa władza” Sejmu jest mitem, ale mitem nie może dla nas być trójpodział władzy. Wbrew „polityce informacyjnej” rządu, wbrew polityce faktów dokonanych Sejmu, wbrew skrajnie serwilistycznej postawie Prezydenta RP, wierzę w siłę obowiązującej Konstytucji. Wierzę też, że skuteczność władzy sądowniczej pozwoli obronić nasz konstytucyjny ustrój przed zakusami, które okazują zwycięzcy ostatnich wyborów parlamentarnych.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>