Msza h-moll BWV 232

Zastanawiam się, jak rozpocząć tekst o muzyce Jana Sebastiana Bacha, żeby utrzymać zainteresowanie czytelników, zwłaszcza obojętnych wobec tego rodzaju sztuki. Czy to w ogóle możliwe?

„Msza h-moll” to muzyka doskonała w dosłownym tego słowa znaczeniu. Nie chodzi o wpadający w ucho motyw melodyczny (np. „The Final Countdown” zespołu Europe), wyrazisty motyw rytmiczny (np. „We Will Rock You” zespołu Queen), czy charakterystyczną chorografię (np. „Macarena” Los Del Rio). Tego w muzyce Bacha nie ma. Pewnie dlatego nie ma szans, aby któraś z części „Mszy h-moll” zawładnęła którąkolwiek medialną listą przebojów. Z drugiej strony: żaden z utworów, które od początku regionalnych czy globalnych notowań szlagierów zdobywały największą popularność, nie może równać się z „Mszą h-moll” Bacha. Doskonałość warsztatu kompozytorskiego, bogactwo muzycznej retoryki, monumentalność formy, synteza wątków katolickich i protestanckich… Sporo słów napisano o tej muzyce. Ona jest jak luksusowy mercedes w dziejach motoryzacji. Jasne, później wymyślono bolidy formuły 1, pojawiły się odrzutowce, człowiek poleciał w kosmos, nasze wyobrażenia o przemieszczaniu się bardzo się zmieniły, ale Mercedes klasy S pozostaje punktem odniesienia, cezurą, marką poza konkurencją! W dziejach muzyki bachowska „Msza h-moll” (choć nie tylko ona) może być takim właśnie produktem kulminacyjnym! Tak jak motoryzacja nie skończyła się na Mercedesach, tak i muzyka nie kończy się na Bachu. Ale Bach i jego „Msza h-moll” to jest klasa ponadczasowa. Warto mieć tę świadomość i warto czasem tej muzyki posłuchać, zwłaszcza jeśli jest szansa, aby posłuchać jej na żywo.

Z wielką przyjemnością uczestniczyłem niedawno w koncercie, podczas którego wykonywano na żywo „Mszę h-moll” Bacha. Dzieło jest bardzo długie (trwa 2h), ale i ogromnie ciekawe. Sprawa z powstaniem utworu jest nieco zawiła. Pisząc tę mszę, Bach był u szczytu swoich możliwości twórczych. Przyszło mu wówczas do głowy, aby postarać się o prestiżowy tytuł dworskiego kapelmistrza księcia – elektora, znanego u nas jako August III Sas. Nie szukał pracy, chciał tylko, pracując w Lipsku, zdobyć godność nadwornego kompozytora w Dreźnie – ot, taka odrobina lansu. Aby zaprezentować władcy swoje umiejętności Bach przekazał elektorowi w roku 1733 dwie pierwsze części „Mszy h-moll” (Kyrie, Gloria). Książę nie przejawiał jednak szczególnej wrażliwości na tego rodzaju sztukę, a wiele wskazuje na to, że także horyzonty intelektualne nie pozwalały mu właściwie docenić wartości dzieł, które otrzymał od Bacha. Ostatecznie jednak wysiłki Lipskiego Kantora powiodły się nadspodziewanie. W roku 1736 Bach otrzymał tytuł nadwornego kompozytora króla polskiego i elektora saskiego. W międzyczasie dokończył „Mszę h-moll”, tworząc kolejne jej części (Credo – Symbolum Niceanum, Sanctus, Osanna, Benedictus, Agnus Dei i Dona nobis pacem). Tyle w ogromnym skrócie.

Nie jest pewne, czy utwór ten został kiedykolwiek wykonany w całości za życia Bacha. Raczej nie. Ta niepewność dotyczy też niektórych innych utworów Mistrza, choć nie wszystkich. Jest ona o tyle istotna, że utwór, co do którego mamy pewność, że został wykonany pod kierunkiem Bacha, jest niejako zaopatrzony w szereg wskazówek, które pozwalają dziś mierzyć się z jego stylowym wykonaniem. Jeśli np. wiadomo, że dany utwór został wykonany podczas niedzielnej liturgii w kościele św. Tomasz w Lipsku, to mniej więcej wiadomo, jaki chór został do tego wykonania zaangażowany, jacy instrumentaliści, wiadomo nawet, ile takie wykonanie mogło mniej więcej trwać. Podobnie, jeśli Bach prowadził wykonania swoich utworów w innych kościołach czy salach koncertowych Lipska – również z grubsza wiadomo, jakich muzyków mógł mieć do dyspozycji, jakim dysponowali oni instrumentarium, jakim poziomem wykonawczym itd. W przypadku „Mszy h-moll” muzykologowie są na etapie ustalania genezy poszczególnych jej części. Co powstało kiedy, z czego zostało zaczerpnięte, kiedy podlegało przeróbce, co zostało z czym połączone, a co od czego oddzielone itd. Wg jednej z najlepszych obecnie monografii poświęconych twórczości Bacha, materiał muzyczny „Mszy h-moll” mógł powstawać w latach 1733 – 1749! Teoretycznie nie wyklucza to wykonań dzieła za życia Bacha, a już na pewno nie wyklucza wykonań poszczególnych jej części.

Uważam, że rozbudowana geneza „Mszy h-moll”, a co za tym idzie, brak źródłowego wzorca aparatu wykonawczego, stwarza współczesnym wykonawcom szerokie możliwości. O ile np. zaangażowanie licznego zespołu chóralnego do wykonania kantat można by dziś uznać za nieuzasadnione (bo warunki, w jakich były one wykonywane za czasów Bacha, są zasadniczo dobrze rozpoznane), o tyle zabieg ten w odniesieniu do „Mszy h-moll” trudno zakwestionować. Wykonawcy koncertów organizowanych w ramach II Metropolitalnego Festiwalu Chóralnego (Katowice – Tychy) skorzystali z możliwości, jakie stwarza wykonawcom doskonała muzyka Lipskiego Kantora.

Liczebność chóru, a właściwie dwóch chórów, była imponująca. Wystąpiły połączone chóry Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach oraz Rencontres Musicales en Loire z Saint Étienne. Podobała mi się swoboda, z jaką śpiewacy wyrażali śpiewane treści. Wielu z nich ekstatycznie pląsało w rytmie niektórych partii. Wrażenie wizualne było takie, że część chórzystów śpiewa z pełnym zaangażowaniem, a niektórzy tylko ustami. Oczywiście nie odpowiadało ono prawdzie, a po drugie – dla słuchaczy nie miało znaczenia poza tym, że wzbogaciło wrażenia wzrokowe. Udanym zabiegiem była rozpiętość agogiczna dzieła. Zarówno w obrębie poszczególnych grup (Kyrie), jak i w planie całego utworu słychać było przemyślane tempa, w tym silnie zróżnicowane, zgodnie z wymową i charakterem poszczególnych części. Bardzo udanym zabiegiem koncepcyjnym i artystycznym było obsadzenie w duecie Et in unum Dominum głosu żeńskiego i męskiego! Zwykle tę partię powierza się dwóm sopranom, ale zdecydowanie bardziej trafne było zaangażowanie sopranu i kontratenora. Retoryka muzyczna i teologiczna tego fragmentu mówi o jedności Ojca i Syna. Muzycznie słyszymy, że Syn jest odbiciem Ojca, teologicznie wiemy, że Syn jest współistotny Ojcu (Bóg z Boga, Światłość ze Światłości, Bóg prawdziwy z Boga prawdziwego). Tę jedność boskiej natury Ojca i Syna lepiej ilustrują kobieta i mężczyzna, równi sobie w naturze i godności, jako antropologiczna jedność. 

Nie policzyłem, ale łączna liczba śpiewaków mogła sięgać 80 osób. Ta imponująca siła brzmienia ludzkich głosów musiała mierzyć się z o połowę mniej licznym składem Gliwickiej Orkiestry Kameralnej. Okazało się jednak, że rozpiętość dynamiczna w ramach poszczególnych partii była wyraźniej zarysowana wśród orkiestry niż wśród chórzystów. Orkiestra często była nad chórem. Wolumen chóru był proporcjonalny do brzmienia instrumentalistów głównie w tych miejscach, w których nie była angażowana sekcja instrumentów dętych blaszanych. Wśród chórzystów zdecydowanie wyróżniającym się głosem były natomiast tenory. Ich brzmienie potrafiło osadzić towarzyszące im instrumentarium w roli partii towarzyszących właśnie. Nie można tego powiedzieć o pozostałych głosach, które choć nie zawsze, często nie potrafiły przebić się przez towarzyszące instrumenty. Być może wyzwania wykonawcze, jakie sprawia repertuar oratoryjno – kantatowy, nie jest tym, nad czym chórzyści pracują na co dzień. Być może też miejsce, które zajmowałem podczas koncertu, zniekształcało niektóre wrażenia słuchowe.

Soliści byli bardzo dobrzy. Dwa soprany (Agata Chodorek i Natalia Łukaszewicz – Charabin, na co dzień druga dyrygent chóru Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach), słynny polski kontratenor Piotr Łykowski, jego syn – Maciej Łykowski, tenor (w moim odbiorze zaprezentował się najlepiej wśród solistów) oraz Krzysztof Kotoński – bas. Partia basu z Gloria (Quoniam tu solus Sanctus) została wykonana wybitnie! Wrażenie zrobiła na mnie przede wszystkim wyrównana, przekonująca artykulacja Kotońskiego, której później trochę zabrakło w Et in Spiritum Sanctum w Credo. Nawiasem mówiąc, w partiach wykonywanych przez solistów udało się dyrygentowi zbudować idealne brzmieniowe proporcje wokalno – instrumentalne. Wykonaniem „Mszy h-moll” w katowickim kościele św. Anny dyrygował chórmistrz Michał Brożek. Sercem (i ustami) był cały czas z chórem. Przygotować (w międzynarodowym gronie) i poprowadzić wykonanie „Mszy h-moll” Bacha – to będzie znaczący punkt w artystycznym życiorysie pana dyrygenta.

Cieszę się, że są na Śląsku ludzie i zespoły biorące na artystyczny warsztat tego typu muzykę. Mnogość niuansów, o których trzeba pomyśleć przy takich wykonaniach, które należy muzycznie wyeksponować, jest trudna do wyobrażenia. Zwłaszcza dla zespołów, które na co dzień pracują oddzielnie, i zwłaszcza dla dyrygenta. Jestem zwolennikiem równowagi między wykonaniami akademickimi, ikonicznymi Bacha, w które angażują się muzycy najlepsi z najlepszych na tej plancie, a wykonaniami festiwalowymi, takimi jak to, którego byłem uczestnikiem. Te pierwsze powinny być zapisywane na płytach, jako owoc naukowej refleksji i żmudnej pracy, te drugie – powinny być prezentowane szerszej publiczności. Nawiasem mówiąc, miałem – jako publiczność – niedosyt w zakresie słów wprowadzenia, które padły przed koncertem. Rozumiem, że nie należało przedłużać, że słowo mówione nie miało żadnych szans z muzyką, która za moment miała zabrzmieć. Jednak uważam, że wprowadzenie do „Mszy h-moll” Jana Sebastiana Bacha w formie statystyk (liczba części, liczba chórów, duetów i arii) to nieporozumienie. (Proszę sobie wyobrazić wprowadzenie np. do wystawy malarstwa barokowego poprzez informację o liczbie artystów, których obrazy są wystawiane, o ilości eksponowanych obrazów i np. liczbie pędzli użytych do malowania).

Mam ogromną satysfakcję z udziału w tym koncercie. Było to przeżycie nieporównywalne z odsłuchaniem płyty CD czy lekturą pogłębionej muzykologicznej analizy. To wydarzyło się naprawdę! Za to przeżycie dziękuję muzykom i organizatorom festiwalu, o którym – nawiasem mówiąc – wcześniej nie słyszałem. Z zainteresowaniem będę czekał na koncerty w przyszłym roku.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>