Muzyka improwizowana

Muzyka improwizowana kojarzy się zasadniczo z jazzem i jest to skojarzenie trafne, bo jazzmani to przede wszystkim świetni improwizatorzy – tej muzyki nie da się grać z nut. Można by, ale to byłoby wykonanie dramatycznie sztuczne, wręcz ironiczne. Muzyka improwizowana to jednak zagadnienie szersze niż jazz. Z prawdziwą przyjemnością słucham improwizacji na koncertach. Niezapomniane są dla mnie improwizowane wstawki Stanisława Sojki, które tu i ówdzie uwiecznione, budzą niezmienny podziw. Leszek Możdżer to mistrz najwyższych lotów. Improwizacja jest osobną dziedziną sztuki muzycznej (nie tylko muzycznej ale dziś tylko o tym). Niektórzy tak potrafią, inni nie czują się w tej dziedzinie mocni, a jeszcze inni – specjalizują się w improwizowaniu. Z myślą o tych ostatnich organizuje się nawet festiwale muzyki improwizowanej. Festiwal taki, poświęcony muzyce dawnej, organizowany jest w Gliwicach. Oprócz umiejętności tamtejsi wykonawcy muszą wykazać się solidną wiedzą – w muzyce dawnej nie jest wszystko jedno, które klawisze i w jaki sposób się naciska. Inny taki festiwal organizowany jest w Poznaniu. Nazywa się FRIV, do jego specyfiki należy prezentowanie składów muzycznych (duetów, trio, kwartetów, kwintetów) wyłanianych… w drodze losowania. Ze względu na to, że muzycy są wysoko wykwalifikowanymi specjalistami w zakresie improwizacji – ich występy zapewniają moc wrażeń. Festiwal Muzyki Improwizowanej Jazz i Okolice od 9 lat odbywa się w Katowicach. Celem festiwalu jest prezentowanie melomanom poprzez kreatywne środowiska artystyczne w Polsce i na świecie nowinek w dziedzinie muzyki improwizowanej. Tutaj wszystkie chwyty są dozwolone.

Najczęściej jednak z muzyką improwizowaną spotykam się na koncertach organowych. Ten rodzaj muzyki jest okazją poznawania i rozumienia improwizacji. Nie chwaląc się (może trochę), kiedy dzięki mojemu nauczycielowi Waldemarowi Krawcowi w roku 2005 zdobyłem pierwszą nagrodę w odbywającym się w Warszawie ogólnopolskim konkursie organistów nie będących absolwentami akademii muzycznych, zdobyłem też pierwszą nagrodę za najlepszą improwizację na temat wylosowanej pieśni kościelnej. Była to pieśń adwentowa „Archanioł Boży Gabriel”. Losowanie tytułów odbyło się wieczorem dnia poprzedzającego konkurs, więc uczestnicy mieli czas poukładać swoje pomysły. To jest piękne wspomnienie artystycznej satysfakcji, które starannie pielęgnuję. Po wykonaniu niemal każdej improwizacji wydawało mi się, że oto zabrzmiała muzyka zwycięzcy. Gratulowaliśmy sobie wzajemnie i bynajmniej nie była to pusta kurtuazja. Miałem wtedy taki moment refleksji, w którym rozważałem przydatność tych improwizacji w codziennym posługiwaniu parafialnych organistów (każdy uczestnik konkursu był praktykującym organistą parafialnym). Jedna może nadawała się na wstęp do pieśni, inna na medytację w czasie uwielbienia po komunii św., moja nadawała się jako utwór na zakończenie liturgii. Niektóre, pełne efektownych środków muzycznego wyrazu lub standardowych rozwiązań brzmieniowych, nie nadawały się do żadnej części liturgii. Może na jeden z tych festiwali, o których pisałem wcześniej albo na koncert właśnie – koncert muzyki organowej.

Zdarzają się, choć niezwykle rzadko, koncerty organowe w całości improwizowane. Sam miałem przyjemność uczestniczyć w jednym takim koncercie – w kościele oo. Franciszkanów w Zabrzu. 18 września 2005 roku w takiej właśnie formule wystąpił tam niemiecki artysta Wolfgang Seifen. To była muzyczna uczta królewska. Wykonawca wykonał kilka rozbudowanych improwizowanych utworów osadzonych w stylistykach różnych epok – od renesansu po współczesność. Na koniec zagrał improwizację na temat polskich pieśni kościelnych, które w trakcie gry podkładał mu na pulpit asystujący wtedy przy organach organmistrz Jan Wyleżoł. Po koncercie Wolfgang Seifen wraz z szefem zabrzańskiego festiwalu poszli na kolację. W restauracji było akurat pianino, a przy nim pianista, którzy zgrabnie przygrywał do kotleta. Poproszony o ustąpienie na moment miejsca profesorowi, podsumował jego poczynania mniej więcej tak „chyba musiałbym się jeszcze raz urodzić i uczyć się u tego pana, żeby tak grać”. Jest w improwizacji jakiś rodzaj niezrozumiałego dla wszystkich geniuszu. Kiedy akt twórczy splata się z wykonaniem i dzieje się to w sposób uporządkowany i efektowny – trudno się nie zachwycać. Zachwyt działa też w drugą stronę – zdarza się, że to artysta zachwyca się brzmieniem i możliwościami instrumentu do tego stopnia, że spontanicznie postanawia ten zachwyt uwiecznić nagrywając płytę. A ponieważ rzadko zdarza się, żeby spontanicznie mieć przygotowane utwory do nagrania płyty – zostaje więc improwizacja. Takie przedsięwzięcie zrealizował w zabrzańskim kościele Wniebowzięcia NMP Csaba Kiraly.

Jednym z największych improwizatorów naszych czasów i naszej szerokości geograficznej jest niewątpliwie prof. Julian Gembalski. Jego koncerty składają się zwykle z literatury organowej spisanej oraz improwizacji. Często te drugie wydają się lepsze, bardziej błyskotliwe, bardziej efektowne niż dzieła dawnych czy nowszych mistrzów. On też w ramach koncertów przewiduje czasem podawanie tematów pieśni, o które opiera następnie improwizowaną muzykę. Tutaj nie ma więc mowy o uprzednim poukładaniu pomysłów czy jakimkolwiek przygotowaniu.

Muzycy uczą się improwizacji – w szkołach muzycznych i na studiach to jeden z przedmiotów. Dla niektórych sama przyjemność, dla innych obowiązek, a dla jeszcze innych – koszmar. Warto doceniać momenty muzyki improwizowanej – ta muzyka dzieje się naprawdę tu i teraz, jest najczęściej jednorazowa i niepowtarzalna. Często jej słucham korzystając z dobrodziejstwa Internetu, a na koncertach – ze szczególną uwagą.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>