Muzyka pierwszego kontaktu

Nie da się łatwo zaprzeczyć tezie, że kościoły wciąż pozostają dla wielu ludzi jedynym miejscem kontaktu z muzyką wykonywaną na żywo. Jedynym – to mocne słowo. „Jedynym” oznacza, że poza kościołami wielu ludzie nie słucha muzyki wykonywanej przez żywych muzyków – radia i temu podobnych odtwarzaczy nie liczymy. Niektórzy mają komfortowo, bo mieszkają mniej czy bardziej obok Teatru Muzycznego, Opery, Teatru Tańca, Filharmonii, Teatru Rozrywki, innych podobnych przybytków sztuki. Ale nie każdy tak ma, dlatego często to od jakości muzyki wykonywanej w kościele zależy pierwotne kształtowanie gustów muzycznych wielu ludzi. Dziadowski organista może bardzo zaszkodzić.

W Polsce stereotyp organisty jest raczej negatywny. Potocznie rzecz ujmując, organista to średnio wykształcony muzykant, raczej rzemieślnik niż artysta, zdecydowanie odtwórca niż twórca. Takie postrzeganie uosabiał swego czasu osobliwy Antoni Pereszczako ze „Złotopolskich” ale także cała rzesza jemu podobnych rzeczywistych kościelnych muzykantów, mało świadomych swoich obowiązków i swojej artystycznej misji. Problem jest poważny. Teoretycznie można by angażować w kościołach wykwalifikowanych muzyków, także wysokiej klasy artystów po studiach albo średniej klasy artystów po średnich szkołach muzycznych ale parafie twierdzą, że nie mają na to pieniędzy. Większość organistów, nawet tych wykwalifikowanych, pracuje na podstawie honorarium a nie stałej umowy o pracę, a to nie są warunki kuszące dla młodych, ambitnych, wykształconych. Sprzyjają raczej dodatkowemu zaangażowaniu, a dodatkowo – przejściowo można robić różne rzeczy ale zachowywać przy tym jakość, poziom i odpowiedzialność – akurat najtrudniej.

Modelowa sytuacja panuje u nas w niektórych większych kościołach – one mogą pozwolić sobie na zatrudnienie dobrych muzyków na etatach. Ale czy to jest zjawisko poza katedrami częste? Nie prowadziłem rozpoznania ale mam wątpliwości. Najlepiej ten system działa chyba w Niemczech, gdzie organiści, w zależności od kwalifikacji, posiadają zaszeregowanie do tzw. kategorii i wysokość ich wynagrodzenia zależy od tego właśnie zaszeregowania a nie od miejsca zatrudnienia. Tam więc nie każdą parafię stać na zatrudnienie organisty klasy A lub B ale system działa tak, że w niektórych „prestiżowych” kościołach nie można zatrudnić muzyka z kategorią niższą niż B. Kategoria C lub D natomiast są przewidziane do mniejszych parafii. Generalnie w Niemczech organista jest szanowanym zajęciem dla wykwalifikowanych muzyków.

Przypadkowość w muzyce kościelnej jest w Polsce dość duża. Od materiałów nutowych przez instrumenty po samych muzyków – wszystko razem jest czasem dziełem przypadku. Tymi przypadkami zarządzają proboszczowie, którzy na ogół „wiedzą lepiej”. Zarządzanie ma często charakter zarządzania kryzysowego – proboszcz o wszystkim decyduje jednoosobowo, bezpośrednio i nieodwołalnie – jak dyktator w czasie powstania. Taki system tylko konserwuje przypadkowość, chyba że sam proboszcz jest dobrym muzykiem albo posiada choć wiedzę muzyczną. Najczęściej nie jest i nie posiada, a jak wiadomo, może mieć władzę absolutną, może nawet zarządzać czasem trwania półnut lub całych nut. „Panie organista, kończymy, kończymy” albo „Módlmy się” wypowiedziane od ołtarza w czasie trwania pieśni czy utworu wcale nie należą do kategorii science – fiction. Proboszczowie zarządzają więc muzyką kościelną całkiem bezpośrednio i na żywo i całkiem bezrefleksyjnie. Różnego rodzaju dialogi księdza z organistą przeszły do historii wielu parafii i roczników uczniów szkół muzycznych. Taka rzeczywistość nie wpływa korzystnie na samą muzykę w kościele, nie może tym bardziej wpływać budująco na odbiorców tej muzyki.

Ale nie wszystkiemu winni są bezpośrednio księża. Przypadkowo (pod względem muzycznym) wyglądają też msze obrzędowe albo rocznicowe i to jest nasza wina, szanowni parafianie. Dość często zawłaszczamy je, jako okolicznościowe akademie ku czci tej czy innej żywej lub zmarłej osoby lub ku czci nas samych. W świadomości wielu z nas takie msze św. mogą mieć szczególną oprawę – taką, która jest nam bliska, bo wydaje nam się, że to są „nasze msze”. Nasza intencja daje nam prawo wyboru celebransa, dookreślenia liczby zapalonych świec, rodzaju włączonych świateł i nut, które zabrzmią. W zasadzie nie mamy wpływu tylko na wygłaszane w czasie mszy teksty, bo to jest gdzieś tam ustalone ale nie szkodzi, teksty nie są ważne. Księża nie potrafią solidarnie uporządkować tej sytuacji. Skutek jest taki, że my parafianie w większych miastach potrafimy zręcznie te różnice rozgrywać, bo proboszczowie, dla świętego spokoju, godzą się na wszystko. W mniejszych miejscowościach jest gorzej, bo nie ma możliwości wyboru księdza i kościoła. Organiści za odpowiednim honorarium również starają się być elastyczni. Choć uczciwie trzeba przyznać, że to właśnie organiści, zwłaszcza wykształceni w dobrych kościelnych szkołach czy na kursach, najczęściej starają się stawać na straży poprawności muzyczno – liturgicznej, co nie zawsze wychodzi im na dobre. Bo „stawiający się” organista ląduje szybko u proboszcza – dyktatora i problem jest od ręki rozwiązany.

Istnieje pilna potrzeba dowartościowania roli muzyki i muzyków kościelnych. Na pewno nie każdy i nie w każdym kościele będzie artystą wysokich lotów i nie o to chodzi. Przede wszystkim powinni to być wykwalifikowani (jakkolwiek wykwalifikowani) muzycy, a nie ludzie przypadkowi, doraźni, dorywczy. Wykwalifikowany organista – to jest podstawa jakiegokolwiek poziomu muzyki kościelnej. Lepiej będzie sprawować liturgię bez organisty niż z akompaniamentem kogoś, kto robi to źle. Taki wykwalifikowany muzyk musi mieć minimum autonomii i minimum stabilizacji. Autonomia oznacza prawo decydowania o szczegółach wykonywanej muzyki i jest przeciwieństwem ręcznego sterowania i zarządzania kryzysowego proboszcza. Autonomia musi być rzeczywista i powszechnie w parafii znana. Natomiast minimum stabilizacji to przejrzyste warunki współpracy organisty z parafią: określone i stabilne. Ideałem jest jakaś forma umowy, niekoniecznie o pracę i na etat. Umowa pozwala stronom widzieć w sobie odpowiedzialnych partnerów współpracujących na określonym odcinku. Organista z grzeczności czy organista ze znajomości czy organista przez zasiedzenie – to sytuacje niejasne i nieprzewidywalne.

Czy można doprowadzić do podniesienia poziomu muzyki wykonywanej w kościołach na żywo? Jak określić ewentualny wskaźnik, po spełnieniu którego uznamy, że jest dobrze albo przynajmniej lepiej? Temat zostaje otwarty. Tym bardziej, że oprócz organistów są także inni muzycy, którzy mogą współtworzyć muzykę kościelną.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>