Narracja pani kurator: mam władzę i nie zawaham się jej użyć!

Jakiś czas temu miałem przyjemność uczestniczyć (zamiast mojego szefa) w konwencie wójtów i burmistrzów Śląskiego Związku Gmin i Powiatów. Ten związek jest reprezentatywnym gremium zrzeszającym liderów samorządowych województwa śląskiego z jednostek mniejszych (wójtowie i burmistrzowie). W zebraniu uczestniczyło też dwóch prezydentów, ale zdecydowaną większość stanowili właśnie wójtowie i burmistrzowie, czyli liderzy gmin wiejskich i miejsko – wiejskich. Nie pamiętam liczby uczestników, ale duża sala była niemal pełna. Obstawiam, że w konwencie mogło uczestniczyć ponad 100 osób (reprezentowanych było ponad 100 jednostek samorządu terytorialnego z województwa śląskiego).

Jednym z gości konwentu była Śląska Kurator Oświaty Urszula Bauer. Wygłosiła ona przemówienie, którego wszyscy słuchali z dużą uwagą (o wiele większą niż innych mówców występujących tego dnia). Nie dziwię się – sam słuchałem pilnie. W końcu była okazja posłuchać o tzw. reformie oświaty niemal z pierwszej ręki. Z wystąpienia pani kurator zapamiętałem, że miało ono charakter propagandowy i polityczny. O ile taka poetyka nie drażni mnie u polityków w TV, bo zawsze jest pod ręką pilot, o tyle na żywo brzmi to naprawdę tragikomicznie. Oto dorosła, poważna kobieta, obdarzona zaufaniem minister Anny Zalewskiej, opowiadała przez chwilę dorosłym, poważnym kobietom i mężczyznom, których na lokalnych liderów wybrało zazwyczaj od kilkuset do kilkunastu tysięcy ludzi, całkiem niepoważne rzeczy. Mówiła np., że od kilku tygodni (spotkanie odbyło się – sprawdziłem – 24 października) trwają konsultacje i spotkania z samorządowcami, zarówno w centrali kuratorium w Katowicach, jak również w delegaturach. Na spotkaniach na bieżąco omawiane i wyjaśniane są wszystkie kwestie i wątpliwości związane z planowaną reformą. Z narracji pani kurator wynikało, że kuratorium jest w bieżącym kontakcie z samorządowcami, którzy zadają liczne pytania, ale i uzyskują potrzebne odpowiedzi. Nie ma żadnych poważnych kwestii wątpliwych, wszystko jest jasne, idziemy do przodu. Pomyślałem sobie, że znowu, cholera, coś przegapiłem. Nic nie wiedziałem o tych spotkaniach w kuratorium i o bieżących naradach. Może nie musiałem na nich bywać, bo u nas szef nadzoruje oświatę, powinienem jednak o nich przynajmniej wiedzieć. A nie wiedziałem. Głupio wyszło – pomyślałem. Po tym – jak się okazało – wstępie, pani kurator przekazała głos Annie Kij, która dobrze mi znanym stylu zaprezentowała garść obowiązujących lub projektowanych przepisów. Gdyby ktoś był zainteresowany – prezentacja Anny Kij jest do ściągnięcia tutaj.

Dwie kwestie chcę podkreślić. Pierwsza dotyczy narracji pani kurator. Okazała się ona kompletnie oderwana od rzeczywistości. Z pytań, które padły z sali wynikało, że nikt z obecnych nie uczestniczył w tych spotkaniach, naradach, konsultacjach, o których mówiła pani kurator. Nikt więc podczas tych spotkań nie uzyskiwał satysfakcjonujących odpowiedzi. Wręcz przeciwnie – z pytań wynikało, że nikt nic pewnego o tej reformie nie wie. Padały też głosy wyważone, z których wynikało, że samorządowcy są nastawieni na realizację reformy, tylko trzeba by doprecyzować co, w jakiej kolejności i w jakich terminach powinni czynić, bo póki co – nic nie wiadomo na pewno. Nawiasem mówiąc, w dniu tego konwentu na okładce „WPROST” ukazał się tytuł o możliwości odsunięcia w czasie terminu wprowadzenia reformy, o ile zgodziłby się na to Jarosław Kaczyński. Szybko ukazało się jednak dementi na stronie MEN.

Ale wśród pytających były też głosy radykalne – ktoś zapytał, skąd ma wziąć pieniądze na wszystkie konieczne w jego samorządzie adaptacje, modernizacje i odprawy, które wymusi reforma. Facet, jako jedyny z samorządowców, dostał gromkie brawa, które pani kurator nieudolnie skwitowała słowami „rozumiem, że te brawa, to za gotowość do wprowadzania reformy” (cytuję z pamięci). Źle to wyszło. Pani kurator zaprosiła tamtego burmistrza do siebie, a wydźwięk zaproszenia (dywanik u pani kurator) był dla potencjalnego gościa mało komfortowy… Była lawina pytań – każde oparte o realia konkretnych, niewielkich gmin, w których funkcjonuje zazwyczaj jedno gimnazjum i kilka podstawówek. Sztampowa odpowiedź na pytania nie wchodziła w grę, bo pytający byli do bólu konkretni. Nie udało się więc utrwalić ani podtrzymać znanego z mediów populistycznego tonu, że nikt na tym nie straci, że wszyscy na te zmiany czekają, że nikt nie straci pracy – bo gdy przyszło do konfrontacji ministerialnych absurdów z rzeczywistością niewielkich gmin – rzeczywistość okazała się dla tych bredni bezlitosna. Pamiętam, że jedna z obecnych zapytała, jak ma się zachować, bo właśnie zakończyła w gminie największą od wielu lat inwestycję – budowę nowej szkoły podstawowej, przystosowanej do trybu 6-klasowego. Gdyby np. 2 lata wcześniej wiedziała, że szykowana jest taka zmiana, mogłaby poprowadzić tę inwestycję w innym kierunku. W tej chwili wyszło na to, że ta inwestycja to bezsens. Pani wójt zapytała retorycznie – na kim, zdaniem pani kurator, skupi się krytyka lokalnej społeczności za ten popis niegospodarności? Ktoś inny z niewielkiej gminy zapytał, czy w miejscu swojego jedynego gimnazjum może powołać nową szkołę podstawową (8-klasową), a z dotychczasowych kilku szkół podstawowych uczynić filie tej szkoły, która będzie się mieściła w gimnazjum. Nie dostał jednoznacznej odpowiedzi, bo sprawę trzeba szerzej skonsultować z nadzorem prawnym wojewody. Sesja pytań i odpowiedzi była bardzo długa. Podobało mi się podsumowanie prowadzącego obrady wójta, który bez ogródek powiedział, że tę reformę można było zrobić zupełnie inaczej i znacznie lepiej – po prostu należało wydłużyć o rok gimnazjum, wydłużyć o rok liceum i wszyscy byliby zadowoleni, a tak – nikt nic nie wie i same z tego kłopoty (cytuję z pamięci). Końska dawka konkretów i realizmu!

Kwestia druga, którą widać w załączonej wyżej prezentacji. Zastanawiam się, dlaczego na spotkanie z wójtami i burmistrzami, czyli – powtórzę – liderami gmin wiejskich i miejsko – wiejskich, przygotowano prezentację, w której opowieść zaczyna się od statystyki gimnazjów prowadzonych przez powiaty i miasta na prawach powiatów? Na sali nie było żadnego starosty. Byli dwaj prezydenci, ale jednego z nich (prezydent Knurowa) też nie dotyczą gimnazja prowadzone przez powiaty. Po co to zatem było i komu? Nie chcę popadać w jakieś śmieszne konspiratorskie wywody, ale podejrzewam, że o ile nie doszło do zwyczajnej pomyłki (co raczej wykluczam), chodziło o zrobienie na zebranych wrażenia niewielką liczbą samodzielnych gimnazjów. Ich likwidacja jest bowiem – jak wiadomo – najbardziej kosztowna społecznie i kłopotliwa. Z zaprezentowanych statystyk wynika, że ogromna większość gimnazjów funkcjonuje w zespołach ze szkołami ponadgimnazjalnymi – ich wygaszanie będzie dla uczniów i nauczycieli bardziej przyjazne niż likwidacja gimnazjów samodzielnych. Bez ofiar się zapewne nie obejdzie, ale być może będzie ich mniej. Zastanawiam się więc, czy to możliwe, że rzekomo niekumatym i raczej nieoblatanym w oświacie wójtom próbowano pokazać likwidację gimnazjów, jako łagodny spacerek, podczas którego nic się nie dzieje. A jeśli ktoś podnosiłby jakieś larum, to tylko dlatego, że nie lubi PIS, bo merytorycznych powodów do niezadowolenia po prostu nie ma? Mam nadzieję, że za takim a nie innym rodzajem zaprezentowanych statystyk stały jednak głębsze racje, które mi akurat umknęły.

Wnioski z tamtego spotkania z panią kurator wysnułem takie, że oto nadeszły czasy, kiedy być kuratorem, to trochę obciach. To też, owszem, władza i to silniejsza niż kiedyś. Wymuszone, reformatorskie projekty gminnych uchwał muszą dziś bowiem uzyskać pozytywną opinię kuratora oświaty – bez niej uchwały nie będą ważne. Ale głównie to jednak obciach i duża niezręczność – stanąć przed poważnym ludźmi i wciskać im tani kit, to musi być mało komfortowe. Drugi wniosek jest taki, że ta cała reforma jest robiona kompletnie wbrew oczekiwaniom samorządów (nauczycieli, rodziców…). Nie twierdzę, że komuś gdzieś może się ona mniej lub bardziej podobać, ale na podstawie przebiegu tamtego spotkania, w którym uczestniczyłem wiem, że szalone zamierzenia Anny Zalewskiej kompletnie rozjeżdżają się potrzebami i oczekiwaniami samorządów. A styl wprowadzania zmian woła o pomstę do nieba! Do wczoraj (15 listopada) samorządy musiały przedłożyć przyszłoroczne projekty budżetów Regionalnym Izbom Obrachunkowym. Trudno przy układaniu budżetu brać pod uwagę spisane intencje Anny Zalewskiej. Budżety opracowuje się na podstawie obowiązujących przepisów prawa. Podstawy prawne, na których można by rzetelnie planować budżet, musiałyby więc jednak zostać uchwalone. A nie są. Nie ma też podstaw programowych, nie zaczęły się prace nad podręcznikami, ale mimo to tzw. reforma ma wejść w życie 1 września 2017. Nie wiadomo po co komu ta reforma. Nawet politycy PIS, których żony są nauczycielkami, mówią o pomysłach Anny Zalewskiej z dużą rezerwą.

Jestem przekonany, że zderzenie pseudoreformatorskiej propagandy z realiami gmin na tamtym konwencie wypadło dla przedstawicieli kuratorium boleśnie. To są jednak poważni, wykształceni ludzie, którzy na oświacie przysłowiowe zęby zjedli. Dziś użyczają swoich twarzy złym zmianom i raczej komfortowo się z tym nie czują – tak myślę. Nie inaczej będzie w zderzeniu pseudoreform z poszczególnymi szkołami i nauczycielami. To będzie wielka porażka: porażka przede wszystkim ludzka – dla uczniów skazanych na chaos nie tylko programowy i dla nauczycieli, których czekają reorganizacje szkół, zmiany zatrudnienia, różne przepisy przejściowe, a często także po prostu zwolnienia. Będzie to też bolesna porażka systemowa. Ciężko będzie posprzątać po tych szkodnikach.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>