Nasz organista

Uczestniczyłem w pogrzebie muzyka kościelnego, który przez ponad 50 lat pełnił swoją posługę w jednej konkretnej parafii. Nazywał się Jerzy Orłowski i przez ponad pięć dekad był organistą w Toszku (sam fakt pracy przez 50 lat w jednym miejscu już zasługuje na zainteresowanie i szacunek). Należał do pokolenia organistów, którzy traktowali swój zawód, jak służbę. Był szczerze swojej posłudze oddany, niezawodny, obowiązkowy i zawsze dyspozycyjny. Pamiętam pojedyncze sytuacje czy krótkie okresy, kiedy grał nie on, a ktoś, kto go zastępował. Siła przyzwyczajenia do stylu pana Jerzego Orłowskiego dawała wtedy o sobie znać: zastępcy zawsze grali jakoś inaczej – nie tak, jak nasz organista. Nawiasem mówiąc, bardzo często (jeśli nie codziennie) widywało się go w kościele w koszuli i krawacie – stara szkoła.

Instrument, który miał do dyspozycji, to zabytkowe organy z połowy XIX wieku. Starał się na nich grać do samego ich końca. Przez długie lata instrument ten wymagał remontu, z czasem wymagał go już pilnie. Przyszedł jednak taki czas, kiedy organy te zaczęły ujawniać tyle różnych mankamentów, że granie na nich stawało się po prostu niemożliwe. Ale pan Jerzy Orłowski do ich końca o nie dbał, wykonując niezbędne zabiegi konserwacyjne i pielęgnacyjne. Pamiętam też, że na tradycyjnie najważniejszej niedzielnej mszy św. – tzw. sumie, dopóki tylko było to technicznie możliwe, a nawet jeszcze dłużej grał właśnie na starych organach piszczałkowych. Myślę, że głównie przy nich czuł się organistą, choć instrument w stanie permanentnie przed-remontowym, z pewnością nie dawał mu tej muzycznej satysfakcji, którą dawać powinien. Jego harmonizacje i opracowania pieśni liturgicznych stały mi się na tyle bliskie, że kiedy sam zacząłem stawiać palce na klawiaturze, wytrwale odtwarzałem motywy zapamiętane z gry pana Jerzego Orłowskiego. Także jego utwory instrumentalne (czy wokalno -instrumentalne), wykonywane zwłaszcza na ślubach i pogrzebach, były tą muzyką, która wywoływała moje pierwsze muzyczne zachwyty i wrażenia estetycznej przyjemności. Dziś nie mam wątpliwości, że to właśnie nasz organista był inspiratorem rozwoju moich muzycznych umiejętności i późniejszej wieloletniej muzycznej edukacji. I domyślam się, że inspiracje, o których piszę, nie dotyczą tylko mnie.

Pan Jerzy Orłowski był moim pierwszym nauczycielem gry na fortepianie. Kiedy przyszedł na pierwszą lekcję, na której zaprezentował możliwości naszego domowego pianina, długo nie mogliśmy wyjść z zachwytu, że ten niemy na co dzień mebel może tak brzmieć. Słuchając popularnej wówczas melodii „Kaczuchy”, wykonanej przez pana Jerzego z olbrzymią swobodą, dynamicznie, z wykorzystaniem pedałów pomyślałem, że fajnie byłoby umieć tak grać. Uczyłem się wytrwale. Pamiętam, że pan Orłowski był nauczycielem bardzo cierpliwym. Co jednak z punktu widzenia pedagogicznego najważniejsze, był muzykiem – praktykiem, którzy potrafił zawsze usiąść przy klawiaturze i praktycznie pokazać, jak rozwiązać dany problem wykonawczy. Za te lata nauki podstaw gry jestem mu dziś szczerze wdzięczny!

Do obowiązków parafialnych naszego organisty należało też towarzyszenie księdzu podczas pogrzebów. Były to dawne czasy, kiedy ciała zmarłych w dniu pogrzebu przyprowadzano do kościoła idąc w kondukcie z domu zmarłego. To właśnie w domu zmarłego organista przewodniczył już przepisanym śpiewom. Podobnie było na cmentarzu – ksiądz nigdy nie był tam sam, zawsze – nie licząc ministrantów – wspierał go swoją posługą pan organista. Takie to były czasy. Comiesięczne, letnie nabożeństwa fatimskie, które odprawiane były (i są) na placu kościelnym przy grocie, wymagały od organisty ściągnięcia tam organów. Chodziło o posadowiony na chórze kościoła instrument elektroniczny, który używany był zamiennie z zabytkowymi organami piszczałkowymi. Do tego instrumentu przypisane były dwie olbrzymie kolumny, wzmacniacz i okablowanie. Znoszenie i wnoszenie tego sprzętu z chóru i na chór odbywało się zwykle z udziałem pana Jerzego Orłowskiego. On czuwał nad całą operacją. Choć grupa pomagających w tym zakresie ministrantów, do których należałem, była z czasem na tyle  zorientowana, że sama wiedziała gdzie, co i w jakiej kolejności postawić i co z czym połączyć, żeby grało. Bywało więc i tak, że te organy zanosiliśmy i składaliśmy na chórze sami. Niby narzekało się, że ciężka ta robota, ale nosiliśmy. A zagranie tych paru dźwięków po podłączeniu wszystkiego z powrotem na chórze, dawało nam olbrzymią frajdę – znów daliśmy radę!

Ciekawostką dla nas ministrantów było przysłuchiwanie się rozmowom, jakie prowadzili czasem z sobą w zakrystii pan kościelny z panem organistą. Jeden z akcentem wyraźnie wschodnim, drugi – rodowity Ślązak, samo słuchanie odmiennych melodii ich wypowiedzi było niesamowicie ciekawe. Jako młodzież dociekliwa i spostrzegawcza potrafiliśmy wychwytywać różne smaczki takich dialogów.

Spore zmiany u nas wywołało pojawienie się w pierwszej połowie lat 90. nowego proboszcza, ks. Mariana Piotrowskiego. Co do naszego organisty polegały one m.in. na zwiększeniu się oczekiwań wobec niego. Sam byłem świadkiem spotkań śp. proboszcza i śp. organisty na chórze przy organach, gdzie uzgadniali melodie pieśni lub umawiali się na wprowadzanie melodii nowych.

Miał znakomite relacje z parafianami. Był u nas jeden emerytowany górnik, mężczyzna stosunkowo drobnej postury, który na swoje miejsce w kościele upatrzył sobie… ławkę organisty. Chodzi o specjalistyczne siedzenie, które zajmuje organista akompaniując do mszy św. Zasadniczo jest to ławka, na której zmieścić się mogą spokojnie 3 szczupłe sylwetki, a może i więcej. Przyjęło się jednak, co oczywiste, że cała ona należy do organisty, który grając rękami na dwóch klawiaturach i nogami, do tego przewracając karty z nutami i zmieniając brzemienia organów, musi mieć swobodę ruchów. Tymczasem pan Jerzy Orłowski nie miał żadnego problemu z tym, aby na tej swojej służbowej ławce czasem się posunąć i ustąpić nieco miejsca drobnej postury emerytowanemu górnikowi. On podchodził i po prostu mówił “posuń się” i nasz organista przesuwał się nieco, na pewno pogarszając przez to swój komfort gry.

Pogrzeb pana Jerzego Orłowskiego był uroczysty. Mszę św. koncelebrowało ok. 10 księży, wśród nich m.in. duchowni odpowiedzialni za duszpasterstwo i kształcenie muzyków kościelnych diecezji gliwickiej i opolskiej. Obrzędom przewodniczył miejscowy proboszcz. Ławki w kościele pełne parafian, a wśród zgromadzonych spora grupa muzyków kościelnych obydwu sąsiadujących diecezji. Zmarły znał się z wieloma z nich i spotykał. Przy kontuarze wyremontowanych już organów, tych samych przy których pan Orłowski wytrwale grał przez kilka dekad, zasiadł jeden z najlepszych organistów diecezji opolskiej. I sam fakt, że pogrzeb odbył się w kościele, a nie w cmentarnej kaplicy – to również znak uroczystej formy tych ceremonii. Szacunek wobec zmarłego długoletniego toszeckiego organisty okazany został należycie. Wraz z nim odeszło do przeszłości pół wieku parafialnej muzyki kościelnej. Trzeba teraz patrzeć w przyszłość i dorobek jego posługi roztropnie rozwijać.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>