Natura czy kultura?

W odwiecznym choć nigdzie nie publikowanym dwoistym zestawieniu tego wszystkiego, co jest naturalne i tego, co wynika z kultury, wydarzenia dnia wczorajszego, dzisiejszego i to, co działo się pomiędzy – należy z pewnością do sfery kultury. I to niezależnie od szczegółowych, jednostkowych wrażeń, jakie przyniosły lub wciąż niosą z sobą te dni i ta noc, bo akurat te doświadczenia mogą być dość odległe od skojarzeń z jakąkolwiek kulturą. Nie można wykluczyć, że gdzieś, kiedyś na świecie jakieś ludy bardziej pierwotne podejmowały podobne – jak my – zachowania ale raczej miało to miejsce w związku z jakimiś przełomowymi dla plemienia zdarzeniami. Wątpię, czy tak orgiastyczne przeżycia, jak te, które nam się udzielają przy cyklicznej zmianie kalendarza (36 zabitych w Szanghaju, wielki pożar w Manili, 1,6 miliona widzów w Sydney…), mogły pierwotnie rozgrywać się bez konkretnego, a nie symbolicznego powodu. Bo w istocie co takiego się dzieje, kiedy zaczyna się tzw. „nowy rok”…?

Wprowadzenie umownego podziału i pomiaru czasu musiało stać się początkiem zupełnie innego przeżywania swojego życia przez ludzi. Nawiasem mówiąc, mam nadzieję, że kiedy wymyślono prototyp kalendarza, to tej sztucznej nowince przeciwstawiała szeroka opozycja zwolenników „modelu naturalnego”. Ostatecznie – jak widać – przegrali ale ich sprzeciw, opór, bojkot, protesty – wierzę, że były szeroko zakrojone – zasługują na najszczerszy szacunek. Walczyli bowiem o to, aby czas, który był im naturalnie i pod dostatkiem dany, uchronić przed zniekształceniami i redukcją do jakichś sztucznych odcinków. Dziś, niestety, ze współczuciem lub nieokreślonym zadziwieniem (rzadziej z szacunkiem) możemy słuchać opowieści afrykańskiego misjonarza, który twierdzi, że kiedy wybiera się do niektórych swoich wiosek, to ostatnią rzeczą, którą w czasie takiej wyprawy bierze pod uwagę, są wskazania czasomierza. Dotrze na miejsce za kilka albo kilkanaście godzin, czasem za dwa dni, a ludzie z okolicznych osad, którzy przyjdą się z nim spotkać, również będą schodzić się w swoim tempie. Spotkanie, katecheza, liturgia – zaczną się wtedy, kiedy społeczność uzna, że już można. Inna filozofia życia. Przeciwieństwem tego podejścia jest zegarkowo – kalendarzowy terror w kulturze zachodu. Podobno najbardziej jest on rozpowszechniony w Japonii, gdzie spóźnienie się na umówione spotkanie jest hańbą dla spóźnialskiego i obrazą dla czekającego. Parę miesięcy temu mój zakład pracy odwiedził ambasador Japonii, miał być, zdaje się o 10:00, a przyjechał o 9:57. Moim zdaniem to był przypadek ale kto wie, jak było naprawdę. Nie każdy jest u nas terrorystą zegarkowym ale przyjęło się, że ze wskazaniami tego urządzenia wypada się liczyć.

Cisza noworocznego poranka (jest coś takiego, prawda?) pozwala na swobodniejszą refleksję. Temat nasuwa się dziś wysoce hipotetyczny. Próbuję sobie mianowicie wyobrazić, jak wyglądałoby kilka dni bez zegarka albo kilka lat bez kalendarza? O ile to pierwsze jakoś się w sumie daje, to drugie nawet trudno opisać. Zdarza się, że owe „kilka dni bez zegarka” to dziś ekskluzywna forma spędzania czasu. Można ją sobie zaplanować i zrealizować (w czasie urlopu/wakacji oczywiście). Jest to swego rodzaju psychiczna higiena, odświeżenie świadomości, układanie na nowo tego co ważne. Dobre warunki ku temu stwarza bliskość nieskażonej kulturą natury. Czytałem, że niektórzy są nawet w stanie wydać na ten cel wieloletnie oszczędności. Problemem pozostaje natomiast to drugie: wyobrażenie „kilku lat” bez kalendarza. Nawet gdyby zamiast „kilku lat” napisać „kilka cykli pór roku”, to nawet w tym zwrocie pojawia się „rok”. Widać więc, że nieodwracalnie to umowne pojęcie (rok) wrosło w kulturowe przyzwyczajenia, a nawet w język.

Naszą globalną ambicją jest jednak dziś coś wręcz przeciwnego – jak najbardziej precyzyjny podział i pomiar czasu. Przyporządkowanie wydarzeń do dat to absolutne minimum. Jeden z obszarów naszej kultury, zwany edukacją, uczynił nawet ze znajomości dat rodzaj sprawności, którą trzeba posiąść, bo jak nie, to człowiek może zostać urzędowo uznany za gorszego od innych. To dobra i mocna ilustracja naszego kulturowego przywiązania do umownych podziałów i pomiarów. Żeby nikomu nie przyszło do głowy kwestionowanie tego systemu, w naszym kręgu kulturowym umówiliśmy się, że orientacja w wydarzeniach na osi czasu, jest miarą przynależności do określonego kręgu kulturowego. Wg tej samej umowy, brak podstawowej orientacji w przyporządkowaniu wydarzeń i dat może świadczyć o prymitywizmie. Ludzie z innych obszarów naszej kultury mają ambicje znacznie większe. W istniejących umownych podziałach i pomiarach czasu usiłują oni zejść na poziom tak abstrakcyjnej szczegółowości, że w języku ludzi ogólnie wykształconych trudno to opisać. Minimalne, mierzalne jednostki czasu dzielą na mniejsze, te na połowy, a potem na kolejne części i tak bez końca. A potem usiłują „dokładnie” zmierzyć czas trwania jakiegoś abstrakcyjnego zdarzenia, którego i tak nie da się zobaczyć, i jak się im uda, mają niebywałą frajdę.

Umowne podziały i pomiary są użyteczne w planowaniu i opisywaniu swojego życia. Tym jednak, co naturalnie odmierza czas naszego życia jest rytm narodzin i śmierci. Istnieją próby sztucznego wpływania na dynamikę tych dwóch momentów: niektórzy chcieliby zaplanować dokładnie rok, miesiąc, dzień, a nawet godzinę jednego i drugiego. Przerażająca wizja wprzęgania fundamentalnych aktów natury w wymyślone, umowne, wtórne podziały i pomiary realizuje się – niestety – na naszych oczach. Dziś trudno jeszcze sobie wyobrazić stan, w którym jakiś ktoś (lub coś) będzie podawał do wiadomości szczegółowy wykaz narodzin i zgonów… na dany rok. Precyzja tego zestawienia bardzo odpowiadałaby niektórym współczesnym trendom i co najmniej kilka instytucji bardzo ucieszyłoby się z tak dokładnych informacji. Ale póki co, są to luźne fantazje. Narodziny i śmierć nie poddają się sztucznym podziałom i pomiarom. Kolejny umowny rok liczony od mojego urodzenia, sam w sobie niczego konkretnego do mojego człowieczeństwa nie wnosi, niczego nie ujmuje. Czas płynie niezależnie od kalendarza. Próba usystematyzowania czasu jest równie rozpaczliwa jak próba opisu świata przy pomocy szkolnych przedmiotów: czasem trzeba się posługiwać takim uproszczeniem ale nie można stać się jego wyznawcą, bo rzeczywistość będzie zawsze bogatsza.

Trudno mi z pełnym przekonaniem sklasyfikować siebie, jako typowego przedstawiciela cywilizacji zachodniej, choć oczywiście jest mi ona bliższa niż mentalność południowców, gdzie spóźnienie rzędu dwóch dni nie jest jeszcze żadnym spóźnieniem. Kultura rozumiana jako styl życia jest tworzywem niezwykle plastycznym, poddaje się wpływom, modom, emocjom – zmienia się. Umowny podział i pomiar czasu jest dziś wspólną ramą, poza którą ludzkość już nigdy nie wyjdzie. Zawsze jest jakiś rok, jakiś dzień, któraś godzina. Choć oczywiście będziemy się różnić między sobą w sile przywiązania do tych umownych podziałów/pomiarów. Niektórzy wyobrażają sobie idealne życie, jako precyzyjny harmonogram zadań wykonywanych w rytmie, jaki wyznacza zegar atomowy z Frankfurtu. Inni są dla siebie mniej restrykcyjni. Istota leży w środku – w środku tego co z takim hukiem umownie kończymy i rozpoczynamy – danego nam naturalnie czasu, który płynie niezależnie od nazw, podziałów, pomiarów, i którego nie powinno się marnować.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>