Nauczyciel innowacyjny

Innowacyjność form i metod pracy stanowi dla nauczycieli spore wyzwanie. Z jednej strony – nie ma ustawowego obowiązku bycia innowacyjnym, a z drugiej – wiadomo, że tradycyjne usiłowania dydaktyczne podejmowane przez belfrów uzbrojonych w kredę i gąbkę, podejmowane w myśl zasady „mam dziennik i nie zawaham się go użyć”, podejmowane heroicznie na bazie metody wykładowej – na niewiele się dziś zdają. Sytuację pogarsza fakt (bo to fakt), że innowacyjności trudno się nauczyć. To trochę podobne do zmysłu ubierania się: ma się go taki albo inny. Albo bardziej radykalnie: ma się go albo się go nie ma. Można się inspirować obrazkami z modowych katalogów albo ekspozycjami sklepowych witryn i nawet można w ten sposób uzyskiwać okazjonalne dobre efekty. Sęk w tym, że każdy taki okazjonalny efekt okupiony jest dużym wysiłkiem, który w zasadzie w całości poświęcany jest na stworzenie owego efektu. W formie werbalnej efekt ten można streścić „patrzcie, tak dziś wyglądam”. Suma takich okazjonalnych efektów nie tworzy więc stylu ubierania się, a jedynie pasmo okazjonalnych sukcesów. W przełożeniu na realia szkoły problem polega na tym, że nauczyciel, w oparciu o wybraną literaturę albo z innych źródeł, poznaje zestaw innowacyjnych metod i form pracy. Kiedy uda mu się zrealizować np. jakiś interdyscyplinarny projekt, osiąga okazjonalny sukces, ale innowacyjność to coś więcej. Innowacyjne powinno być samo myślenie nauczyciela o celach swojej pracy (w myśl zasady, że cel nadaje sens). Sama organizacja pracy na lekcji, ocenianie, sprawdzanie umiejętności, zadawanie prac domowych i wszystko inne (ubioru i stylu bycia nie wyłączając – takie czasy), to narzędzia, przez które innowacyjność może się ujawniać. Innowacyjny powinien być nauczyciel integralnie pojęty. Jeśli taki nauczyciel jest w szkole choć jeden albo jeśli takich nauczycieli jest w szkole kilku – wówczas placówka ma szanse stać się środowiskiem sprzyjającym innowacyjności. To już coś! Jeśli wśród tej grupy jest dyrektor, albo lepiej –  nauczyciel, który następnie zostaje dyrektorem – wówczas jest bardzo dobrze! W takim zespole innowacyjność przestaje być fanaberią garstki oszołomów, a staje się dobrym obyczajem.

Lokalne systemy oświaty znają tego typu przypadki. W ostatnich latach dużego znaczenia w obszarze innowacyjności nabrała współpraca międzynarodowa szkół. Dawno temu, kiedy stała się ona możliwa, garstki odważnych pasjonatów zaczęły eksplorować ten dziewiczy wówczas obszar. Rezultaty ich działań były zadziwiające. Głównie z tego powodu, że owi nauczyciele potrafili w ciągu roku szkolnego, bezkosztowo polecieć gdzieś daleko samolotem. Latali lub ewentualnie jeździli na jakieś szkolenia czy warsztaty. Znali język angielski, wiedzieli gdzie znaleźć oferty wyjazdów, potrafili napisać odpowiedni wniosek i umieli terminowo go rozliczyć. To była elitarna turystyka o zabarwieniu magicznym, która – przyznajmy to uczciwie – nie zawsze przyjmowana była pozytywnie. Grono beneficjentów tych możliwości powiększało się jednak w postępie geometrycznym. O ile w okresie przedakcesyjnym (przed 2004) tego typu staże, szkolenia, seminaria kontaktowe, konferencje należały w Polsce do rzadkości, o tyle później furtka otwarła się szeroko. Okazało się bowiem, że wszystkie te możliwości są opisane w konkretnych miejscach w sieci, wnioski są do napisania po angielsku, ale przecież można sobie pomagać. Angielski jest językiem roboczym danego spotkania, ale skoro dla wszystkich jego uczestników miał on być językiem obcym, to może faktycznie nie trzeba było zbytnio drżeć o swoje umiejętności nawet nie będąc nauczycielem j. angielskiego…? Lawina ruszyła. Doświadczenia przywiezione z zagranicznych wizyt studyjnych stawały się motorem napędowym wielu innowacyjnych pomysłów w zakresie nauczania, wychowywania i zarządzania w szkołach. Co jednak najważniejsze – stały się te doświadczenia w wielu wypadkach zarzewiem innowacyjnego myślenia o szkole. Nasuwa mi się jeszcze myśl bardziej radykalna: współpraca międzynarodowa stała się w niektórych szkołach zarzewiem myślenia w ogóle. Wyobrażam sobie, że właśnie dzięki współpracy międzynarodowej, dzięki wyjazdom kilkorga nauczycieli, w jakiejś statycznej szkolnej atmosferze, w której jedyne emocje dotyczyły poziomu przyznawanych dwa razy w roku dodatków motywacyjnych, zaczęło coś się dziać! Nie zawsze są i będą to wydarzenia jednoznacznie budujące. Czasem różne ludzkie przypadłości, chęć koleżeńskiej rywalizacji czy nieuświadomione stany neurotyczne, potrafiły (potrafią?) potencjalny sukces szkoły obrócić w ponury konflikt. Czasem trzeba wytrwałości.

Znam kilkoro nauczycieli i  dyrektorów, chętnie dzielą się swoimi doświadczeniami z tego odcinka rozwoju zawodowego. Podczas szkoleń, które prowadzą, konferencji, w których czynnie uczestniczą, w ramach nieformalnych spotkań czy w tekstach, które publikują, opowiadają o swoich doświadczeniach i inspirują odbiorców. Czasem są to kwestie merytoryczne, czasem poboczne, ale zawsze dowodzą jednego: współpraca międzynarodowa szkół otwiera umysły i stwarza realne możliwości.

Aby dochować intelektualnej uczciwości i aby konsekwentnie traktować szkołę, jako przedsionek dorosłego życia, trzeba dziś uczciwie przyznać, że międzynarodowe relacje szkół to nie tylko edukacja, ale także wychowanie. Trudno dziś udawać, że jest inaczej. Współpracując z zagranicznymi partnerami wciąż można i będzie można realizować projekty czysto edukacyjne albo wychowawczo neutralne, np. związane z rozwijaniem świadomości ekologicznej. Uczciwość intelektualna nakazuje dziś jednak uwzględnić tematykę uchodźców. Skala procesów migracji, jakie dokonują się na naszych oczach i bywają czasem relacjonowane niemal na żywo, nie pozwala już dziś udawać w szkołach, że ten problem nie istnieje. Są rejony naszego kontynentu, gdzie od problemu uchodźców uciec nie sposób. Kiedyś było możliwe realizowanie w partnerstwie np. ze szkołami z Malty projektów ukierunkowanych na efektywność nauczania języków obcych. Dziś też jest to możliwe, ale biorąc pod uwagę setki ludzkich dramatów, jakie rozgrywają się nieopodal, o skandal zahaczałoby poszukiwanie tam właśnie hermetycznych pomysłów na efektywność nauczania. Zwłaszcza jeśli w ramach projektu przewidziana byłaby perwersyjna wycieczka to portu lub innych miejsc, do których docierają uchodźcy. Dobrymi przykładami służą m.in. szkoły włoskie z prowincji Trydent – Górna Adyga. Tam od dawna działają efektywne szkolne programy asymilacji cudzoziemców. Jednym z elementów programu, z którym miałem okazję się zapoznać w Rovereto, jest swoiste partnerstwo uczniów cudzoziemskich i miejscowych. Oprócz różnego rodzaju rozszerzeń, uzupełnień i dodatkowych form pracy, jakie przybyszom oferuje szkoła, istotnym elementem programu jest towarzyszenie każdemu z nowych uczniów przez jednego z uczniów miejscowych. Dostępność swoistego przewodnika sprawia, że wiele spraw jest łatwiejszych, a nowy kraj, nowi ludzie, nowa szkoła stają się bardziej zrozumiałe.

Wartość wychowawcza tego typu projektów jest ogromna. Nawet jeśli trudno sobie wyobrazić współpracę partnerską między szkołą na Śląska, a szkołą w Trydencie – Górnej Adydze, oparciu o pomysł towarzyszenia obcokrajowcom (ze względu na brak obcokrajowców u nas), można podobny model towarzyszenia wykorzystać na rzecz wsparcia w pokonywaniu problemów edukacyjnych rówieśników. Innowacyjny nauczyciel zagospodaruje i dopasuje do swoich realiów każdą dobrą inspirację!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>