Nie oni pierwsi, nie ostatni. Jakoś to będzie.

Najbardziej znany ksiądz, który odszedł z kapłaństwa, a wkrótce potem także z Kościoła to Tomasz Węcławski. Był rektorem arcybiskupiego seminarium duchownego w Poznaniu, dziekanem tamtejszego wydziału teologicznego, członkiem gremiów watykańskich i związanych z nauką polską, wychowawca iluś roczników księży, autor poczytnych publikacji, które wielu księży (i nie tylko) formowały. Był tym, który w 2002 przerwał milczenie ludzi Kościoła wokół sprawy abp. Paetza, oskarżanego o molestowanie kleryków (to ta sprawa, o której Jana Pawła II poinformowała Wanda Półtawska, bo kościelnymi kanałami się ni dało). Tuż przed swoim odejściem (2007) brał udział, jako zaproszony przedstawiciel Kościoła, w ocenie wiarygodności dokumentów SB, z których wynikało, że abp Stanisław Wielgus współpracował z komunistycznymi służbami. I pewnego dnia oświadczył, że zamyka działalność kapłańską i odtąd nie będzie już występował w imieniu Kościoła, tylko w swoim. Po paru miesiącach – wystąpił z Kościoła. Nie bryluje w mediach, nie krytykuje, nie „ujawnia prawdy” – zmienił nazwisko, zdaje się że wstąpił w związek i żyje życiem, które na nowo wybrał.

Bardzo mocne było też odejście przeora gdańskich dominikanów Jana Krzysztofowicza, który zasłynął u siebie tym, że odprawiał późnowieczorne msze niedzielne, zwane tam „mszami ostatniej szansy”, które gromadziły ponoć setki, jeśli nie tysiące ludzi. Był porywającym i przekonującym kaznodzieją, swoje kazania publikował też w sieci w formie nagrań – w ostatnim uprzedza, że będzie inne niż poprzednie. Uczciwie się w nim pożegnał wyznając: Przywykliśmy, że Boga nazywamy miłością, ale w rzeczywistości ten Bóg często, a tak było w moim życiu, jest pustką. I patrzenie w stronę Boga oznacza patrzenie w stronę pustki, konieczność odwrócenia się od ludzi, życia, miłości. Nie chcę w ten sposób. Mam świadomość, że to co wybieram, na co się otwieram, nie da się pogodzić z byciem duchowym. Dlatego muszę odejść. Chcę odejść. I odszedł.

Pierwszy znany mi ksiądz, który odszedł z kapłaństwa to mój licealny katecheta. Podobno odeszło wówczas dwóch księży – katecheta i jego kolega. Na początku mówiło się, że chcieli założyć swoją wspólnotę i dlatego odeszli. Ale potem dochodziły słuchy, że mój katecheta naprawdę chciał zakładać wspólnotę, a ten drugi tylko udawał i tak naprawdę „wyciągnął” kolegę z kapłaństwa, żeby mu było raźniej odejść, a tak naprawdę motywy miał zupełnie inne. Słuch po nich zaginął. Po wpisaniu w wyszukiwarce imienia i nazwiska mojego dawnego katechety dowiedziałem się, że 10 lat temu był koordynatorem jednego z programów społecznych w sąsiednim mieście. Co robi teraz – nie wiem, nie słychać o nim, a jak się zapytać – nikt nic nie wie. Ale miło jest powspominać go w gronie szkolnych kolegów, bo – choć nie umieliśmy tego wtedy tak nazwać – on potrafił zagospodarować szkolne katechezy w pierwszych latach po powrocie religii do szkół, kiedy uczyło się za „Bóg zapłać”. Przynajmniej 2 tematy zrealizowane wtedy tematy mógłbym dziś omówić z pamięci. Jego następca był zupełnie inny.

Zastanawiam się, czy ktoś spośród rządzących w Kościele, podejmuje głębszą, osobistą refleksję nad przyczynami tych odejść…? Ale taką uczciwą, a nie jak w tytule tego wpisu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>