Nie tylko z daleka przybysze przybywają

Wydaje mi się, że nie jest to w tej chwili temat aż tak elektryzujący, jak kilkanaście miesięcy temu, choć wciąż aktualny. Choćby za sprawą prymasa Wojciecha Polaka, który w rozmowie na łamach Tygodnika Powszechnego odważnie zapowiedział, co spotkałoby księży z jego diecezji, którzy poszliby na hipotetyczną manifestację antyuchodźczą. Właśnie, chodzi o uchodźców. Uchodźcy, imigranci – różnie definiuje się grupy ludzi przemieszczające się dziś w poszukiwaniu lepszego życia. Nasze podejście do tego temu jest rozwojowe. Ewoluuje ono od ujęć prostych, niekiedy wręcz prymitywnych, poprzez podejścia bardziej złożone, uwzględniające powiązanie zjawiska migracji z szeregiem towarzyszących mu okoliczności, aż po bardziej dojrzałe nastawienia ujawniające się, jako rezultaty pogłębionej wiedzy, uczciwych przemyśleń, osobistej wrażliwości i moralności. Wielu z nas dawało lub daje się zwodzić prymitywnym poglądom funkcjonującym w przestrzeni publicznej, a prezentujących uchodźców, jako terrorystów lub potencjalnych terrorystów, jako osoby roznoszące choroby, jako radykalnych wyznawców islamu, którzy w bliskiej perspektywie narzucą nam swoje przekonania religijne.

Problem osobistego podejścia do obcych trzeba sobie na własny użytek przepracować i poukładać od podstaw. Podstawą porządku poznawczego w tym zakresie powinno być nasze nastawienie do obcych i przybyszów w ogóle. Nie tylko i nie przede wszystkim do przybyszów z dalekich krajów, ale do przybyszów z sąsiedniego miasta, z sąsiedniej dzielnicy, z sąsiedniego regionu lub z sąsiedniej wioski. Podejście do imigrantów jest bowiem funkcją nastawienia do migrantów bardziej lokalnych. Praktyczne doświadczenia w tym temacie posiadają wszyscy członkowie wspólnot, w szczególności wspólnot małych, mieszkańcy wsi, małych miast, niewielkich dzielnic – chodzi o wspólnoty, w których z grubsza rzecz biorąc wszyscy się znają. Jeśli w takiej społeczności pojawi się ktoś nowy – nie przesądzając skąd się wziął, załóżmy że z sąsiedniej miejscowości – miejscowi rejestrują ten fakt niezwłocznie i jakoś na to zjawisko reagują. Obserwują nowego. Bliscy sąsiedzi rejestrują jego obyczaje i referują swoje wrażenia dalej, dalsi sąsiedzi przetwarzają pozyskane informacje dokonując niezbędnych uogólnień. Niektórzy bliżsi lub dalsi sąsiedzi zamieniają z nowym parę zdań przy różnych okazjach, a pozyskane okruchy wiedzy w sposób bardziej lub mniej przetworzony wchodzą płynnie w zasób lokalnej wiedzy ogólnej. Miejscowi o nowym wiedzą dużo – tak się przynajmniej miejscowym zdaje. Osoby w danej społeczności opiniotwórcze wydają z czasem wiążące werdykty, z których wynika, co myślą i co rekomendują myśleć o nowym. Asymilacja nowego w takiej społeczności zależy od kilku czynników, wśród których pierwsze miejsce zajmuje nastawienie: nowego do lokalnej społeczności i lokalnej społeczności do nowych lub danego konkretnego nowego. Czasem nowy chce się zintegrować i lokalna społeczność przyjmuje go z otwartymi ramionami zapraszając do udziału w różnych przedsięwzięciach, a czasem sytuacja jest skomplikowana. Nowy chce się integrować, a społeczność jest na nowego zamknięta lub odwrotnie: nowy nie chce, a społeczność nie odpuszcza i pracuje nad wciągnięciem nowego w lokalną obyczajowość, a czasem ani nowy, ani lokalna społeczność nie są sobą zainteresowane. Nigdy też sytuacja nie jest jednorodna, czyli taka, że wszyscy w tym samym stopniu chcą albo wszyscy nie chcą.

Na marginesie: tyle razy użyłem słowa „nowy”, że nasunęła mi się myśl, czy aby nazwisko „Nowak” nie ma przypadkiem takiej oto genezy, że było ono najpierw przezwiskiem różnego rodzaju nowych – przybyszów, a dopiero później nazwiskiem? Gdyby tak było, mogłoby to oznaczać, że każdy „Nowak” w którymś pokoleniu wstecz, powinien doszukać się innych przydomków swoich przodków. „Nowakami” stali się bowiem dopiero po przeniesieniu się, wcześniej, kiedy byli u siebie, nikt nie nazywałby ich „Nowakami”.

Wracając. Kluczowe jest podejście przyjmującej społeczności. Jeśli społeczność jest wobec nowych neutralnie otwarta, czyli nowych z zasady nie wyłącza, nie stawia poza nawiasem wspólnych spraw, nie separuje od informacji – wówczas nowi mają szanse, aby włączyć się w życie społeczności. Socjologicznie i kulturowo naturalnym jest również uszanowanie przez nowych zasad obowiązujących w przyjmującej ich społeczności. Nowy nie może ostentacyjnie naruszać obowiązujących zasad, bo wówczas sam skazuje się na bycie nie tylko nowym, ale i obcym. Skazuje się na margines, raczej nieodwracalnie. Oczywiście nowy może też wnieść coś swojego do lokalnych obyczajów, może coś od siebie zaproponować, ale najpierw musi uszanować zwyczaje miejscowych. Inaczej u nas nie wypada.

Przenosząc refleksję na współczesne procesy migracji trzeba zauważyć, że problem, który urasta do olbrzymich rozmiarów i wykorzystywany jest do straszenia uchodźcami, dotyczy m.in. ich liczby. Przybędzie ich tyle, że sami u siebie staniemy się mniejszością. To koszmar bezideowych Europejczyków. Słyszy się o rzekomo postępującej islamizacji, o perwersyjnej tolerancji, w imię której rezygnuje się np. z bożonarodzeniowych ozdób w miejscach publicznych, aby „nie drażnić” nowych, o zamykaniu ruchu na niektórych drogach w porach muzułmańskich modlitw, o domaganiu się przez muzułmanów możliwości budowania większej liczby meczetów, o samozwańczych patrolach wyznaniowych pilnujących przestrzegania religijnych zasad w miejscach publicznych… O wielu tego typu incydentach się u nas słyszy, głównie w mediach, a najgłówniej w formie głupawych memów. W rzeczywistości natomiast dzieją się rzeczy przeciwne: kwitnie ksenofobia, mnożą się przejawy nietolerancji i przypadki ataków na obcokrajowców itd.

Przeżywanie zjawiska i problemu uchodźców w przestrzeni społecznej odznacza się daleko posuniętym dystansem lub zwyczajnym sprzeciwem. To dzieje się gdzieś daleko, nie u nas, więc dystans jest naturalny, a samo zjawisko na tyle odległe, że pozwalamy sobie obracać je w problem teoretyczny, dyskusyjny, akademicki. Tymczasem problem uchodźców nie jest zjawiskiem teoretycznym, o którym można dywagować i w zależności od wyników dyskusji można go uznać albo odrzucić. To dzieje się naprawdę, poza telewizją, poza internetem. Ludzie przechodzą przez różnego rodzaju granice, przepływają różnego rodzaju akweny, aby polepszyć swoje warunki życia. Niektórzy uciekają przez wojną, inni przed biedą, jeszcze inni – przed innymi problemami. Temu zjawisku nie można się sprzeciwiać, bo ono dzieje się naprawdę. Trudno sprzeciwiać się faktom. Szczególnie powikłanym rodzajem sprzeciwu wobec uchodźców są narzekania rodaków, którzy jakiś czas temu osiedlili się np. w Niemczech. Kiedy czytam, jak oni sprzeciwiają się przyjmowaniu w Niemczech imigrantów, to trudno mi oprzeć się wrażeniu, że ich monstrualny egocentryzm odebrał im pamięć i do reszty przysłonił rzeczywistość. Oczywiście – oni tam pojechali z Polski, a nie np. z Iraku. Z Polski można emigrować z przyczyn ekonomicznych, to jest naturalne, natomiast z dalszych krajów – nie można, sprzeciwiamy się ich obecności, muszą wracać do siebie. Radykalny sprzeciw oznaczałby konieczność budowy wysokich murów, a to nie wchodzi w grę, ponieważ Europa nigdy nie była otoczona wysokim murem i nie sądzę, że kiedykolwiek będzie. Jedyną kwestią pozostaje forma i tryb asymilacji nowych i udzielania pomocy tym, którzy jej od nas potrzebują.

I w tym zakresie nie trzeba wywarzać otwartych drzwi, odkrywać na nowo ameryki ani wynajdować prochu. Genialny w swej prostocie pomysł przedstawił swego czasu papież Franciszek: niech każda parafia przyjmie jedną rodzinę uchodźców. Księża w większości zachowali wobec tego pomysłu daleko idący dystans, a szkoda, bo pomysł jest genialny. Można by go z łatwością przetransponować ze struktur kościelnych na struktury administracji rządowej i samorządowej. Przyjęcie w Polsce liczby rodzin odpowiadającej np. liczbie gmin (jest ich prawie 2,5 tyś) byłoby wykonalne bez większych trudności. Zakładając współfinansowanie adaptacji mieszkań i wsparcia finansowego na rozłożone w czasie procesy asymilacji – pomoc uchodźcom byłaby łatwiejsza niż się wydaje. „Byłem przybyszem, a przyjęliście mnie” – gdzie to było napisane…?

No ale… Póki istnieją różne opiniotwórcze środowiska polityczne, które na wzbudzaniu niechęci i strachu przed imigrantami zbijają swój polityczny kapitał, trudno będzie racjonalnie i metodycznie ten problem rozwiązywać. Problem istnieje, niezależnie od tego, czy przyjmowanie uchodźców popieramy czy jesteśmy mu przeciwni. W przypadku, gdy np. jesteśmy przeciwni przyjmowaniu u nas uchodźców, oni – uchodźcy przez to nie znikają, ich sytuacja nie staje się przez to lepsza. Tak naprawdę nie powinienem pisać, że to jest problem, zjawisko czy sytuacja. Uchodźcy to konkretni ludzie, którzy potrzebują pomocy. Bardzo czekam na to, aż moja parafia ogłosi zbiórkę na pokrycie kosztów związanych z zamieszkaniem u nas np. jednej syryjskiej rodziny imigrantów. Chętnie się dorzucę i to niejednokrotnie.

Zbigniew Mentzel w Gazecie Wyborczej napisał w tym kontekście (częściowo cytując Kołakowskiego) tak: „Jesteśmy świadkami i uczestnikami procesów, których łączne wyniki nie dają się przewidzieć. Dla części rodzących się problemów nie ma prostych rozwiązań technicznych, organizacyjnych – wymagają one od nas przemiany mentalnej, reorganizacji zarówno indywidualnego, jak i zbiorowego podejścia do wartości. Czy potrafimy to zrozumieć i podjąć pojawiające się wyzwania?”. Jestem przekonany, że to dobra, retoryczna rekapitulacja tych rozwlekłych myśli.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>