Obywatel

Kilka dni temu przeglądałem ofertę kin, żeby nie przeoczyć czegoś, co mogłoby być ciekawe. Rzucił mi się w oczy film „Obywatel” i wstępnie postanowiłem go zobaczyć (bo Stuhr), choć komentarze pod zapowiedzią filmu były jakieś dziwne, hejterskie niemalże. Wiele wskazywało na to, że kino odwiedzę w najbliższy weekend. Zobaczywszy jednak płytę z tym filmem w babskiej gazetce, zrezygnowałem z projekcji w kinie miastowym na rzecz kina domowego. No i wczoraj obejrzeliśmy to.

Żona zaczęła oglądać trochę sama, bo kończyłem coś pisać ale nie było to pisanie na tyle absorbujące, żeby wyłączyć się z odbioru TV całkowicie, więc rozwój wydarzeń na ekranie rejestrowałem. Stuhr – bohater filmu, w studiu TV deklarował ścisłe przywiązanie do katolicyzmu ale zapytany o sześć prawd wiary, nie potrafił ich wymienić. Brak możliwości tematycznego powiązania z sobą scen rozgrywających się na początku spisałem na karb rozproszeń wynikających z siedzenia przy komputerze. Szybko skończyłem z komputerem i przesiadłem się przed TV. Tu również początkowy brak możliwości odnalezienia się w akcji filmu uznałem za skutek braku uwagi od samego początku. Niestety, brak możliwości odnalezienia się utrzymał się do samego końca włącznie… Ten film, to zlepek scen – aktorstwo jest profesjonalne, w końcu Stuhr i młody Stuhr – grający w retrospekcji głównego bohatera – to aktorzy. Idea, o ile rozumiem, była taka, żeby przez pryzmat doświadczeń głównego bohatera Jana Bratka ukazać najnowsze dzieje Polski. Albo odwrotnie – na tle najnowszej historii Polski opowiedzieć o życiu zwykłego człowieka, który co rusz, zasadniczo niechcący, wikłał się w te dzieje. Może ta druga perspektywa jest bliższa zamysłowi scenarzysty i reżysera, kto wie. Na nieszczęście Stuhr ma być w tym filmie z założenia zabawny, tak stoi napisane na okładce płyty. No nie wiem… ale może coś przeoczyłem. Na okładce napisano też, że Jan Bratek to taki jakby Forrest Gump – ale to zdanie jest już po informacji o tym, że „film wyśmiewa wszystko i wszystkich”, co wiele tłumaczy. Porównanie tego filmiszcza do arcydzieła Roberta Zemeckisa można tłumaczyć jedynie dowcipem albo megalomanią twórców „Obywatela”. Nie wiem jakiego słowa użyć, aby oddać wrażenie, jakie zostało mi po scenach, które rozpoczynają się od tego, że młody Stuhr, w czasie stanu wojennego, idzie do mieszkających na tym samym piętrze kamienicy sąsiadów po sól, której u nich zabrakło. Tam okazuje się, że wypowiadana z korytarza (po zapukaniu) prośba o sól jest tajnym hasłem uczestników konspiracyjnego zebrania opozycji. Na trop hasła wpadła bezpieka (która już tam u sąsiadów była) więc wszyscy, którzy przychodzą po sól zostają internowani. Ale prawdziwi opozycjoniści nie znają Jana Bratka, więc ostrzegają się nawzajem, że to kapuś. A on naprawdę przyszedł po sól, bo do bigosu zabrakło. Z ośrodka internowania wyszedł przez romans z panią psycholog, która jakoś później, ale już po ich ślubie, okazała się oficerem SB, co Bratka załamało… Zamysł pokazania z dystansem i nieco sarkastycznie dramatyzmu przeżyć i dylematów bohatera uwikłanego wbrew swojej woli w sprawy, których nie rozumie i których nikt mu nie tłumaczy – wypadł słabo. Ani to śmieszne, ani refleksyjne, ani poważne. Seria nieźle zagranych skeczy. I tak przez cały czas.

Gdyby ktoś chciał pójść do kina na „Obywatela” – warto to uczynić z szacunku dla dorobku aktorskiego Stuhra, bo na niego zawsze przyjemnie jest popatrzeć, także w „Obywatelu”. Nie rozumiem jednak czemu ktoś, kto jest świetnym aktorem myśli, że jego twórczość scenariuszowa czy reżyserska będzie równie dobra? Wielu aktorów współpracowało z Kieślowskim i winnymi wielkimi reżyserami. Większość z nich zapewne ceni sobie te momenty, jako ważne w zawodowym rozwoju i artystycznej karierze. Stuhr należy do tych nielicznych (najbardziej ambitnych?) współpracowników Kieślowskiego, którzy pewnego dnia pomyśleli, że będą jak on. O ile wiem „Historie miłosne” robili razem z Kieślowskim – to dobry temat na osobny tekst – i w tym filmie wręcz widać, kiedy Stuhr, po śmierci mentora, zabrał się samodzielnie do pracy: spłyca się dramaturgia, akcja przyspiesza, problemy stają się prostsze. Nie wiem czy samodzielność reżyserska spadła na Stuhra przy tym filmie jeszcze na etapie kręcenia zdjęć, czy już w postprodukcji. Pamiętam, że rękę Stuhra czuje się tam i nie służy to jakości tej ciekawej i brawurowo przez Stuhra zagranej historii. Stuhr jest wybitnym aktorem ale reżyserem najwyżej przeciętnym. „Obywatel” potwierdza tę tezę w całej swojej 100-minutowej rozciągłości.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>