Ojczyzna, czyli coś więcej niż naród.

Natknąłem się ostatnio na inspirujący tekst ks. Tischnera. Kilka zdań szczególnie przykuło w nim moją uwagę, a najbardziej dwa: „(…) Ojczyzna to coś więcej niż naród. Nie każdy znajduje ojczyznę w narodzie, z którego pochodzi.” Przywołany fragment pochodzi z artykułu Księdza Profesora zatytułowanego „Polska jest Ojczyzną”. Tekst został opublikowany w zbiorze „Polska od nowa”, który ukazał się z okazji 100-lecia niepodległości Polski nakładem Tygodnika Powszechnego.

W kontekście dumnego operowania „narodem” (czego jesteśmy dziś świadkami) już samo przywołanie tego cytatu Tischnera może zostać uznane za kontrowersyjne. Osnute na jego podstawie refleksje czy wyciągane wnioski – mogą być nieprawomyślne, podejrzane. W radykalnym odbiorze może nawet być ów cytat (z roku 1982) uznany za obraźliwy, zdradziecki, antypolski. W ogólnym wydźwięku wynika z niego, że naród bywa zbyt inkluzywny, hermetyczny, nieprzyjazny, wyłączający, natomiast Ojczyzna jest otwarta i bardziej uniwersalna. Analizując tę myśl na innym poziomie, można przyjąć, że Tischner powiedział, iż nie każdy, kto urodził się wśród Polaków, czuje się dobrze we wspólnocie narodowej Polaków. To nie brzmi dziś dobrze… Natomiast adaptując to przesłanie do współczesnych realiów międzynarodowych można wysnuć analogię dotyczącą imigrantów. Ze względu na skrajną biedę i rozruchy zbrojne, jakie mają dziś miejsce w wielu regionach świata, ludzie różnych narodowości nie znajdują Ojczyzny w narodzie, z którego pochodzą – wielu jest dziś zmuszonych szukać Ojczyzny w większej lub mniejszej diasporze, z dala od miejsc historycznie swoim narodom przypisanych. Z pewnością myśl ks. Tischnera posiada wiele pięter znaczeniowych semantycznych, historyczno – politycznych, egzystencjalnych i innych. Istotne i niepodważalne jest to, że myśl ta wydobywa napięcia między „Ojczyzną” a „narodem”, które na co dzień skłonni jesteśmy bagatelizować. Tymczasem utożsamianie „narodu” i „Ojczyzny” jest nieuprawnionym i brzemiennym w skutki uproszczeniem. Uproszczeniem, do którego dochodzi na naszych oczach coraz powszechniej.

Dumnie definiujemy w Polsce i eksponujemy naszą narodowość, a oto – wg Tischnera – ma być coś bardziej chwalebnego niż Naród Polski! Sankcjami karnymi, ustawowo próbujemy (nieudolnie) zabezpieczyć dobre imię Narodu Polskiego na całym świecie, a ks. Tischner stawia ponad narodem Ojczyznę? I ta Ojczyzna – jak się Tischnerowi zdaje – ma być czymś lepszym od Narodu Polskiego?! Nie wygląda to dobrze… Jeśli w narodzie nie każdy się odnajduje, to w Ojczyźnie odnajdywać się powinien… Skandal wisi w powietrzu. Jak nic zabiorą pośmiertnie Tischnerowi profesurę albo wnikliwie zlustrują jego przodków i stanie się jasne, że ten zadziorny poeta z Krakowa, który choć popełnił kilka poczytnych tekstów, w rzeczywistości działał najprawdopodobniej (do końca nie wiadomo) na usługach wywrotowych środowisk antypolskich…

Tischner, pewnie niechcący, ale napisał w tych dwóch zdaniach także trochę o Śląsku. To jest taka „mała ojczyzna”, w której wielu Ślązaków odnajduje się bardziej aniżeli w narodzie, z którego wg genealogii pochodzą i bardziej niż w państwie, w którym wg politycznie ustalonych granic mieszkają. Przy czym w żadnym razie to „odnajdywanie się bardziej” nie oznacza separatyzmu. Tak stereotypowo mogą myśleć tylko cyniczni politycy lub powierzchowni publicyści. Owszem, sytuacja bywa tutaj dynamiczna. Nie aż tak dawno przeżywaliśmy emocje w sprawie istnienia bądź nieistnienia narodowości śląskiej. Temat ożył w czasie spisu powszechnego (2011), podczas którego kilkaset tysięcy mieszkańców Śląska zadeklarowało „narodowość śląską”. Sprawa zawisła przed sądem, gdzie przeszła pełną procedurę rozpoznania, z instancjami europejskimi włącznie. Te emocje były etapem kształtowania się naszej regionalnej tożsamości. Do głosu dochodziły wówczas argumenty podkreślające odrębność mieszkańców Śląska od Polaków (która de facto w jakimś zakresie istnieje, ale nie takim, aby definiować Ślązaków, jako odrębną narodowość. W każdym razie temat z pewnością wróci). Dzieje śląskich rodzin dość wyraziście ilustrują ową odrębność, a przy okazji rzucają światło na zawiły problem przynależności narodowej Ślązaków.

W latach 70. starszy już pan, mieszkaniec małego miasteczka na Górnym Śląsku, opowiedział znajomemu swoją historię. Wynikało z niej, że wziął udział w powstaniu (śląskim), do którego poszedł z kolegami, żeby polepszyć swój los w odrodzonej Polsce (która ostatecznie nie objęła wtedy swymi granicami miasteczka, w którym mieszkał). Przez to miał później problemy w latach przed II wojną światową. Nie mógł np. w latach 30. XX wieku zakupić ziemi pod uprawę. Na złożony w tej sprawie wniosek otrzymał urzędową odpowiedź, że ziemia nie zostanie na jego rzecz zbyta ze względu na udowodnioną „działalność zagrażającą bezpieczeństwu Rzeszy”. Z trudem, ale pogodził się z tym faktem. Kiedy przyszło „wyzwolenie”, jako tutejszy „Giermaniec”, trafił na zesłanie. Zabrał jednak ze sobą ów dokument, w którym urzędowo stało napisane, że próbował siłą obalić tysiącletnią Rzeszę. Na Syberii udało mu się ów dokument pokazać pilnującym go oficerom. Dzięki temu pismu, czyli de facto dzięki udziałowi w Powstaniu Śląskim, pozwolono mu na powrót do domu. Kto wie, czy zaangażowanie w walkę o poszerzenie granic odrodzonej Polski nie ocaliło mu życia… Jakże przewrotnie potoczyły się jednak losy jego rodziny. Później okazało się, że jego synowie, pod koniec jego życia, wyjechali na stałe… do Niemiec. Oni też chcieli wieść życie godne i wygodne, a wówczas (lata 70/80 XX w.) to Niemcy, a nie Polska dawały wyobrażenia i nadzieje na lepsze warunki życia. Takich życiorysów jest u nas więcej. Po przegranej wojnie niżsi stopniem żołnierze Wermachtu nie szli do więzień, nie byli traceni w egzekucjach, nie rozpływali się w niebycie. Wracali do swoich domów. Do tego samego co wyżej miasteczka na Górnym Śląsku wrócił więc do żony i dzieci żołnierz, który bił się na wojnie po stronie Rzeszy. Po wojnie przyszło mu mieszkać w Polsce, choć nigdzie się nie przeprowadzał. Przeprowadzać się też nie zamierzał, bo gdzie? Tutaj był jego dom i tutaj było jego miejsce. Niektórzy sąsiedzi myśleli inaczej – kiedy potwierdziło się, że na Śląsku będzie od teraz Polska, zostawili dobytek i wyjechali na zachód. Kilkadziesiąt opuszczonych w ten czy inny sposób domów zajęli repatrianci ze wschodu – kilkadziesiąt polskich rodzin z zachodniej Ukrainy. Przybyli też i Polacy, w tym żołnierze, którzy na różnych frontach bili się po stronie Polski. W głównej mierze ich potomkowie tworzą pejzaż społeczny współczesnego Śląska, zwłaszcza w niewielkich miasteczkach. Potomkowie miejscowych rodzin niemieckich i rodzin polskich zawierali między sobą małżeństwa, z których rodziły się dzieci. Ktoś politycznie dociekliwy zapytałby może dziś, o te dzieci, czy są one niemieckie czy polskie? Albo o wnuki tych żołnierzy, którzy po wojnie powrócili lub tutaj się osiedlili, czy to element polski czy ukryta opcja niemiecka?

Nie identyfikuję się ze stanem umysłu, w którym szeroko i zarazem płytko rozumianym wrogom Ojczyzny życzy się śmierci, a tą Ojczyzną, której wrogowie winni ginąć, miałaby być Polska – nie czerwona, nie tęczowa jeno narodowa. Nie identyfikuję się z wsobnym wyobrażeniem narodu, w którym rodowodowo zweryfikowani Polacy mieliby żyć i działać tylko dla Polski, a tak uformowana Polska miałaby być miejscem dla Polaków. Takim formom przywiązania do narodu przeczą życiowe doświadczenia Ślązaków zamieszkujących historyczny region pogranicza. Tutaj narody, wyznania i języki raczej współistnieją niż się antagonizują, raczej pomagają sobie niż usiłują jeden nad drugim dominować. Oczywiście także na Śląsku wiele pozostaje do zrobienia. Otwartość i tolerancja pozostają ideałami – zawsze będziemy zbliżać się do tych wartości nigdy w pełni ich nie osiągając. Ale tutaj, w naszej „małej ojczyźnie”, zmieniające się w minionych dekadach państwowe granice skutecznie podważały wyobrażenia o przynależności narodowej, jako źródle tożsamości mieszkańców. Wątpliwości wzmacniała przedwojenna i powojenna propaganda. Przed wojną faszyści na Śląsku zakazali nawet spowiedzi w j. polskim. Po wojnie szala absurdalnych oczekiwań rządzących przechyliła się w drugą stronę – komuniści nakazali np., aby z pomników nagrobnych na Śląsku zniknęły wszelkie ślady niemczyzny za wyjątkiem nazwisk zmarłych. Rodowitym Ślązakom nie było po drodze z narodowym radykalizmem w żadnym wydaniu. To miejsce, jego historia, te obyczaje, te genealogicznie bogate powiązania, ten sposób wysławiania się, to była i wciąż jest przyjazna i przewidywalna życiowa przestrzeń. To „mała ojczyzna”, w której Ślązacy dobrze się odnajdują, często lepiej niż w narodzie, zwłaszcza kiedy tak nachalnie szafują tym pojęciem rządzący dziś politycy.

Slider foto: dziennikpolski24.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>