Organista z powołania

Kilka dni temu miałem przyjemność spotkać się z wyjątkowym muzykiem. Nazywa się Bernard Bartoszek, jest emerytowanym (od 2003 r.) organistą kościoła św. Franciszka w Zabrzu Zaborzu. Jako organista posługiwał 48 lat! W tym czasie urzędowało pięciu papieży, a w parafii trzech proboszczów i 40 wikarych. Dawno temu sam zagrałem na jednej mszy u św. Franciszka. Zauważyłem wtedy, że miejscowy organista zbiera wizerunki następców św. Piotra i zawiesza je w równym rządku przy organach. Ten mini – poczet papieży zrobił na mnie duże wrażenie. Przede wszystkim uświadomił mi długi czas trwania organistowskiej posługi Bernarda Bartoszka w jednym miejscu. W międzyczasie na Zaborzu zmienił się kraj i język (to jeszcze zanim pan Bartoszek zaczął grać kościele), zmienił się Kościół i liturgia (sobór), zmieniały się pokolenia parafian, a on wciąż zasiadał przy tym samym kontuarze i grał. Widzę w tej jego postawie jakąś radykalną wierność obranej drodze życia. Zawodowo robił to, co było jego pasją i pasją jest nadal. Podczas spotkania pokazał swoje kompozycje, powspominał początki organistowskiej kariery i doświadczenia dyrygenckie. Podkreślił też, żeby lepiej o nim „niczego nie rozgłaszać”, ale kilka myśli postanowiłem jednak zanotować, bo warto.

Bernard Bartoszek urodził się 11 października 1933 roku. Razem z rodzicami mieszkał przy Kronprinzenstrasse, która prowadziła z Gliwic do Chorzowa. Wspomniał, że jako małe dziecko początek II wojny światowej widział przez szybę, obserwując wojska przemieszczające się w kierunku granicy z Polską, która była oddalona od mieszkania Bartoszków tylko o ok. kilometr. Chociaż był pierwszym muzykiem w rodzinie, to zapamiętał, że w domu były skrzypce. Później było nawet czworo skrzypiec. Jeszcze w czasie wojny pan Bernard chodził na lekcje nauki gry na skrzypcach do jednej ze szkół na Zaborzu. Wspomniał też, że jako dziecko stawał przy prezbiterium kościoła św. Jadwigi (jego rodzinna parafia), przyglądając się i nasłuchując, skąd dochodzi dźwięk organów. Z ołtarza? Z boku kościoła? Z chóru? Jakiś czas upłynął, zanim samodzielnie zidentyfikował źródło dźwięków, które później stało się jego powołaniem.

Przygodę z muzyką rozpoczął na dobre w trudnych latach powojennych. W czasach, kiedy nie było ani pieniędzy, ani jedzenia, a i o pracę nie było łatwo, rodzice kupili mu pianino. Jak do tego doszło? Do Bartoszków trafiła wiadomość, że ktoś niezadowolony z nowych granic i nowej politycznej sytuacji, zamierza wyemigrować i ma do sprzedania pianino. Było powiedziane, że jeśli nie uda mu się w krótkim czasie znaleźć nabywcy – porąbie instrument siekierą i co się da, to spali. Pan Bartoszek do dziś nie wie, jak jego rodzice tego dokonali, ale zapłacili za to pianino, a w ramach rozliczenia zaopatrzyli też sprzedającego w masło, którego wtedy nigdzie nie było. Tamto pianino nadal istnieje – użytkuje je bratanek pana Bernarda, a dokładnie jego córka.

 Z czasów tuż po wojnie zapamiętał zmianę języka, w którym śpiewało się w kościele. Zaborze znajdowało się w granicach państwa niemieckiego, ale tuż przy granicy z Polską. Naturalnym było więc, że większość mieszkańców mówiła tam po niemiecku. Choć wojna trwała do maja (1945) to już w kwietniu na Wielkanoc przyszedł od nowych władz nakaz w sprawie języka używanego w kościołach. Proboszcz ogłosił, że tego a tego dnia, podczas mszy św. wieczornej można będzie ostatni raz w czasie liturgii śpiewać po niemiecku. Od następnego dnia śpiewy miały być możliwe już tylko w j. polskim. Tak się też stało. Dopiero wiele dziesięcioleci później język niemiecki powrócił do liturgii w wielu parafiach na Śląsku.

Po wojnie Bernard Bartoszek kształcił się w szkole muzycznej w Zabrzu (wówczas: Instytut Muzyczny im. Mieczysława Karłowicza). Szkoła mieściła się wtedy przy ul. Wyzwolenia i przechodziła swoje trudne przeobrażenia. Równolegle z edukacją w szkole muzycznej zaczął grywać na organach w swojej rodzinnej parafii – u św. Jadwigi. Do króla instrumentów przyuczała go tamtejsza organistka, pani Schramm. Z czasem pan Bartoszek uzyskał taki stopień biegłości, który pozwalał mu zastępować panią Schramm podczas mszy świętych. Jednocześnie pobierał naukę gry na organach w szkole muzycznej. W ramach formalnej edukacji muzycznej uzyskał dwa dyplomy: z fortepianu (1957) i z organów (1958), obydwa na poziomie średniej szkoły muzycznej. Dyplomy dawały mu prawo nauczania w szkołach muzycznych I stopnia oraz studiowania na wyższych uczelniach muzycznych. Gry na organach uczył się w szkole muzycznej u Brunona Sowy.

Do parafii św. Franciszka ciągnęło go odkąd pamięta. Dlaczego? „Są tam większe organy!” W kościele św. Franciszka organistą był wówczas pan Kojzar, który dojeżdżał z Lipin (dzielnica Świętochłowic). Zdarzało się, że pan Bartoszek zastępował go na niedzielnej mszy św. o godz. 11:00. To były bardzo prestiżowe zastępstwa. Raz, że u św. Franciszka, a dwa – była to tzw. „suma”. Dzięki tym zastępstwom grą młodego organisty z sąsiedniej parafii zainteresował się proboszcz, ks. Emanuel Weber (1946 – 1966). Bartoszek zaczął też być „we Franciszku” okazjonalnie angażowany do gry na pogrzebach i ślubach. Jednocześnie grywał w swojej rodzinnej parafii św. Jadwigi, gdzie też regularnie pomagał w kancelarii parafialnej. Podczas jednego z takich kancelaryjnych dyżurów przyszedł do niego organista Kojzar i oznajmił, że pana kancelistę – organistę chciałby niezwłocznie widzieć ks. Weber. Teraz, zaraz. Proboszcz Weber oznajmił mu, że pan Kojzar postanowił dalej się kształcić – chce się wybrać na politechnikę i w związku z tym nie będzie mógł grać. Padło wówczas sakramentalne pytanie „czy chciałbyś to objąć?”. Bernard Bartoszek zgodził się zastrzegając jedynie, że musi sprawę omówić z rodzicami. Obydwoje rodzice chętnie się zgodzili. Ojciec poszedł potem z synem potwierdzić aprobatę do kancelarii parafialnej, gdzie ks. Weber miał mu powiedzieć, że syn ma zacząć posługę „od jutra”. Był rok 1955. Pana Kojzara zapamiętał pan Bartoszek, jako wielkiego artystę. Do tego stopnia, że czuł się onieśmielony przejmując po nim funkcję organisty. Były to jednak lata, kiedy metodycznie przyswajał technikę gry w szkole muzycznej. Wkrótce stał się samodzielnym młodym artystą, dobrze przygotowanym pod względem muzycznym do pełnienia zadań organisty.

Zaczynając grać u św. Franciszka miał do dyspozycji różne nuty, nie tylko pieśni. Grał utwory Bacha i innych kompozytorów. Jego zwyczajem było wykonywanie literatury organowej po mszach św. Koncertów organowych nie organizował, ale chóralne – owszem. Przez długie lata prowadził chór parafialny. W szczytowym okresie działalności zespół liczył 60 śpiewaków. Próby odbywały się dwa razy w tygodniu (wtorek i piątek). Wg wspomnień dyrygenta, z frekwencją było różnie, szczególnie w głosach męskich (skąd my to znamy…?). Wraz z odejściem pana Bartoszka na emeryturę chór zawiesił działalność.

Co szczególnie warte podkreślenia, długoletni organista i dyrygent zgromadził pokaźny zasób własnych kompozycji. Ma w dorobku dwie msze na chór i organy: łacińską „Missa in Es” (1961) i polską (1974), trzy opracowania Ave Maria (m.in. 1968, 1986) oraz kilka pieśni, w tym o św. Franciszku. Co ważne, jego kompozycje były i są wykonywane. Pieśni ku czci św. Franciszka należą do stałego repertuaru wiernych podczas uroczystości odpustowych, a opracowania Ave Maria wykonuje schola. Mszę polską wypożyczył od niego kiedyś pan Edward Kominek, organista i dyrygent z Zabrza Mikulczyc, który wykonywał ją ze swoim chórem. Co również warto zaznaczyć, msza polska pana Bartoszka powstała jako rezultat merytorycznych konsultacji. Pierwsza wersja „Kyrie” z mszy polskiej miała zawierać słowa „Panie, zmiłuj się”. Ks. Helmut Sobeczko, liturgista z opolskiej kurii biskupiej, miał wówczas zwrócić kompozytorowi uwagę, że słowa tekstu liturgicznego powinny brzmieć „Panie, zmiłuj się nad nami”. Inną ciekawostką jest fakt, że jedno z opracowań „Ave Maria” skomponował na własny ślub. Utwór zachowany w czytelnym rękopisie opatrzył adnotacją: „Najpiękniejszej z pięknych utwór ten poświęcony, niechaj Ci będzie na nowej i trudnej drodze życia drogowskazem i świetlistym znakiem wiecznego do Niej przywiązania. Jako podarunek ślubny w Twoje ręce składam zapis muzyczny chwalący naszą Matkę. Bernard Bartoszek, 1 listopad 1968”. W użytku parafialnym zachowało się także kilka mniejszych form jego autorstwa, np. melodie psalmów responsoryjnych.

Gra organowa Bernarda Bartoszka odznaczała się wyszukaną harmonią. Zarówno profesjonalni muzycy jak i parafianie zgodnie określają jego styl harmoniczny, jako bardzo ciekawy i niespotykany. Oficjalnie zakończył posługę w roku 2003. Jednak przez wiele kolejnych miesięcy pozostawał do dyspozycji księży i parafian, wielokrotnie służąc parafialnej liturgii przy swoim kontuarze. Pożegnanie odchodzącego na emeryturę wieloletniego organisty odbyło się w salce parafialnej przy kościele św. Franciszka. Uczestniczyła w nim jeszcze śp. małżonka pana Bartoszka, a także przedstawiciele grup parafialnych, duchowni, a nawet rodzice ówczesnego proboszcza, ks. Andrzeja Iwaneckiego (obecnie biskup pomocniczy diecezji gliwickiej). Młodzież parafialna przygotowała kosz słodyczy, który udekorowany został okazałą laurką podkreślającą 48 lat organistowskiej posługi.

Organistów z doświadczeniem zbliżonym do Bernarda Bartoszka jest w tej chwili w Zabrzu prawdopodobnie bardzo niewielu. Do nielicznych należą znakomicie wykształceni muzycy, jak Jan Cygan (pedagog i organista z Pawłowa, długoletni dyrygent jednego z najstarszych nieprzerwanie działających zespołów chóralnych – Chóru Lutnia) czy Erhard Ochmann (mieszkający w Zabrzu Mikulczycach emerytowany pedagog i długoletni organista m.in. kościoła garnizonowego w Gliwicach), a także kilku innych. Znacznie więcej jest jednak tych, którzy odeszli. Osobiście znałem i pamiętam takie organistowskie osobistości z Zabrza, jak pan Roman Dyllus – organista u św. Józefa (zm. 2004), pan Ernest Foltyn – organista w Rokitnicy (zm. 2016), brat Franciszek Wieczorek, organista – kamilianin (zm. 2017), pan Joachim Gburek – organista parafii Wniebowzięcia NMP w Biskupicach (zm. 2018), wybitny organmistrz, pan Jan Wyleżoł (zm. 2018) oraz inni, jak pan Paweł Sewera (organista i dyrygent u św. Anny) czy pan Jerzy Hrywaczewski (organista u św. Teresy i u św. Wojciecha).

Szacunek dla dorobku wspomnianych muzyków kościelnych powinien wynikać m.in. stąd, że wszyscy oni kształcili się i posługiwali w czasach, kiedy kościoły były dla większości ludzi głównymi (jedynymi?) miejscami kontaktu z muzyką wykonywaną na żywo. Oni doskonale wiedzieli i wiedzą, że regularne obcowanie ze śpiewem i muzyką, które towarzyszą liturgii, wyrabia określone skojarzenia emocjonalne, może też kształtować gusta, a nawet wyrabiać poglądy na muzykę. Uprawianie zawodu organisty było i jest dla nich synonimem profesjonalnej i odpowiedzialnej służby. Na marginesie: pan Bernard Bartoszek powiedział, że przez 48 lat nigdy nie spóźnił się na mszę św. Ich długoletnie kadencje ukształtowały poczucie muzycznej estetyki kilku pokoleń mieszkańców różnych dzielnic Zabrza. Tym wszystkim muzykom w dniu wspomnienia św. Cecylii, patronki muzyki kościelnej, należą się wyrazy szczerego szacunku! Pretekstem do wyrażenia im wszystkim słów uznania niech będzie powyższe opowiadanie o posłudze jednego z nich.

Za zaufanie i pomoc w zorganizowaniu spotkania z panem Bernardem Bartoszkiem dziękuję pani Danucie z kancelarii parafialnej parafii św. Franciszka w Zabrzu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>