Ostatni żyjący…

Z czasów szkolnych pamiętam taką oto historię. W ramach wakacyjnej kolonii nad morzem, a byliśmy we Władysławowie, zwiedzaliśmy m.in. Westerplatte. Oprowadzający nas przewodnik sporo opowiadał i pokazywał, nawiązując do powiązanych z tym miejscem personaliów. Do dziś pamiętam, że wtedy (mogło to być w końcówce lat 80.) powiedział nam, że spośród oficerów, którzy bronili Westerplatte, żyje jeszcze tylko jeden o nazwisku Pająk. Był ostatnim żyjącym oficerem – obrońcą Westerplatte. Tyle zapamiętałem. Pisząc te słowa usiłowałem sobie przypomnieć imię tego oficera i miejscowość, w której wtedy mieszkał, bo przewodnik przekazał nam te informacje. Byłem przekonany, że chodziło o Lecha Pająka, który mieszkał w Łodzi. Sprawdziłem jednak w sieci – oficer ten nazywał się Leon Pająk i mieszkał wtedy w Kielcach. Zmarł w 1990.

Wspominam to zamierzchłe, z pozoru niewiele znaczące wydarzenie, bo w ostatnim czasie nie opuszcza mnie wrażenie, że bardzo często stykam się z formułą o „ostatnim żyjącym…” lub ewentualnie o „jednym z ostatnich żyjących”. Zastanawiam się, czy to ma jakieś znaczenie, że ktoś jest „ostatnim…” lub „jednym z ostatnich żyjących…” i jeśli tak, to dla kogo…?

Pracując jakiś czas temu w kopalni Guido w Zabrzu (Muzeum Górnictwa Węglowego) wiedzieliśmy wszyscy, że parową maszynę wyciągową przy szybie Carnall obsługuje jeden jedyny starszy specjalista, pan Stanisław Kral, ostatni żyjący, który potrafił zapanować nad tą maszynerią: wprawić ją w ruch, kontrolować jej pracę, a także bezpiecznie ją zatrzymać. Udało się z czasem doszkolić kolejnego pracownika, dzięki czemu maszynę w ruchu nadal można i będzie można prezentować zwiedzającym. Idąc tropem klimatów industrialnych: w styczniu 2018, podczas spotkania w ramach „Zamkowych wieczorów z kawą i kulturą” na toszeckim Zamku, Adam Hajduga opowiedział o swojej wizycie (2007) we francuskim Calais. Zwiedził tam m.in. „Muzeum Koronki”, które swego czasu było światowym potentatem w produkcji żakardu. Podczas zwiedzania zwrócono mu uwagę, że w ramach ekspozycji prezentowany jest materiał wideo, na którym zarejestrowano pracę (czy tylko wypowiedź – nie pamiętam) ostatniego żyjącego fachowca, który potrafił obsługiwać tradycyjne żakardowe maszyny. Tam, zdaje się, nie zadbano o wyszkolenie następcy, więc po śmierci ostatniego żyjącego operatora cały kompleks urządzeń stał się już tylko nieczynnym zabytkiem techniki.

Jakiś czas temu głośno było o pewnej zmarłej w USA (Alaska) kobiecie, która była ostatnią użytkowniczką jednego z rdzennych języków tego rejonu kontynentu amerykańskiego. Podobno w ostatnich latach życia poświęcała sporo czasu na spotkania z językoznawcami, którzy chcieli uchronić ten język od całkowitego zaniku. W mediach społecznościowych natknąłem się niedawno na wiadomość o najstarszym na świecie biskupie, który jest jednocześnie jednym z zaledwie kilkunastu żyjących jeszcze biskupów – uczestników ostatniego soboru. Przy okazji dotarłem do wiadomości, że ostatnim żyjącym polskim uczestnikiem soboru, choć nie biskupem, jest były generał paulinów o. Jerzy Tomziński. Pisząc ten tekst, zrobiłem sobie przerwę i wpisałem frazę „ostatni żyjący” w wyszukiwarce. Wśród rozwinięć pojawiły się u mnie „…pasażer titanica”, „…cichociemny”, „…powstaniec warszawski”,  „…nazista”. Nie podejmuję tych tropów, bo wydają się mało ciekawe. Myśląc o „ostatnim żyjącym”, przychodzi mi za to do głowy reportaż o pewnym afrykańskim zwierzęciu (gatunek nosorożca?). Ostatni samiec tego gatunku jest podobno w tej chwili chroniony przed kłusownikami przez uzbrojonych strażników, aby szczęśliwie za życia dokonał jeszcze aktu reprodukcji koniecznego dla przetrwania gatunku. Z zupełnie inne beczki – na myśl przychodzi mi też św. Jan Apostoł – najdłużej żyjący, „ostatni żyjący” Apostoł, który miał dożyć sędziwego wieku i jako jedyny umrzeć śmiercią naturalną. Kojarzy mi się ostatnia córka Jana Sebastiana Bacha, Regina Susanna, która zmarła bezdzietnie, w biedzie i zapomnieniu w Lipsku w 1809 r. Na myśl przychodzą mi też ostatnie spotkania z ważnymi dla mnie ludźmi, z którymi spotykałem się ostatni raz – nie wiedząc o tym. Wiele jest tych myśli, ludzi, zdarzeń, spraw… Wracam do pytania zapisanego wyżej: czy i jakie może mieć znaczenie to, że ktoś jest „ostatnim…”…?

Wraz z odejściem „ostatniego żyjącego” odchodzi ostatni świadek wydarzeń, ostatni przedstawiciel, ostatni przekaziciel atmosfery, ostatni depozytariusz unikalnej wiedzy czy umiejętności. Wraz z odejściem „ostatniego żyjącego” na pierwszy plan samoistnie wysuwają się ci, którzy owego „ostatniego” znali. Na jakiś czas to oni stają się wtedy najcenniejszym choć już tylko pośrednim źródłem świadectwa o wydarzeniach, atmosferze, wiedzy i umiejętnościach. Rola pośrednich świadków jest systematycznie pomniejszana przez istniejącą lub pojawiającą się dokumentację. Opowieść o obronie Westerplatte, którą mogłyby przytoczyć dzieci lub wnuki porucznika Leona Pająka, nie będzie dziś w stanie wyręczyć ani zastąpić poświęconych temu wydarzeniu prac historyków (być może opowieść potomków mogłaby te opracowania jakoś uzupełnić). Wraz z odejściem bezpośrednich świadków te wszystkie wydarzenia, atmosfera, wiedza i umiejętności przechodzą nieodwołanie do historii. Najpierw najnowszej, opowiadanej ustnie, potem – jeśli na to zasługują – opisywanej, najpierw publicystycznie, a później – różnie, np. naukowo. „Ostatni żyjący” jest dziś ostatnią szansą na pozyskanie, udokumentowanie i zachowanie źródłowych uzupełnień wiedzy, która zwykle i tak już istnieje. W zależności od rangi dorobku i zakresu działalności „ostatniego żyjącego”, będą to elementy wiedzy o znaczeniu doniosłym dla świata, dla kraju, na regionu, dla miasta, dla rodziny, a może tylko dla mnie samego. Nowa, ekskluzywna wiedza pozyskana od ostatniego żyjącego świadka, może kapitalnie poszerzać dostępną dotychczas wiedzę, może wzmacniać tożsamość moją własną, mojej rodziny, mojego miasta, miejscowości. Może też być wręcz przeciwnie: wiedza przekazana przez „ostatniego żyjącego”, jeśli okaże się nieprzystawalna do wiedzy, która jest powszechnie dostępna, może wiele skomplikować…

„Ostatni żyjący” są więc przede wszystkim świadkami. Mogą zaświadczyć o konkretnych wydarzeniach, mogą zaprezentować unikalne umiejętności, mogą przybliżyć szczegóły wieloletnich procesów ale i dać świadectwo wartościom, jakimi kierowali się w życiu oni sami i im współcześni. Świadczą o nich tak, jak je przeżyli i zapamiętali. Problem z „ostatnimi żyjącymi” jest zwykle taki, że oni zupełnie nie mają pojęcia o tym, że owymi „ostatnimi” są. Może poza wąską garstką „ostatnich żyjących”, których życiorysy śledzi się z jakichś względów albo którzy sami swoje życiorysy śledzą. Warto podkreślić, że „ostatni żyjący”, to nie tylko bohaterowie naszej historii, ale także ludzie tzw. zwykli: nasi bliscy, dobrze znani lub znani tylko z widzenia, szanowani lub traktowani z dystansem, czasem zaniedbani, zapomniani, osamotnieni. Każdy ma wokół siebie ludzi, których w oparciu o różne kryteria może przyporządkować to kategorii „ostatnich żyjących…”. Może nie ma ich wielu i nie rzucają się w oczy, ale na pewno są! Warto mieć i pielęgnować tę świadomość i przejąć od nich, zapamiętać i przekazać innym to, co dobre. I być wdzięcznym.

 

Na zdjęciu: pan kapitan Józef Kowalski, ostatni żyjący uczestnik Bitwy Warszawskiej 1920 (zmarł w roku 2013 w wieku 113 lat). Foto: historia.org.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>