Pamiętać: to, co dobre, aby być wdzięcznym i to, co złe, aby wybaczać.

Miałem dziś okazję uczestniczyć w bardzo szczególnej uroczystości. Dawno temu (1945) w moim rodzinnym miasteczku funkcjonował obóz założony przez Narodnyj Komitiet Wnutriennych Dieł. Sowiecki obóz nie został specjalnie zbudowany – mieścił się w budynku istniejącego od kilkudziesięciu lat szpitala. W czasie wojny (nie tylko tej drugiej) szpital ten również służył, jako miejsce internowania jeńców. Od jakiegoś czasu wiadomo, że w roku 1945 (od maja do listopada) w obozie tym przebywało ponad 3.000 więźniów – żołnierzy niemieckich, których tutaj zwieziono (nawet z terenu dzisiejszych Niemiec) i… No właśnie. Jedynie niewielka ich część przeżyła i wróciła do swoich domów. Co stało się z pozostałymi? Dotychczas brak jest oficjalnego naukowego opracowania na ten temat. Być może pojawi się wkrótce, zobaczymy. Co zatem wiadomo?

Powstała grupa inicjatywna NKWD-Lager Tost/Oberschlesien, skupiająca potomków niemieckich żołnierzy osadzonych w tym obozie w roku 1945. Od wielu dziesięcioleci starają się oni dowiedzieć, co stało się z ich przodkami. Wiele – by nie powiedzieć: wszystko – wskazuje na to, że w tym sowieckim obozie zmarli i tutaj na Górnym Śląsku zostali na zawsze. Z zasłyszanych opowieści bezpośrednich świadków (dziś pozostało ich już bardzo niewielu) wiadomo, że z terenu obozu wywożono furmankami ciała zmarłych więźniów w mniej więcej określonym kierunku i grzebano je w mniej więcej wiadomym miejscu. Niektórzy mówią, że było to w okolicach cmentarza żydowskiego, a inni precyzują, że chodzi o pobliski teren dawnej kopalni piasku. Jest to o tyle prawdopodobne, że naturalne zagłębienia po wydobytym surowcu mogły faktycznie stanowić miejsce zbiorowego pochówku. Kopanie dołów dla ok. 3.000 zmarłych przekraczało prawdopodobnie możliwości obsady ówczesnego sowieckiego obozu. Jeden z potomków ofiar, były dyrektor instytucji kultury, z wykształcenia archeolog, prowadzi bardzo skrupulatne kwerendy i analizy. Mają go one doprowadzić do wskazania najbardziej prawdopodobnego miejsca zbiorowego pochówku zmarłych. Jakiś czas temu w rejonie domniemanych zborowych mogił (niedaleko cmentarza żydowskiego) prowadzono specjalistyczne odwierty, aby sprawdzić, czy struktura gleby wskazuje na możliwość pogrzebania w niej licznych ofiar obozu. Nie dały one jednak pozytywnej odpowiedzi. Poszukiwania archeologa na razie skupiają się na analizie map oraz na konsultacjach. Zanim jednak zaczął on prowadzić swoje badania, społeczność potomków ofiar ze wsparciem społeczności lokalnej, w tym szczególnie Mniejszości Niemieckiej, stworzyła w rejonie domniemanych masowych grobów miejsce pamięci. Stało się to u nas możliwe dopiero na początku lat 90. Z dociekań archeologa wynika, że miejsce to znajduje się niemal dokładnie na terenie, który jedna z map wskazuje jako Sandgrube. Na potwierdzenie faktów przyjdzie nam poczekać.

Byłem dziś na uroczystości upamiętnienia ofiar tego sowieckiego obozu. Uroczystość była podniosła ale pogodna. Dzieci, wnuki oraz  krewni ofiar z szacunkiem wsłuchiwali się w przemówienia. Sporządzano dokumentację filmową, robiono zdjęcia, przyglądano się temu miejscu z zainteresowaniem. Wielu z obecnych dziś gości było tam nie po raz pierwszy, choć niektórzy – owszem. Organizatorzy (Mniejszość Niemiecka) zadbali o należytą rangę tego spotkania: zaprosili niemiecką konsul, posła Bundestagu, szefostwo swojej organizacji, samorządowców różnych szczebli, miejscową orkiestrę, lokalne i regionalne media. Zorganizowali też nabożeństwo ekumeniczne.

Szczególne w tej uroczystości były słowa, które wypowiedział burmistrz mojego rodzinnego miasteczka, a do których to słów niektórzy z mówców z szacunkiem później nawiązywali. Tak się składa, że wczoraj ów burmistrz, miał w rodzinie pogrzeb – pochował swojego ojca. Ta smutna okoliczność stała się treścią krótkiej refleksji, którą podzielił się ze zgromadzonymi. Powiedział kilka zwięzłych z zdań, z których wnikało, że od wczoraj jeszcze lepiej rozumie, jak ważne jest to, aby móc uczestniczyć w ostatnim pożegnaniu swoich najbliższych, np. swojego ojca. Powiedział, że wśród zebranych jest wielu takich, którym nie było dane pożegnać się z ojcami i że ten fakt z pewnością jest dla nich bardzo bolesny. Trzeba zatem starać się pielęgnować pamięć o ofiarach sowieckiego obozu w ten sposób, aby podobna tragedia nigdy więcej nie mogła się powtórzyć. Krótko i treściwie. Osobiście, szczerze i bardzo na temat, bardzo na czasie i bardzo na miejscu.

Nie wiem, czy potomkowie ofiar zostali przez kogokolwiek przepytani na okoliczność osobistego nastawienia do tragicznych losów ich przodków. Chodzi mi o to, czy pamiętają czy może rozpamiętują i czy są zdolni wybaczyć. Wybitny historyk napisał kiedyś, że historię trzeba pamiętać: pamiętać dobrze, to, co dobre, aby być wdzięcznym i pamiętać dobrze to, co złe, aby wybaczać. Pogodny przebieg uroczystości wskazuje na to, że w tych ludziach nie ma nastawień negatywnych, nie ma antagonizmu, nie ma tym bardziej dążenia do odwetu. Ostatecznie to nie mieszkańcy tego śląskiego miasteczka są winni śmierci ich przodków. Jest natomiast w gościach uroczystości chęć dopełnienia owego ostatniego pożegnania, którego wtedy nie było, bo być nie mogło. Już samo utworzenie godnego miejsca pamięci, wobec przeszkód i mechanizmów wyparcia, których doświadczali w minionych dziesięcioleciach, było i jest krokiem milowym. Czy potrzebują naukowej prawdy o dokładnej lokalizacji masowych grobów? Niektórzy wytrwale do tej wiedzy dążą (archeolog), a inni… Nie wiem.

To tragiczne miejsce w Toszku jest i powinno być zalążkiem wychowania w duchu szacunku dla drugiego człowieka. W kontekście wojny Niemcy kojarzą się głównie z agresorami, ze zbrodniarzami. Jest to skojarzenie w dużej mierze oparte na faktach historycznych. Ale jeśli dążymy do prawdy, jeśli faktów historycznych nie chcemy utożsamiać z powierzchowną, stereotypową wiedzą medialną, filmową czy internetową, to trzeba też uznać, że wielu Niemców tuż po zakończeniu wojny, było również ofiarami zbrodni, które popełniali inni – w tym wypadku Sowieci, w innych przypadkach – Polacy. Ktoś z mówców podjął dziś ten właśnie wątek, mówić m.in. o wypędzeniach. W miejscu pamięci, takim jak to, w którym dziś byłem, w żadnym razie nie chodzi o bilans, z którego np. miałoby wyniknąć ile razy ktoś był zbrodniarzem, a ile razy ofiarą. W takich miejscach nie matematyka liczy się najbardziej. Tam chodzi o osobistą pamięć i tę możliwość osobistego pożegnania się.

Nasi biskupi kilkadziesiąt lat temu, słynnym „przebaczamy i prosimy o przebaczenie” wyprzedzili swoje czasy znacznie, tak znacznie, że nuta kontrowersji jeszcze dziś w tych słowach pobrzmiewa. Tymczasem przecież nie może być tak, że skoro jacyś ludzie z danej wspólnoty narodowej zrobili coś złego, to wszystkim ludziom tej wspólnoty można w ramach swoistego rewanżu wyrządzać zło. Nie można. Potwierdzili to z tzw. „jednej strony” nasi biskupi w 1965 r. i potwierdzają to z tzw. „drugiej strony” potomkowie ofiar sowieckiego obozu NKWD w Toszku, którzy co dwa lata w duchu pojednania gromadzą się w miejscu pamięci. Pierwszy raz wziąłem dziś udział w tej uroczystości, ale jestem przekonany, że oni wszyscy, którzy tam przyjechali, pamiętają o tym, co złego spotkało ich przodków, aby wybaczyć. Nie inaczej.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>