Pierwsza spowiedź

Mój starszy syn przystąpił wczoraj do pierwszej spowiedzi. Parę dni temu napisał test trzecioklasisty, za miesiąc przystąpi do pierwszej komunii, a potem pierwszy raz wyjedzie na 2 tygodnie (bez rodziców!) nad morze na tzw. zielone lekcje. Życie 9-latka mocno przyspiesza!

Spowiedź ma w tym ciągu wydarzeń swoje znaczenie, nie tylko dla początkującego penitenta. Przygotowując się zapytał, czy grzechy z przedszkola też się liczą – jeśli jakieś pamiętasz to się liczą, powiedziałem. Nie miałem pojęcia, iż przechowuje w pamięci jakieś niedające spokoju sprawy sprzed lat. Jeśli po trzech – czterech latach wciąż pamięta jakieś zdarzenia z przedszkola, to strach pomyśleć, jakie to musi być dla niego obciążające. To jest pierwsza spowiedź więc musisz wyspowiadać się z wszystkich grzechów, które pamiętasz – taki był komunikat zbiorczy. Był tym faktem niepocieszony. Rachunek sumienia robiony wg schematu od katechetki, robił kilka dni wcześniej, publicznie, niczym mnich w surowym klasztorze. Dzięki temu mogliśmy poznać początkujący mechanizm ocen moralnych. Z pytaniem o konfliktowe sytuacje z bratem poradził dość sprawnie: nie wszystko było dobre ale generalnie to ten drugi zaczynał, więc tutaj o grzechu mowy nie ma. I przeszedł do następnych pytań. Kiedy z przymrużeniem oka zaproponowałem, że kiedy skończy zapisywać grzechy, to sprawdzę, czy nie ma błędów, zapytał płynnie, czy naprawdę myślę, że to jest najważniejsze, żeby nie było błędów? Niezręcznie wyszło.

Sama spowiedź została zorganizowana ciekawie. Ksiądz proboszcz starał się uczynić z tego wydarzenia coś ważnego ale jednocześnie na kanale drugim puszczał oko do towarzyszących rodziców. „Jedna dziewczynka powiedziała mi, że mama dyktowała jej grzechy w czasie rachunku sumienia. A ja powiedziałem – dobrze, ale mam nadzieję, że dyktowała twoje grzechy, a nie swoje, taty lub dziadka” – dzieci słuchały z troską o grzechy bohaterki opowiadania, czy aby na pewno były to jej grzechy, natomiast westchnienie uśmiechu i porozumiewawcze spojrzenia wśród zgromadzonych w kościele rodziców – opiekunów były dość powszechne. Potem szybki przegląd warunków dobrej spowiedzi, z krótkim wyjaśnieniem każdego, z odwołaniem do barwnie opowiedzianych przykładów z dzieciństwa księdza. „Zadośćuczynienie” przywołane zostało wręcz praktycznie: dzieciaki zostały odesłane na chwilę do rodziców, aby ich uściskać i przeprosić za różne grzechy – w ten sposób ksiądz przybliżył jeden z najważniejszych i najtrudniejszych aspektów zadośćuczynienia: ono nie powinno rozgrywać się na kolanach z modlitewnikiem ale przede wszystkim między ludźmi. Punkt dla proboszcza.

Cała gromada 3-klasisów została podzielona na 3 grupy, które kolejno proboszcz odprowadzał do konfesjonałów poszczególnych księży. Przejęte twarze dzieci mówiły same za siebie. Podczas oczekiwania emocje sięgały zenitu. Rodzice w ławkach rozglądali się niecierpliwie, czy to już, czy jeszcze nie. Jedni byli przejęci, inni pocieszający, jeszcze inni jakby dumni. W kolejkach przed konfesjonałami również nerwowo. „Mamo, a Kuba mi grozi” – przyszedł donieść siedzącej za mną mamie chłopczyk w okularach. „Idź tam i powiedz Kubie, że jak nie przestanie, to ja tam przyjdę i mu coś powiem”. Chłopczyk posłusznie poszedł ale mama po krótkich zmaganiach wewnętrznych powiedziała sama sobie „albo idę cholera, co będzie mi go straszył”. I poszła. Dziewczyny z grupy „Dzieci Maryi” wypisywały każdemu, post factum, pamiątkę pierwszej spowiedzi z imieniem i nazwiskiem penitenta oraz księdza, który spowiadał. Fajna rzecz, tylko trochę za duża, ledwie mieści się w modlitewniku, więc pewnie wkrótce wyląduje gdzieś lecz nie wiadomo gdzie w pokoju i ślad po niej zaginie. Całość miała się kończyć podejściem do obrazu Jezusa Miłosiernego, gdzie należało odmówić zadaną pokutę, podrzeć kartkę z grzechami i zostawić je tam w przygotowanym koszyku. „Jedna z nielicznych okazji, kiedy koszyk w kościele służy do czegoś innego” – zauważył ksiądz proboszcz. Rodzice pokiwali głowami, niektórzy z uśmiechem lub znaczącym wydechem nosowym.

Kiedy syn wrócił sprzed obrazu, czekałem już obok ławki, żebyśmy mogli sprawnie wyjść. „A modlitwa po spowiedzi?”. Wyszliśmy po modlitwie. Krótka dogrywka po wyjściu z kościoła polegała na wymianie zdań na temat częstotliwości spowiadania się. „Czy do spowiedzi idzie się zawsze, kiedy popełni się jakiś grzech?”. Powiedziałem, że między kolejnymi spowiedziami musi być jakiś odstęp, np. miesiąc albo kilka tygodni, bo musi być czas, aby spróbować poprawić się z niektórych grzechów. Ksiądz proboszcz też o tym wspomniał – trzeba postanowić sobie poprawę w jakimś konkretnym zakresie i starać się, aby się udało. To musi trwać. „Czyli chodzenie do spowiedzi codziennie jest bez sensu?” – dopytał sprytnie początkujący penitent. Codziennie to za często, od jednej do drugiej spowiedzi musi upłynąć trochę czasu – odpowiedziałem, jako penitent doświadczony, próbując na bazie własnego doświadczenia ogarnąć w myślach różne okresy czasu, jakie sam daję sobie na poprawę…

Komentarze

  1. Sierpień 17, 2015

    www.hallusforte.pl Odpowiedz

    W tej kwestii się zgadzam, chociaż nie do końca, ale przecież nie wszystkim
    się muszą ludzie ze sobą zgadzać, bo ilu ludzi tyle zdań
    na temat. Mimo wszystko dobrze napisane. Pozdr.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>