Pierwsze doświadczenia religijne

W pośpiechu i natłoku spraw i wiadomości, jakimi żyjemy każdego dnia, nie znajdujemy za wiele czasu ani miejsca na spokojną refleksję o początkach własnych doświadczeń religijnych. To są sprawy obecne w życiu od zawsze albo od bardzo dawna – mało kto pamięta początki. Ze względu na praktykę chrztu niemowląt większość z nas nie ma szans zapamiętania pierwszego pojawienia się w kościele. Nawiasem mówiąc, ostatni raz w kościele też zwykle odbywa się już bez udziału naszej świadomości – tak to już jest. Mnie chodzi dziś o początki – te świadomie przeżywane początki.

Uczciwie rzecz ujmując nikt nie rozpoczyna doświadczeń religijnych od przeżyć mistycznych. Nie wiem tego na pewno ale zakładam, że tak właśnie jest. Po drugie zakładam, że doświadczeń religijnych nie należy utożsamiać od razu z wiarą. Wiara przychodzi z czasem i rozwija się (albo nie) w miarę wzrostu świadomości i dojrzałości. Tytułowe pierwsze doświadczenia religijne to różnego rodzaju przeżycia, stany, wspomnienia, sytuacje, które tworzą szeroki grunt pod budowę czegoś konkretnego: jakichś postaw, jakiejś wiedzy, a w przyszłości – wiary. Początkowe doświadczenia są bardzo ważne! Od ich kształtu, od ich jakości zależy w dużej mierze wszystko, co może wydarzyć się w przyszłości.

Dopiero w czasie studiów miałem okazję uświadomić sobie pewien szczegół, którego nigdy wcześniej nie dostrzegałem, a który odgrywa bardzo ważną rolę w budowaniu obrazu Boga. Chodzi mianowicie o wpływ obrazu ojca, tego w rodzinie, na wyobrażenie Boga – tego, w którego wierzymy. Nie o tym chcę dziś pisać, więc nie wchodząc w szczegóły nadmieniam tylko, że nawet tego typu rodzinne doświadczenia codziennych relacji mogą mieć jakiś sens religijny, nawet jeśli nie bezpośredni.

Teraz trochę introspekcji. Najpierwsze doświadczenia religijne, które mocno utkwiły mi w pamięci, dotyczą chodzenia z babcią do kościoła. Często chodziliśmy. Najpierw, kiedy byłem mały, to babcia trzymała mnie za rękę, a lata później, kiedy nogi zaczęły odmawiać babci posłuszeństwa, to ja wspierałem ją w pokonaniu tych kilkudziesięciu metrów, jakie dzieliło nasz dom od kościoła. Któraś z sąsiadek błyskotliwie zauważyła: „Widzicie, kiedyś wyście go prowadzili, teraz on was prowadzi!” Wzruszające wspomnienie. Doświadczenia stricte religijne wiążę jednak nie z drogą do kościoła ale z samą liturgią. Pamiętam, że jako dziecko nie zadawałem w kościele pytań, tylko obserwowałem. Dzisiaj żałuję, że byłem taki nieśmiały ale czasu nie cofniemy. Najpoważniejszą obserwacją był moment przeistoczenia. Obserwując babcię i innych czułem, że dzieje się coś ważnego, choć nie miałem pojęcia, o co dokładnie chodzi. Z czasem nabrałem przekonania, że odkryłem istotę rzeczy: wpatrując się w księdza unoszącego Hostię, wydawało mi się, że widzę, jak z płaskiego opłatka staje się ta Hostia czymś pełnym, fizycznie kulistym. Byłem przekonany, że taka niewytłumaczalna przemiana jest w momencie podniesienia czymś naturalnym, jest integralnym elementem mszy, i że wszyscy widzą to podobnie i są z tym faktem oswojeni. Temu złudzeniu sprzyjało miejsce, które zajmowaliśmy z babcią w kościele, a było ono od prezbiterium dość odległe. Później, kiedy zostałem ministrantem, i z bliska potwierdziłem, że Hostia kształtu nie zmienia, zacząłem intensywnie o tym myśleć, aby zrozumieć. Kiedy dojdę do konkluzji – dam znać.

Tego typu pierwszych doświadczeń było sporo. Była (trochę później) cudowna ulga po wyjściu z konfesjonału, był specyficzny i niepowtarzalny zapach kościoła, były nawyki osób zajmujących miejsca obok naszych. W niektórych „mniej ważnych” momentach mszy (podejrzewam, że mogły to być kazania), miałem też tendencję do odprawiania własnych quasi celebracji. Siadałem na podnóżku, na siedzeniu właściwym kładłem modlitewnik i rozkładając ręce coś tam mamrotałem. Jedni patrzyli na mnie z życzliwością, a inni bez życzliwości ale dla mnie najważniejsze było to, że babcia mnie nie upominała. Duże zainteresowanie wzbudzali ministranci, pan kościelny i posługa sióstr zakonnych, które dyskretnie, cicho i zwinnie przemieszczały się po kościele. Pamiętam też jakieś charakterystyczne, dość skromne układy melodyczne i harmoniczne, które preferował nasz organista – to była jedyna estetyka muzyki kościelnej, jaką przez długi czas znałem. Były też różne sytuacje domowe – babcia wiele się modliła, co zawsze budziło mój szacunek ale jakoś nie przynosiło u mnie owoców praktycznych.

To był świat pierwszych doświadczeń religijnych i grunt pod przyszłe życie człowieka wierzącego. Na te doświadczenia nakładały się lekcje religii i wydarzenia życiowe kształtujące wrażliwość moralną. To skomplikowane procesy – raczej nie do odtworzenia. Patrząc z perspektywy upływającego, czasu te pierwsze doświadczenia oceniam, jako bardzo inspirujące. Wiele z tych inspiracji solidnie pogłębiałem i nadal staram się to czynić. Próbowałem sobie kiedyś wyobrazić, jak wyglądałaby droga mojej edukacji i całego mojego życia, gdyby nie te pierwsze doświadczenia religijne, które zawdzięczam babci. Gdybym np. zamiast częstego chodzenia z babcią do kościoła, siedział w domu albo na podwórku albo gdybym jedynie słyszał od zatroskanych dorosłych coś w stylu „wypierdalaj do kościoła, bo niedziela!”…? Albo gdybym zamiast chodzić z babcią do kościoła jeździł z kimś często w góry albo chodził na ryby…? Te wyobrażenia szybko porzuciłem – uznałem je za science fiction. Bank naszych doświadczeń religijnych ciągle się wzbogaca ale tamte pierwsze – są niepodważalne. Warto je czasem przywoływać.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>