Poczekalnia

Solidne, metalowe drzwi z mosiężnym uchwytem zamiast klamki otwiera się sposobem. Trzeba mianowicie przyciągnąć je do siebie – wtedy zwalnia się blokada i można wejść. Pierwszy przedsionek robi ponure wrażenie, drugi jeszcze gorsze. Po dopełnieniu formalności w okienku, funkcjonariusz zaprasza do poczekalni. „Zaprasza” niedokładnie oddaje formułę tej wypowiedzi, która mieści się między rozkazem a poleceniem ale bliżej tego pierwszego. Poczekalnia w tym miejscu to pomieszczenie z przeszklonymi drzwiami wejściowymi, bez okien, z długimi, gładkimi, pojemnymi drewnianymi siedziskami wzdłuż ścian. Po każdej stronie stoją małe stoliki, po jednym z każdej strony. Są tak małe, że nie wiadomo do czego można by ich tam użyć, ale stoją. Może dzięki nim pomieszczenie sprawia wrażenie bardziej pokojowe niż korytarzowe? Ścianę przeciwległą do drzwi wejściowych w całości wypełnia dwoje drzwi do toalet. Z zewnątrz rzecz ujmując, toalety są mało dyskretne. Silny strumień moczu, wzmacniany akustyką niewielkich pomieszczeń, pozwolił ustalić bez wchodzenia do środka, że WC z trójkątem nie jest wyposażone w pisuar, a ponadto – bieżący użytkownik był wyjątkowo celny.

Przed pełną godziną na siedziskach zbierają się goście. Wtedy też się zbierali. Od lewej poczynając, tuż przy drzwiach do męskiego WC, miejsce zajmuje starsza kobieta z wyraźnie zaczerwienionymi oczami. Siedzi podparta o mały stolik zajmując go w całości. Wydaje się zmęczona i pozbawiona nadziei. Obok niej siedzi para w średnim wieku. On pochylony, łokciami oparty o uda, w rękach trzyma uniwersalną reklamówkę. Kołysze nią miarowo, a kiedy torba zwalnia – oddziałuje niezauważalnie na moment wychylenia, żeby zachować ją w ruchu niemal jednostajnym. Ona oparta o ścianę, z wzrokiem utkwionym przed siebie, tęga, w kusej różowej bluzce eksponującej niewielki biust i fałdy ciała poniżej, po bokach, a pewnie i z tyłu. Dalej zasiadł facet z bujnym wąsem w czapce z daszkiem głęboko nasuniętej nie tylko na oczy ale nawet na twarz. Potem kobieta w okularach, z czułością głaszcząca smartfona, nie zatrzymując się na przelatujących jej przed oczami treściach. Po drugiej stronie siedzą młodzi ludzie: on z hiszpańską bródką, niezbyt zadbaną, ona z kruczo czarnymi rzęsami. Rozmawiają półgłosem ale żywiołowo, z uśmiechem, z optymizmem. Ustalają jakieś kwestie dotyczące przyszłości odnosząc je do wieku Roberta, który liczy sobie w tej chwili lat 6. Za nimi kobieta w ciąży – obstawiam siódmy miesiąc. Jest w obcisłych białych spodniach, różowym sweterku, błyszczących butach i obszernej apaszce osłaniającej dekolt. Ponure wrażenie robi starsza kobieta, która jakby z niepokojem przeszukuje od wielu minut zawartość swojej przepastnej torebki (co kobiety w nich noszą??), trzymając jednocześnie w prawej ręce paczkę chusteczek higienicznych. Szelest foliowego opakowania w połączeniu z nasilającym się co jakiś czas odgłosem przewalającej się zawartości torebki robi wrażenie dramatyczne. Na końcu, tuż przy przeszklonym wejściu siedzę ja, nowy, trochę wystraszony i niepewny tego, co będzie.

Krótko przedtem, zanim nas wpuszczą, widzimy kilka osób wychodzących. W większości są one pochłonięte włączaniem smartfonów, ktoś wyciera nos chusteczką, ktoś inny otwiera zieloną paczkę Orbit. Wszyscy kierują się na prawo i stają w przedsionku drugim, w dwóch rzędach, odbierając dowody tożsamości: jedni przez otwarte okienko, inni przez kratę. Jedna z wychodzących, drobna kobieta w średnim wieku, w wytartych jeansach, sportowych bordowych butach i czarnym golfie energicznie skręciła w lewo, kierując się do WC. Wszyscy w poczekalni patrzeli jednak w przeciwnym kierunku. Reklamówka przestała się bujać, ciężarna wstała, wąsacz zdjął czapkę. Za chwilę mieliśmy wejść na widzenie.

W kabinach można było swobodnie rozmawiać. Ściany boczne były nieprzeźroczyste ale sufitu nie sięgały. Był to zabudowany open speace. W numerowanych kabinach wisiały znane z filmów telefony ale między rozmówcami nie było żadnych barier. U nas było dużych rozmiarów okno ale otwarte. U innych nie było nawet tego okna. Niektórzy rozmawiali więc żywiołowo, co było słychać, inni zamówili obiad w kantynie i mimo że było krótko po 10:00 oddali się wspólnemu jedzeniu. Jedni siedzieli naprzeciw siebie, inni obok. Wąsacz trzymał na kolanach szczupłą kobietę w dresie. Byli blisko siebie. Swoboda w kabinach była jednak ograniczona, bo po wejściu gościa strażnik zamykał drzwi i tylko on mógł je otworzyć. Zanim więc zaproponowałem mojemu rozmówcy kawę z kantyny, musiałem odczekać, aż strażnik do naszej kabiny podejdzie. Podszedł po kilku minutach.

Godzina szybko minęła. Wrażenia pozostały wstrząsające. To jest miejsce, w którym człowiek wprawdzie nie przestaje być człowiekiem ale przestaje być osobą, przestaje o sobie decydować. Decyduje regulamin, decyduje dyrektor, decydują beznamiętni faceci w mundurach. Pobyt w takim miejscu jest zwykle skutkiem błędu. Warto z wszystkich sił wystrzegać się takich błędów, bo czas płynie tam podobnie jak wszędzie – tak samo bezpowrotnie ale znacznie dłużej.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>