Pogrzeb księdza

Jeszcze się taki nie narodził, który przekonująco wyjaśniłby wszystkim raz na zawsze sens śmierci człowieka, zwłaszcza śmierci niespodziewanej. „Pół biedy”, jeśli umiera/ginie człowiek po ludzku określany jako „zły”, bo wówczas przyjmuje się, że taka śmierć jest wytłumaczalna, uzasadniona. Ale także wówczas nie jest to prawda. Najlepsze wytłumaczenie śmierci, jakiego dane mi było wysłuchać, to była refleksja pogrzebowego kaznodziei o zmarłym, o tym, że taki właśnie, a nie inny pośrednik jest nam potrzebny w tej chwili w niebie. Właśnie taki, a nie inny, właśnie teraz a nie później. Dlatego czasem umiera ktoś, jak to mówimy, „za wcześnie”, choć tak naprawdę umiera we właściwym czasie. Bo tylko z ludzkiej perspektywy śmierć przychodzi za wcześnie. Może więc ks. Marian Piotrowski jest nam w tej chwili potrzebny w niebie, żeby wspierać nas lepiej, inaczej, skuteczniej…?

Śmierć występuje w refleksji, literaturze i filmach, jako kara za grzechy, jako doświadczenie dla bliskich zmarłego, jako ślepy, bezsensowny przypadek, jako atak sił zła, jako przejaw własnej lekkomyślności denata, np. braku zachowywania zasad zdrowego stylu życiu, jako skutek szkodzenia sobie na zdrowiu, jako konsekwencja łamania zasad ruchu drogowego. Czasem śmierć, to bohaterska, patriotyczna ofiara na ołtarzu ojczyzny. Interpretacji śmierci jest bez liku. Jak było w przypadku proboszcza, mężczyzny w sile wieku? Nie wiemy tego na pewno. Powszechnie mówiło się o przypadłości proboszcza, widocznej także przy ołtarzu, która polegała na krótkotrwałym zamykaniu oczu. Niektórzy mówili, że proboszcz przysypia i tłumaczyli to sobie objawami różnych chorób. Miałem kilkakrotnie okazję podróżować z proboszczem, jako pasażer. Nigdy wtedy nie łamał zasad ruchu drogowego. Miał za to zwyczaj, że w trakcie drogi, jako kierowca odmawiał na głos różaniec. Pamiętam, że nie było mi to wtedy na rękę, bo wolałem z nim rozmawiać, zamiast klepać zdrowaśki. Ale może on nie lubił tracić czasu na luźne pogaduchy…

Czasem do mnie dzwonił. Najczęściej po to, żeby zapytać, czy mogę przyjechać zagrać na mszy. Przyjechałem tylko raz. Innym razem dzwonił, kiedy jechał do Zabrza i chciał wstąpić, napić się kawy. Kiedyś też wstąpił bez zapowiedzi ale nas nie zastał… Jeszcze innym razem dzwonił, żeby zapytać, co słychać i żeby zaprosić do Toszka. Za rzadko z jego gościnności korzystałem. To był dobry człowiek. Przede wszystkim – dobry gospodarz. Jako proboszcz, znakomicie wszedł w rolę zarządcy wielu kościelnych nieruchomości, które w jego ostatniej parafii bardzo potrzebowały sprawnego gospodarza. Potrafił nie tylko prace wymyślać, planować i koordynować ale też pozyskiwać do ich prowadzenia sojuszników: wśród parafian, w urzędach i wszędzie, gdzie tylko mógł. Tuż po przyjściu do toszeckiej parafii zdecydował o szeroko zakrojonym remoncie plebanii. W stylu sobie właściwym, zaczął od mieszkań wikariuszowskich, bo – jak mówił – oni są w parafii krócej, więc im musi wszystko zrobić prędzej, bo za chwilę odejdą, a on może poczekać, bo zostanie na dłużej… I żył przez wiele miesięcy na walizkach – dosłownie! Był też przykładnym synem. Jestem przekonany, że jego matka, którą osobiście się opiekował, była i jest z niego dumna. Choć to, co przeżywa w tych dniach na pewno jej szczęścia nie pomnaża.

To był człowiek dobry i mądry. Bardzo się cieszę, że go poznałem.

Spoczywaj w pokoju, Księże Proboszczu!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>