Pół wieku po soborze

W zgiełku wydarzeń życia publicznego niemal niezauważenie przeszła 50 rocznica zakończenia ostatniego soboru – Soboru Watykańskiego II (1962 – 1965). Chyba nawet kościelne media nie zadały sobie trudu dotarcia do wiernych z przekazem, który należycie podkreślałby wagę tamtego wydarzenia. Szkoda. Tym bardziej, że mimo iż sobór formalnie skończył się pół wieku temu, wiele podjętych wtedy spraw wciąż pozostaje w Kościele do wdrożenia.

Sobór od samego nie był przedsięwzięciem łatwym. Jego strona organizacyjna stanowiła pole tarć i mniej lub bardziej widocznych konfliktów między duchownymi, którzy mieli odgrywać ważne role podczas soboru. Kiedy Jan XXIII ogłosił wolę zwołania soboru wywołał niemałą konsternację. Papież przejściowy, podeszły wiekiem, cierpiący na chorobę nowotworową wziął się za zwoływanie soboru… Wielu widziało w tym grube nieporozumienie ale nie wszyscy. Paweł VI teoretycznie mógł zdecydować o przerwaniu i zamknięciu soboru, nie był prawnie zobowiązany do kontynuowania tego przedsięwzięcia. Ale podjął to dzieło i doprowadził do końca. Rezultatem prac soboru było kilkanaście przełomowych dokumentów: konstytucji (4), dekretów (9) i deklaracji (3).

Myliłby się ten, kto myślałby, że do Watykanu zjechali wtedy jednomyślni biskupi, aby posłusznie zagłosować za przygotowanymi wcześniej schematami dokumentów. Może taka była i wola niektórych przeciwnych zmianom watykańskich kurialistów ale rezultaty soboru były zdecydowanie nie po myśli „twardogłowych”. Sobór stał się czasem ożywionej, otwartej dyskusji – pierwszym od wieków doświadczeniem kościelnej demokracji. Tuż po zakończeniu obrad, obok zwolenników i entuzjastów nowych dróg dla Kościoła, szybko ujawniła się opozycja. Jako znak radykalnego sprzeciwu wobec postanowień soboru pojawiło się (istnieje do dziś) tzw. Bractwo Św. Piusa X skupiające duchownych nieuznających soborowych postanowień. Od czasów Benedykta XVI są dobre owoce pojednania Bractwa z Kościołem ale o pełnej jedności mowy wciąż nie ma. O wiele częściej stykamy się z opozycją bardziej umiarkowaną. Sam nie wiem, która jest gorsza.

Co w zasadzie zmieniło się w Kościele, że tak różnie odbierany był dorobek soboru? Zmieniło się wszystko, co zewnętrzne i formalne, a co nie należy do istoty Kościoła. Marzeniem Jana XXIII było „aggiornamento” (udzisiejszenie) Kościoła. Dwoma kluczowymi choć nie jedynymi polami soborowych zmian, były liturgia i ekumenizm. Przedsoborowe obrzędy liturgiczne, oparte o XVI-wieczny, łaciński rytuał, zostały zastąpione odnowioną formułą, która daje wiernym możliwość lepszego i pełniejszego rozumienia i angażowania się w sprawowane obrzędy. Zamiast być widzami – mamy możliwość być uczestnikami liturgii. Mszę odprawianą kiedyś przez księdza po łacinie, tyłem do wiernych zastąpiła liturgia sprawowana bardziej wspólnotowo i w językach narodowych. Formalnie zamierzeniem soboru było jedynie dopuszczenie języków narodowych (obok łaciny, która miała pozostać językiem wiodącym), które zostały uznane za pożyteczne dla wiernych i możliwe do zastosowania w niektórych częściach liturgii (czytania, pouczenia, niektóre modlitwy, śpiewy). Praktyka jednak pokazała, że popularność tego kościelnego języka dawno wśród wiernych minęła. Nie stało się nic złego, bo liturgia wcale nie musi być nośnikiem tradycji starożytnej i średniowiecznej kultury. Łacina bez liturgii przetrwa.

Obok zmian w liturgii, jednym z fundamentalnych dla Kościoła tematów soboru był ekumenizm. Obowiązująca do czasów soboru doktryna głosiła, że zjednoczenie wszystkich chrześcijan może się dokonać wyłącznie poprzez powrót heretyków na łono Kościoła rzymskokatolickiego. Sobór wprowadził inną optykę: wszystkie tradycje chrześcijańskie muszą podejmować wysiłki na rzecz jedności, która urzeczywistni się w przyszłości Kościele Chrystusowym. Co ważne – Kościół Chrystusowy nie utożsamia się z żadną ze wspólnot dziś istniejących. Ta zmiana podejścia otwarła możliwość rzeczywistego dialogu i rzeczywistych starań o zjednoczenie chrześcijan, które – choć sami tego niemal nie odczuwamy – w oczach świata jest smutnym zgorszeniem.

Te dwa soborowe wątki: zmiana języka i otwarcie na dialog, mimo że zostały skutecznie wdrożone (języki narodowe w liturgii są normą, dialog ekumeniczny toczy się i to nie bez sukcesów), stanowią największe wyzwanie mentalne dla ludzi Kościoła. Od zwrócenia przez sobór uwagi na te kwestie minęło pół wieku nadal wielu używa nieodpowiedniego, wykluczającego, niezrozumiałego, hermetycznego języka. Nie jest to już wprawdzie łacina ale okazuje się, że jej rolę z powodzeniem przejmuje u nas kościelna nowomowa w języku polskim. Wypowiedzi biskupów, listy episkopatu, kazania to na ogół kompletnie oderwane od realiów konstrukty logiczno – formalne. Nie lepiej jest z postawą dialogu. Skoro sobór zmienił optykę i teraz wiemy, że wspólnie z innymi dążymy do pełni prawdy, to powinno to nieść konkretne konsekwencje dla stylu kościelnego posługiwania. Obok środowisk autentycznie otwartych na dialog jest w Kościele bardzo wiele ognisk zupełnie na dialog zamkniętych, przekonanych o posiadaniu pełni prawdy i nastawionych na agresywną jej obronę. Zarówno taka zamknięta postawa, jak również niewzruszone przekonanie o posiadaniu pełni prawdy nie przystają do nauki soboru. Stwierdził on, że do rozłamów dochodziło „nie bez winy ludzi z jednej i z drugiej strony”. A potwierdzając posiadanie przez Kościół wszelkiej prawdy objawionej, podkreślił jednocześnie, że jego członkowie „nie żyją pełnią gorliwości, jakby to należało, przez co wzrost królestwa Bożego ulega opóźnieniu”.

Doskonalenie języka i dojrzewanie do postawy dialogu – to soborowe zadania dla Kościoła, które nigdy nie przestaną być aktualne.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>