Posiadanie większości nie oznacza posiadania racji!

O tym zdają się zapominać rządzący forsując siłowo szereg rozwiązań, dla których nie starali się uczciwie pozyskać sojuszników, żadnych. Błędne rozumienie przez nich demokracji prowadzi do sytuacji patologicznych: oto samodzielnie zwycięska partia (pierwsza od dawna), zamiast cieszyć się zwycięstwem i rządzić z godnością, funduje nam front konfliktów tak szeroki, że szerszy trudno sobie wyobrazić. Najpoważniejszą sytuacją konfliktową jest oczywiście zatwierdzona niedawno tzw. „reforma edukacji”. Tępy upór z jakim rządzący forsują niepoparte niczym (NICZYM) pomysły wzbudza ogromny niepokój. Zmiany są merytorycznie nijakie, koncepcyjnie miałkie i jednocześnie wprowadzane w atmosferze (sztucznie) dramatycznej, z (udawaną) śmiertelną powagą. Efekt wizerunkowy jest żenujący. Całość tego zamętu, zamiast ogniskować się wokół jakiegoś pozytywnego novum, musi być opisywana przez autorów jako „dobra zmiana”. Skutkiem „dobrej zmiany” będzie „dobra szkoła”. Aż strach pomyśleć, co będzie skutkiem „dobrej szkoły” – może dobry obywatel? I ciekawe w którym momencie bańka „dobra” pęknie i obnaży pustkę, która kryje się za chaosem odzianym w tanie slogany….? Pani Zalewska o swoich nieskładnych zamiarach mówi, że to jest „dobra zmiana”, bo wie, że nikt poważny nie widzi w jej pseudoreformatorskich poczynaniach głębszego sensu. Aby więc ukierunkować narrację o chaosie, który wprowadza, mówi, że to „dobra zmiana” jest. Akurat. To, że ktoś ma w Sejmie większość, nie oznacza, że ma rację.

Co więc przed nami? Tegoroczni pierwszoklasiści gimnazjalni są ostatnim rocznikiem, który rozpoczął gimnazja. Co jeśli komuś z nich się nie powiedzie i nie uzyska promocji do klasy drugiej? Istnieją trzy warianty: (1) ukaże się rozporządzenie, które rozstrzygnie, że obecni pierwszoklasiści gimnazjalni są z automatu promowani do klas programowo wyższych (myślicie, że to niemożliwe?); (2) nauczyciele zostaną zobowiązani do organizowania egzaminów poprawkowych lub klasyfikacyjnych – do skutku, a jeśli uczeń się nie stawi lub egzaminu nie zda, będzie promowany warunkowo aż do zakończenia szkoły (demoralizujące, ale kto wie…?); (3) niepromowani pierwszoklasiści gimnazjalni staną się uczniami klas VII szkół podstawowych zmieniając szkołę, programy nauczania i podręczniki. Tegoroczni szóstoklasiści nie skończą szkół podstawowych tylko pójdą do klas VII ucząc się wg nowych podstaw programowych, które rozkładają tematy nauczania na klasy od IV do VIII, a nie jak dotychczas na klasy od IV do VI. Co to oznacza? Np. fizyka, która w obecnym układzie jest nauczana dopiero w gimnazjum, będzie nauczana od klasy IV szkoły podstawowej. Z tym, że obecni szóstoklasiści będą się jej uczyć tylko w zakresie przewidzianym dla klas VII i VIIII, z pominięciem tego, co przewiduje się po nowemu dla klas IV – VI. Takie są skutki wprowadzania pseudoreformy od środka. Gdyby to wszystko miało się rozgrywać ewolucyjnie – czyli począwszy od klas I szkół podstawowych, niektórych mankamentów być może dałoby się uniknąć. Ale władza chce wprowadzać zmiany szybko – w tym trybie strat nie da się uniknąć. Wielka szkoda.

Trudno w tym momencie rozdzierać szaty – to już się dzieje. Za moment ciężar sporów i konfliktów przeniesie się na poziom samorządów, które będą roztropnie minimalizować negatywne skutki pochopnych decyzji. Zalewska będzie z troską pochylać się nad rozwojem wydarzeń, będzie uruchamiała swoich kuratorów, aby zwłaszcza oni na miejscu pilnowali „dobrej zmiany”. A samorządy będą robiły, co będą mogły, aby realizując założenia tzw. „reformy edukacji”, nie skomplikować życia nauczycielom, dla którym w jakiejś części nie będzie pracy, dyrektorom, którzy będą musieli nad wszystkim zapanować i brać na klatę pierwsze odruchy niezadowolenia. Samorządy dają radę – co mają nie dać? Tylko dzieci szkoda, bo w tej chwili już nikt nie ukrywa (po ogłoszeniu tzw. „podstaw programowych” ukrywać tego już się nie da), że wprowadzane zmiany mają mieć cokolwiek wspólnego z doskonaleniem efektywności nauczania. Tak naprawdę – naprawdę nie wiadomo po co to wszystko się dzieje. Powrót do formuły 8-letniej szkoły podstawowej jest oczywiście możliwy, ale na obecnym etapie u nas – bezsensowny. Nie doskonali się efektywności nauczania przez zmiany struktur szkolnych, bo w szkole to, co najważniejsze, zależy od jakości pracy nauczycieli i dyrektorów. Ich – niestety – nikt nie pytał o zdanie. Były jakieś spotkania, na których wyświetlano przygotowaną w MEN prezentację, ale niewiele z niej wynikało. Nie było mowy o zmianach strukturalnych, a kiedy ktoś pytał o zmiany fundamentalne – słyszał, że nie tego dotyczą te spotkania. Nie było debaty, nie było dyskusji, nie było konsultacji – była prezentacja power point poświęcona wybranych zagadnieniom na temat edukacji poruszanych w programie zwycięskiej partii. Na podstawie slajdów wyświetlonych w tejże prezentacji dojdzie teraz do gruntownych zmian w strukturze szkół. Tak szeroko zakrojonych i brzemiennych w skutki zmian, nie wprowadza się dla samych zmian, bez dogłębnej diagnozy, po trupach, w atmosferze populistycznych sloganów i zaklęć. To, co się dzieje, jest skrajnie niepoważne. Mają większość, ale nie mają racji!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>