Przywilej syna

Pusta ławka w wypełnionym kościele, tuż przed rozpoczęciem ceremonii pogrzebowej, to nie jest sytuacja prosta. Problem polega na tym, że skoro wszystkie inne ławki są zajęte, a najbardziej przyjazne miejsca stojące – obstawione, to znaczy, że pusta ławka jest – jak nic – zajęta. W takiej pustej ławce nie można usiąść bez zapytania o zgodę, a to nie jest proste, bo kogo tu bez-obciachowo zapytać? Najbliższych nieboszczyka siedzących w pierwszej ławce? Mocno niekomfortowa sytuacja. Na szczęście dla mnie – hipotetyczna, bo nawet jak syn przychodzi na pogrzeb ojca tuż przed rozpoczęciem ceremonii – może zająć wolne miejsce bez zadawania komukolwiek pytań. Taki przywilej syna.

Temat śmierci jest zasadniczo tematem teoretycznym, z małym wyjątkami. Zasadniczo jest tak, jak to przeczuwał dawno temu Epikur: kiedy my jesteśmy – śmierci nie ma (dotyka innych), kiedy umieramy – nas nie ma, w jednym i drugim wypadku (a innych możliwości nie ma) śmierć praktycznie nas nie dotyczy. Osobiście – nie dotyczy ale faktycznie trudno się w życiu nie otrzeć o śmierć, nawet jeśli ktoś świadomie stara się takich otarć unikać. Zawsze gdzieś, ktoś, z jakiegoś powodu umiera. Jedni bardziej spektakularnie – jak jeden z pilotów kosmicznej taksówki Richarda Bransona, inni przeciwnie – jak np. schorowany facet w małym miasteczku na Śląsku. O pogrzebie niektórych ludzi dowiaduje się cały świat i jest w dodatku smutny, o innych nie wie nikt lub prawie nikt. Pogrzeb na oczach świata wygląda na swoiste wyróżnienie, bo zwykle wynika z piastowanej w życiu prestiżowej funkcji, z wyróżniających osobistych dokonań albo po prostu ze stanu konta. Ludzie mniej znani też mają prawo do pogrzebowej ceremonii ale ma ona nieporównywanie skromniejszą siłę oddziaływania. Praktycznie nie ma szans, żeby świat dowiedział się o takiej zwykłej śmierci, a już na pewno świat po nich nie zapłacze. Nic nie szkodzi. Codziennie umiera tak wielu ludzi, że przy odrobinie wysiłku i uczciwości wcale nie trzeba być odbiorcą transmisji z ważnego pogrzebu, żeby zainspirować się do refleksji nad sensem istnienia, śmiercią i życiem po życiu.

Jestem zwolennikiem wyraźnego rozróżniania pojęć „śmierć” i „umieranie”. Śmierć to jest niemożliwy do opisania (od wewnątrz) punkt na osi czasu. Jest tajemnicą taką samą jak początek życia – dokonuje się i już. Zewnętrzny opis przyczyn, przebiegu, skutków niczego nie wnosi do samego faktu – on po prostu się dokonuje. Co do momentu śmierci nie ma różnic między ludźmi. Co innego umieranie – na tym polu różnice bywają gigantyczne, nie tylko – jakkolwiek to zabrzmi – w komforcie umierania. Przede wszystkim chodzi o świadomość umierania. Kiedy umiera sześćdziesięciotrzylatek po dwóch zawałach, wylewie i z zaawansowanym nowotworem to trudno, żeby tej świadomości był pozbawiony. Lekarze i rodzina, jakkolwiek poukładana, mając świadomość sytuacji, są zobowiązani wspomagać uświadamianie umierającego, aby przed śmiercią zdążył poukładać wszystko, co ewentualnie zostało jeszcze do poukładania. Nie można go oszukiwać. Choć umieranie jest swego rodzaju teatrem, spektaklem w którym grupa naturszczyków powinna odgrywać z zaangażowaniem przypisane sobie role balansując między prawdą egzystencji a wymogami scenariusza. Z jednej strony trzeba ubezwłasnowolnionego umierającego myć – najlepiej w dwóch miskach (w jednej od pasa w górę, w drugiej – od pasa w dół), przebierać, rozmawiać, angażować w co się da ale poza rozbudowanym sitz im leben jest jeszcze kierunek rozwoju akcji: ten dramat skończy się bowiem w sposób jasno określony. Udawanie, że może być byłoby nieuczciwe. Uczciwość wobec umierającego musi polegać na planowaniu i stawianiu razem z nim małych kroków takich, jak czas, który został do południa, noc, którą trzeba szczęśliwie przeżyć, ból, który trzeba przetrwać, przyszły tydzień, który wydaje się przyszłym wiekiem… Pielęgnowanie małych nadziei umierającego jest myślą przewodnią scenariusza. Wyzwanie polega na tym, że świat nie zatrzymuje się w związku z niczyim umieraniem – wręcz przeciwnie, wydaje się, że pędzi jak oszalały, ignorując umieranie kogokolwiek. Aktorzy muszą więc często występować w podwójnych rolach.

Dziś w naszym kręgu kulturowym umieranie jest zaledwie przedmiotem badań z zakresu kulturoznawstwa, zwanym tanatologią. Można się uczyć o tym, jak dawniej ludzie umierali i co w związku z tym robili ich bliscy, można uczestniczyć w ćwiczeniach z tanatologii, można zdać z tego egzamin. Jako student kulturoznawstwa (podyplomowo) – zaliczyłem umieranie pisemnie. Jako syn – ustnie, na ćwiczenia przyjedzie – mam nadzieję – czas…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>