Rodzice 6-latków nie są gotowi

Prawo posłania 6-latka do szkoły nie jest jeszcze obowiązkiem bezwzględnym, więc pewnie z tego powodu upowszechniła się maniera obchodzenia przepisów w sprawie 6-latków w szkołach. Pomysł na to obejście jest prosty, zgodny z prawem i skuteczny, a polega na uzyskaniu opinii publicznej Poradni Psychologiczno – Pedagogicznej, w której specjaliści na wniosek rodziców orzekliby, że dziecko nie jest gotowe do rozpoczęcia edukacji szkolnej. Okazuje się, że wysyp tego typu opinii jest ogromny. Z uwagi na gigantyczne zainteresowanie, poradnie w niektórych miastach nie mają wolnych terminów na badanie w ciągu wielu następnych miesięcy. W imię zachowania dzieciństwa rodzice wielu dzieciaków fundują im więc kolejny rok w przedszkolach, gdzie niedoszli uczniowie będą realizować te same zajęcia, co dotychczas, dzięki czemu będzie im „lepiej”. Przede wszystkim jednak to rodzice odetchną, bo „uratują” w ten sposób swoje maluchy przed różnego rodzaju złem, które mogłyby spaść na nich w szkole.

Twórcy tej reformy ewidentnie nie docenili aspektu przygotowania rodziców do posłania do szkół 6-latków. Dzieci są w większym lub mniejszym stopniu gotowe, podobnie gotowe będą za rok, natomiast czy z rodzicami będzie lepiej – nie wiadomo, wolno wątpić. Ze 3 lata temu spotkałem ojca dobrego kolegi mojego syna, który zaproponował, abyśmy nie rozdzielali chłopców i posłali ich razem do szkoły w kolejnym roku – tak normalnie, jako 7-latków. Odmówiłem, bo byłem przekonany, że pozostanie syna przez kolejny rok w przedszkolu byłoby dla niego stratą czasu. Obydwaj synowie poszli do szkoły jako 6-latkowie. Nie pamiętam, żebym żałował tej decyzji, albo żeby oni żałowali. Nie oznacza to, że nie było żadnych trudności – owszem, były. Pamiętam jednak o wiele większe trudności adaptacyjne, jakie dzielnie znosiliśmy po zapisaniu synów do przedszkola. Wtedy to były emocje: płacz, lament, żal, pretensje, szantaże… Doświadczone przedszkolne wychowawczynie poradziły sobie z adaptacją (dzieci i rodziców) w ciągu kilku tygodni. W szkole wszystko poszło już o wiele sprawniej.

Słuchając uważnie szkolnych wychowawców, którzy na zebraniach dzielą się nowymi doświadczeniami nauczania tych nieco młodszych niż to zwykle bywało uczniów, nabieram przekonania, że nauczycielom jest jednak nieco trudniej. Wydaje się, że im też jest potrzebna jakaś forma adaptacji. Przez lata nauczali w klasach pierwszych samych 7-latków, teraz klasy są mieszane – różnica na pewno jest, trudno zaprzeczyć. Spotkanie z brzdącami o rok młodszymi, wymaga od nich dostosowania form i metod pracy, bardziej uważnej kompozycji bloków tematycznych, wymaga jeszcze większego przygotowania, lepszej współpracy z rodzicami. Reforma została dobrze przygotowana pod względem programowym – nie wszyscy zauważyli, bo to nie było zbyt spektakularne, ale nauczyciele w klasach I – III zyskali większą swobodę w realizacji treści podstawy programowej. Zestaw obowiązkowych zagadnień oczywiście obowiązuje ale nauczyciele mogą, a nawet powinni realizować go odmiennie w odniesieniu do konkretnych uczniów i ich indywidualnych predyspozycji. Dziś już nie ma mowy o jednorodnej „tresurze” z dawnych lat. Dziś akcent kładzie się na indywidualną pracę z uczniami. Aby to się w miarę powiodło, zespoły klasowe nie powinny jednak być zbyt liczne.

Mitem jest przekonanie, że aby 6-latek w szkole mógł osiągnąć sukces, konieczne jest specjalistyczne wyposażenie szkół. Jasne, że w salach, w których uczą się pierwszaki, muszą być dywaniki, przy tablicy podesty, a muszle i umywalki kibelkach należy umieścić ciut niżej. Ale, jak słusznie napisał wczoraj Konrad Kruczkowski, skuteczna dydaktyka w tym wieku opiera się na relacji nauczyciela z uczniami. Jeśli pani wzbudza zaufanie, daje poczucie bezpieczeństwa, sprawiedliwości, jest przewidywalna i konsekwentna – sukces jest bardziej gwarantowany. Przy czym sukces – nie jedno ma imię. Fatalnie, jeśli to nauczyciele przechodzą do opozycji wobec 6-latków w szkole. Takiego oporu żadne przepisy, wyposażenie ani przekonania nie pokonają.

Najgorzej jednak, jeśli to rodzice chcą ratować swoje dzieci przez przedwczesną ich zdaniem szkołą. Zestawienia pokazują, że 6 lat, to przeciętny wiek rozpoczynania edukacji szkolnej w Europie – już samo to wskazuje, że 6-latek w szkole to nie spontaniczny eksperyment a norma w naszej szerokości geograficznej. Mało kto wie, bo o tym się nie mówi, ale gdyby ktoś naprawdę chciał uchronić dzieci przed szkołą – może (po uzgodnieniu z dyrektorem szkoły) uczyć je sam, a do szkoły zgłaszać się co pół roku na jakieś sprawdzenie postępów – to jest naprawdę możliwe. Istnieje stowarzyszenie edukacji domowej – można się inspirować doświadczeniami osób, które tę próbę podjęły. Przede wszystkim potrzebne są jednak solidne szkolne programy adaptacyjne dla rodziców uczniów 6-letnich. Trzeba rodzicom szerzej zaprezentować nie tylko mniej istotne warunki, w jakich uczyć się mają ich pociechy ale przede wszystkim to, czego będą się uczyć w pierwszych 3 latach w szkole, jak będą oceniane ich postępy, jak będą komunikowane wyniki i jakich metod i form pracy używa się na tym etapie. Trzeba jeszcze bardziej pomysłowo pozyskiwać rodziców.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>