Sabina Olbrich – Szafraniec

Kilka dni temu miałem przyjemność uczestniczyć w przyjęciu urodzinowym Sabiny Olbrich – Szafraniec. Było ono jednocześnie okazją do oficjalnego ogłoszenia przez solenizantkę faktu uzyskania stopnia naukowego doktora habilitowanego. Zdjęcia ze spotkania, które opublikowałem, zyskały ogromną popularność! Wszystko wskazuje na to, że znajomi Sabiny nie wiedzieli o habilitacji. Hm, dyplom habilitacyjny jest opatrzony datą majową, ale widocznie pani dr hab. nie podała tego newsa dalej – widocznie jakoś się nie złożyło… Lawina gratulacji i polubień to była więc także oznaka miłego zaskoczenia. A propos polubień – Sabiny nie sposób nie lubić. Mimo kariery artystycznej i akademickiej, mimo sukcesów scenicznych i pedagogicznych ona nigdy nie przestała być sympatyczną dziewczyną z Toszka. I to jest w niej piękne!

Znajomość z Sabiną należy do tej grupy znajomości, które zawiązały się przy naszej rodzinnej parafii. Sabinę poznałem w latach 80., najpierw jako mariankę obdarzoną talentem wokalnym. To była marianka, która podczas mszy mogła (nie bała się) podejść do ambonki i zaśpiewać psalm responsoryjny. Najważniejszą przykościelną rolę odegrała Sabina, przygotowując oprawę muzyczną ówczesnych mszy młodzieżowych. To były lata 80., kiedy panowały obyczaje (liturgiczne) różne od dzisiejszych. Nie było tak bogatej oferty spędzania czasu wolnego, jak dziś, nie było internetu, nie było smartfonów (naprawdę). Msza młodzieżowa odprawiana była raz w miesiącu, chyba w piątek po wieczornej mszy parafialnej. To była liturgia trochę inna (ta jej inność jest sama w sobie ciekawym tematem, ale skupiam się głównie na oprawie muzycznej). Na mszy młodzieżowej nie było etatowego organisty – był zespół składający się z kilku osób grających na gitarach i śpiewających. Temu zespołowi przewodziła Sabina. Repertuar różnił się od tradycyjnych pieśni z naszej śląskiej „Drogi do Nieba”. Pamiętam, że ta muzyka w połączeniu z oszczędnym oświetleniem kościoła, tworzyła jakiś szczególny nastrój. Oczywiście atmosfera liturgii nie jest jej elementem najbardziej zbawiennym, ale w latach 80., dla młodych ludzi, atmosfera w kościele była czynnikiem bardzo ważnym. Na tych mszach chciało się bywać – one pokazywały, że liturgia może być nie tylko powinnością, ale może też być przyciągająca. Muzyka na tych mszach odgrywała rolę bardzo ważną. Inna była tam estetyka śpiewu liturgicznego. Prowadzone przez Sabinę śpiewy były jakby wykonywane staranniej, jakby bardziej precyzyjnie pod względem tonalnym i rytmicznym. Pamiętam, że później, ucząc się rozpoznawać interwały (odległości między dźwiękami), przywoływałem sobie w pamięci pierwsze dźwięki niektórych pieśni wykonywanych właśnie przez Sabinę na mszach młodzieżowych (do dziś pamiętam, że przykładem kwinty są pierwsze dźwięki piosenki „Mój Pan mocą moją jest”). Śpiewy były solidnie przygotowywane: przed mszą były ćwiczone (pod kierunkiem Sabiny) i z tego, co pamiętam, nie trzeba było nikogo przymuszać do włączania się. To była muzyka nowsza – wtedy mówiło się: młodzieżowa. Sama w sobie ta muzyka rodziła też jakieś kontrowersje – jednym z poważniejszych sporów były kontrowersje wokół używania gitary w liturgii. Czasem wydawało się, że przez nowoczesną muzykę, te msze są odprawiane w jakiegoś rodzaju konspiracji, choć nie było wiadomo przed kim (proboszcz o wszystkim wiedział). W repertuarze muzyczno – liturgicznym były piosenki, ale także części stałe mszy św. (Panie, zmiłuj się nad nami; Święty, Święty, Święty; Baranku Boży), kanony z Taize. Pojawiały się elementy dwugłosowości. Kiedy przywołuję te wspomnienia, to jestem wdzięczny, że oprawa muzyczna mszy młodzieżowych była tak piękna! Piękna była dzięki temu liturgia i samo przeżycie religijne kojarzyło się z pięknem.

Sabina była też współautorką wielu innych budujących doświadczeń muzyczno – liturgicznych w Toszku. Nie wiem czy i na kim zrobi to dziś wrażenie – na mnie wtedy zrobiło ogromne: na którychś nieszporach (może było to nabożeństwo majowe), Sabina wraz z organistą Krystianem Śliwiokiem (czasem grał zamiast śp. pana Jerzego Orłowskiego) wykonali po raz pierwszy „Litanię do Matki Boga i ludzi”. Tego się nigdy nie śpiewało! (a wiecie, jak jest w kościele z tym, czego nigdy wcześniej nie było…? „Wydziwiają”, „Tego się u nas nie śpiewa” itp.) To był przełom repertuarowy. Piękna muzyka i znakomite wykonanie nie pozwoliły na krok w tył! Od wtedy ta litania weszła do naszego maryjnego repertuaru na stałe. Księża wikariusze uważali ten śpiew za nauczony i wprowadzony. Czy jest śpiewana dzisiaj – nie wiem, ale mam nadzieję, że tak. W wielu miejscach i momentach (kościół, grota, pielgrzymka…), gdzie w tamtych czasach pojawiała się Sabina z mikrofonem, robiło się po prostu piękniej.

Przez jakiś czas nie śledziłem kariery Sabiny. Pamiętałem ją, jako osobę z kręgu przykościelnego w Toszku. Tymczasem kiedyś, już jako student, zostałem przez moich nauczycieli ze szkoły podstawowej znienacka zaproszony do udziału w wyjeździe do Teatru Rozrywki w Chorzowie na „Evitę”. Sabina grała w nim główną rolę. To była dla mnie mocna aktualizacja danych: Sabina, która prowadziła śpiewy na mszach młodzieżowych w Toszku, jest gwiazdą jednego z czołowych teatrów muzycznych w kraju! Na tamtym spektaklu nasza artystka zrobiła wrażenie, jako sceniczna gwiazda: przekonująco zagrana rola, jej wdzięk i swoboda poruszania się, jej wyczuwalne przewodzenie zespołowi aktorskiemu – to wszystko wywarło olbrzymie wrażenie! Piękny spektakl!

Inna ciekawostka. Chyba kilka razy zdarzyło mi się akompaniować Sabinie podczas jej śpiewu na mszach św. Pamiętam tego typu doświadczenie z Zabrza Mikulczyc, gdzie kiedyś wykonała parę utworów na mszy w intencji naszego emerytowanego proboszcza, ks. Gerarda Wenzla. Jeden z utworów był dla mnie zbyt skomplikowany, więc z góry przeprosiłem, że akompaniament będę trochę upraszczał. Dla muzyka tego typu wyznanie (że nie będzie grał wszystkich nut zapisanych przez kompozytora tylko niektóre, bo wszystkich zagrać nie umie), to kompromitacja w pełnym wymiarze. Natomiast Sabina ani słowem nie dała odczuć, że jej to przeszkadza. Mówiła, że to jest tylko taki zapis, że tego wszystkiego nie trzeba grać, a już na pewno nie w czasie mszy – podeszła do zaistniałej sytuacji w ten sposób, jakby to kompozytor napisał za dużo nut i w zasadzie granie ich wszystkich jest bez sensu. Wspominam o tym, żeby podkreślić i ten rys jej osobowości: jest profesjonalnym muzykiem najwyższych lotów, natomiast kiedy współpracuje z amatorami w żaden sposób nie daje im odczuć ziejącej między nimi przepaści. I to też jest piękne!

Po wielu latach wiem, że Sabina nadal aktywnie służy swoimi talentami i swoją kreatywnością w swoim rodzinnym miasteczku. Jest od początku obecna przy jarmarku adwentowym (jako artystka i jako współorganizatorka), jest obecna przy Orszaku św. Marcina – jako jego współtwórczyni, pisze teksty do Rocznika Toszeckiego przywołując do istnienia pamięć o zapomnianym toszeckim kompozytorze (Hans Klaus Langer, 1903 – 1987), a także inspiracje toszeckie w twórczości von Eichendorffa (o tym będzie w kolejnym numerze). Jest nadal obecna i zaangażowana przy parafii – to głównie z jej inicjatywy odbywają się przedstawienia jasełkowe, w których występują dorośli, to ona przygotowała w tym roku wspólny śpiew wielkopiątkowej Pasji. Co jeszcze dzieje się z jej udziałem…?

Tam, gdzie pojawia się Sabina, pojawia się muzyczne piękno. Piękno, które skupia uwagę, rozbudza dobre emocje, kształtuje poczucie estetyki, pomaga w przeżywaniu treści religijnych, kieruje myśli ku sprawom wzniosłym, ale też po prostu daje radość słuchania i przyjemność patrzenia (bo Sabina piękną kobietą jest!). Jako profesjonalna artystka przykłada należytą wagę nie tylko do wykonywanej muzyki ale także do swojego wizerunku. Suknie, w jakich wystąpiła niedawno np. na koncercie w Pławniowicach, były zaiste godne pałacowego dziedzińca!

Sabina Olbrich – Szafraniec jest adiunktem w Zakładzie Dydaktyki Muzycznej i Kształcenia Wokalnego w Instytucie Muzyki na Wydziale Artystycznym Uniwersytetu Śląskiego i pedagogiem w gliwickiej szkole muzycznej. W Encyklopedii Teatru Polskiego wyczytałem, że jest jedną z najlepszych w kraju odtwórczyń partii operetkowych i musicalowych. Jej zwięzły biogram publikowany jest na jednej ze stron prowadzonych przez Urząd Miejski w Toszku. W internecie dostępny jest również wywiad z Sabiną, poświęcony m.in. wątkom niemieckim w sztuce muzycznej. Jedną z nowszych publikacji jest habilitacyjny autoreferat, w którym Sabina sama precyzyjnie zbiera w całość swój dorobek artystyczny i naukowy. Warto poczytać!

Cieszę się, że artystka tej klasy mieszka w Toszku! Mogłaby z powodzeniem żyć i pracować w paru innych miejscach w Europie. Podejrzewam jednak, że wartości, które uznaje za ważne (m.in. dobro rodziny, przywiązanie do swojej małej ojczyzny) sprawiają, że nigdzie nie czułaby się tak dobrze, jak u siebie. Zyskuje na tym jej rodzina, ale zyskują także nasze lokalne społeczności: stowarzyszenie DFK, parafia, zyskuje nasza gmina, nasze życie kulturalne i religijne. Jest piękniej!

Pani doktor habilitowana – gratuluję kolejnego stopnia naukowego i dziękuję za wszystko co robisz!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>