Sesje

Życie ludzi niepełnosprawnych rzadko jest przedmiotem głębszej refleksji filmowców, przy czym podkreślam słowo „głębszej”, bo ogólnie temat się oczywiście przewija. Pod pojęciem „głębszej” refleksji rozumiem takie spojrzenie na sprawy, które przynajmniej uwzględnia perspektywę osób niepełnosprawnych. Chodzi o to, aby historię niepełnosprawnego opowiedzieć z punktu widzenia niepełnosprawnego – a tego się często nie spotyka. Wczoraj akurat mi się zdarzyło i było to bardzo odkrywcze.

Obejrzałem film „Sesje” (The Sessions) w reżyserii Bena Lewina, w rolach głównych: John Hawkes i Helen Hunt. Niemal zupełnie sparaliżowany, blisko czterdziestoletni bohater, bystry, wrażliwy, religijny, potrafił tylko poruszać głową i mówić – pozostałe możliwości nie były mu dane. Film opowiada historię odkrywania przez tego człowieka swojej seksualności. Opowiada bardzo realistycznie, mądrze, pogodnie. Marc (główny bohater) usłyszał o Cheryl – terapeutce zaburzeń seksualnych. Zanim zdecydował się poprosić ją o spotkanie wystarał się, jako katolik, o swoistą zgodę od zaprzyjaźnionego księdza. Bohaterowie spotkali się, umówili się na 6 sesji – nie więcej (zasady!), i zaczęło się… Poznając lepiej nieznane wcześniej możliwości swojego ciała, poznając ciało Cheryl Marc w sposób niebanalny zbliża się emocjonalnie do Cheryl. Ponieważ jest utalentowanym poetą – pisze i wysyła do Cheryl wiersz, którym chce ją pieścić – pieścić słowami, bo rękami – jak napisał – nie może (a propos – pisał ołówkiem trzymanym w ustach). Marc nie jest nastawiony egocentrycznie – aktywnie zadaje pytania, drąży i szuka odpowiedzi. Cheryl nie pozostaje obojętna, wyjątkowo umawia się z nim na kawę, a wkrótce uświadamia sobie, że Marc, jej głęboko niepełnosprawny fizycznie klient, jest jej bliższy niż mąż – muzykant i filozof. Wobec rodzącej się fascynacji starają się postąpić uczciwie i mimo zaplanowanych sześciu sesji, przerywają terapię po czwartej. Marc poznał później szpitalną wolontariuszkę, którą określił mianem największej miłości swojego życia. Po kilku latach jednak zmarł ale odszedł jako człowiek spełniony, był szczęśliwy.

Podobało mi się w tym filmie połączenie kilku poziomów, na których rozgrywało się życie bohatera. Był wrażliwy religijnie, był uczciwy moralnie i intelektualnie, był otwartym na świat optymistą, potrafił pogodzić się ze śmiercią – kiedy pewnej nocy, nagle zabrakło zasilania w aparaturze podtrzymującej jego życie, nie złorzeczył, nie oskarżał nikogo, tylko westchnął „a więc tak to się wszystko kończy?”

Być może filmowy Marc O’Brien był postacią wyidealizowaną i z jego rzeczywistym pierwowzorem nie łączyło go wiele – nie wiem tego na pewno. Była to jednak na pewno historia osoby niepełnosprawnej opowiedziana wiarygodnie z perspektywy osoby niepełnosprawnej. Nie była to historia heroicznych zmagań bliskich o komfort życia chorego brata, syna, sąsiada, tylko właśnie historia wycinka życia niepełnosprawnej osoby. Myślę, że dokładnie taka sama historia nie mogłaby przydarzyć się u nas i w ogóle nie często może się ona przydarzyć gdziekolwiek, bo nie sądzę, żeby wielu niepełnosprawnych ludzi potrafiło swobodnie wybrać się do kawiarni będąc na łóżku (nie na wózku – tylko na łóżku, w pozycji leżącej), zamówić kawę i pić ją przez słomkę. Czy życie seksualne osób niepełnosprawnych można u nas wspierać w formule terapii podobnej do tej z filmu? Nie wiem, nic mi o tym nie wiadomo. Film warto przy okazji zobaczyć, polecam!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>