Skąd czerpać wiedzę o wydarzeniach…?

Taka refleksja tylko pozornie wydaje się błaha. Niemała część z nas odnosi przecież wrażenie, że media nie są w swoich przekazach wystarczająco precyzyjne. Śmierć dziennikarskiego obiektywizmu, przynajmniej nad Wisłą i przynajmniej w mediach „głównego nurtu”, ogłoszono już dawno. Wygląda na to, że nie sposób dziś w ogóle dotrzeć do prawdy. Czy w takiej sytuacji pozostaje czujność wobec wszechogarniającego spisku mediów? Zawsze i każdemu można przypisać jakieś niedopowiedzenie, nadinterpretację, brak precyzji, błąd. Niektórzy specjalizują się w ujawnianiu takich mankamentów u innych. Dopuszczamy się tego typu uchybień każdego dnia, bo nie sposób każdemu zawsze i wszędzie komunikować całej prawdy i tylko prawdy. Jasne, czym innym są nasze międzyludzkie sytuacje komunikacyjne, a czym innym są profesjonalne przekazy medialne. To fakt! Nie można jednak w sposób naturalny mankamentów dziennikarskiego rzemiosła zawsze interpretować, jako „reżimowej propagandy”! To także fakt!

Przekazy medialne należy przede wszystkim podzielić na informacyjne i publicystyczne. W obszarze informacji precyzja komunikatów powinna być maksymalna, choć nawet tutaj o pełnej jednorodności nie może być mowy. Kiedyś papież urządził pracownikom Kurii Rzymskiej swego rodzaju rachunek sumienia. Bolało. Wiele mediów zrobiło o tym relacje, więc fakt tego spotkania został precyzyjnie przekazany (data, miejsce, uczestnicy, treść papieskiego przemówienia). Różnice między mediami dotyczyły szczegółów: u jednych papieskie przemówienie streszczono i omówiono, akcentując wybrane jego elementy, u innych ograniczono się do podkreślenia najbardziej sensacyjnych fragmentów przemówienia, u jeszcze innych – zamieszczono tłumaczenie pełnego tekstu papieskiego przemówienia. Pytania: kto kłamał? kto manipulował? kto podał prawdę? są w tym przypadku nie na miejscu. Nie każdy mógł być na tym spotkaniu, mało kogo stać czasowo na to, aby czytać obszerne papieskie teksty, zwracamy się raczej ku przekazom medialnym, które prezentują wydarzenia w formach przez siebie opracowanych. Oczywista konkluzja: warto korzystać z różnych źródeł i w żadnym razie: 1) nie ograniczać się do tej narracji, która najbardziej mi się podoba, 2) nie przypisywać a priori innym narracjom, które mniej mi się podobają, kłamstwa lub manipulacji.

Co innego publicystyka. Tutaj wolno więcej. Tylko się cieszyć, że istnieje takie bogactwo formatów: od Tomasza Lisa na Żywo po Jana Pospieszalskiego, choć te przykłady jeszcze tylko przez jakiś czas mają być aktualne. To nie jest dziennikarstwo informacyjne, tylko publicystyka: spotykają się ludzie i omawiają wydarzenia. Lider programu rozmowę moderuje ale jeszcze się nie zdarzyło, żeby wyłączył komuś mikrofon. U Lisa programowo nie bywają przedstawiciele jednej z partii, bo nie odpowiada im nie tyle ta formuła rozmowy, co konkluzje, do których dochodzą rozmówcy, a z którymi tamci fundamentalnie się nie zgadzają. Więc nie uczestniczą. A teraz, kiedy są u władzy, w ogóle ten program zdejmą, bo mogą. Dobra publicystyka jest odpowiedzią na pluralizm poglądów społecznych. Media ją zapewniają, oby jak najdłużej.

Przede wszystkim trzeba otwarcie przyznać, że wiedza wyniesiona ze szkół, choć kiedyś wydawała się ciekawa, ważna i niewzruszona – z czasem traci na aktualności i na znaczeniu. W pewnym momencie każdy homo sapiens dochodzi do wniosku, że wiedzę o świecie trzeba uzupełniać (nie czuje takiej potrzeby homo non-sapiens, bo w sposób całościowy, oczywisty i nieomylny postrzega rzeczywistość taką, jaka jest i to najczęściej na podstawie jednego tylko tabloidu!).  Skąd więc czerpać uzupełnienia? Z różnych źródeł: z telewizji, z Internetu, z gazet albo od znajomych. Generalnie im więcej źródeł tym lepiej. Ile dokładnie? Tyle, aby w rozpoznawanej materii zawsze zostało coś, co nie daje spokoju, co zmusza do dalszej refleksji, do poszukiwań. W momencie, w którym poczujesz swego rodzaju iluminację, w którym poznasz rzeczywistość w sposób ostateczny i pełny – jesteś skończony (jako sapiens).

Jest dużą pokusą (sam jej doświadczam) lgnięcie do jednorodnej, przekonującej, bliskiej narracji. W szkole przejawia się poprzez tzw. ulubionych nauczycieli. Facet z historii potrafił nas zaciekawić, podobało nam się to, jak prowadził lekcje, jak mówił, a babka z biologii – wręcz przeciwnie. Chętnie chodziliśmy na historię, nie spóźnialiśmy się, uczyliśmy się do sprawdzianów, a z biologii – przeciwnie. Długofalowy rezultat był taki, że historia wydawała mi się ważna, a biologia nie. Teraz postawa taka byłaby bardzo groźna. Mogłaby oznaczać, że np. czytam to, co mi się podoba i uznaję to za ważne, a pozostałe źródła (do których sięgam rzadziej albo nie sięgam wcale) uważam za bezwartościowe. Niebezpieczeństwo tej sytuacji polegałoby na utracie poczucia dążenia do obiektywizmu, a nawet potrzeby dążenia do obiektywizmu. Nawet, jeśli obiektywizm jest jako horyzont. Tischner mówił, że prawdę można stopniować, więc warto, przynajmniej okazjonalnie, poszerzać zakres źródeł wiedzy.

Jest jeszcze inny aspekt czerpania wiedzy. Oprócz kryterium prawdy jest jeszcze kryterium rzetelności. Ktoś czyta, a ktoś tylko przegląda, a jeszcze ktoś inny tylko powtarza, co usłyszał od kogoś, kto tylko przegląda. Ktoś opowiedział rzetelnie, zrozumiał i przekazał wiernie, a ktoś inny wszystko pomylił, pół biedy, jeśli niechcący. Ktoś nawiązał dialog, dyskusję, wszedł w spór z kimś, kto chciałby wspólnie dojść bliżej prawdy, a ktoś inny wręcz przeciwnie. Panuje nieopisany chaos. Skąd zatem czerpać wiedzę o wydarzeniach…? Moja subiektywna rada: pluralizm źródeł, rozsądek i… autorytety.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>