Sodoma. Hipokryzja i władza w Watykanie

Przerost formy nad treścią. Tak można określić najnowsze przedsięwzięcie wydawnicze Frédérica Martela. Forma jest naprawdę imponująca: niemal wszystkie odwiedzone przez autora kontynenty, mnóstwo przeprowadzonych rozmów, szeroki przekrój rozmówców, w tym osobistości w Kościele znaczące, monumentalna objętość książki (ponad 700 stron), premiera w kilku wersjach językowych… Chyba jednak przy żadnej dotąd książce nie miałem tylu momentów, w których chciałbym ją odłożyć, a momentami nawet odrzucić – w sensie ścisłym. Zamiast tego – postawiłem na dłuższe przerwy. Odkładałem książkę, a później do niej wracałem. W ten sposób udało mi się przeczytać ją do końca.

W rzeczywiście imponującej formie francuski pisarz zaserwował czytelnikom ni mniej ni więcej, tylko „gawędę”, w ramach której obszernie zaprezentował swoje spojrzenie na kulisy funkcjonowania Watykanu. Pod pojęciem „gawędy” rozumiem ględzenie. Rozwlekłe, nudne ględzenie. Myślą przewodnią narracji jest domniemywany (zazwyczaj) przez autora homoseksualizm wśród duchownych (tzw. wyższych i niższych, obecnych i byłych). Jest to z pewnością dobry pomysł na przykucie uwagi na rynku księgarskim, zwłaszcza że poziom merytoryczny narracji idealnie wpisuje się w prawdopodobnie najszerszy możliwy target – ludzi ślizgających się powierzchownie po sprawach Kościoła, karmiących się głównie sensacjami w Kościele, czerpiących o nim wiedzę z kontrowersyjnej publicystyki, a zwłaszcza z chwytliwych nagłówków. Tylko ten target zdolny jest bowiem dostrzec w książce Martela sens, logikę i pożytek. Choć założę się, że ci ludzie – swoim zwyczajem – zamiast „Sodomę” przeczytać, ograniczą się do przejrzenia co bardziej zwięzłych recenzji tej książki.

Niezależnie od tego, czy Frédéric Martel napisałby tę książkę czy nie oraz od tego, ile osób ją kupi i przeczyta, nie można zaprzeczyć, że wśród duchownych faktycznie bywają homoseksualiści. Nie słychać, aby ktoś temu gwałtownie zaprzeczał. Nie znam badań, artykułów ani książek, w których ktoś z pasją dowodziłby, że wśród duchownych nie ma homoseksualistów, a kto by twierdził inaczej, ten głupi. Książka Martela nie jest żadnym „odkryciem ameryki”. Zawiedzie się jednak każdy, kto myśli, że dzięki tej lekturze pozna temat gruntowniej. Biorąc tę obszerną literaturę do rąk, można by oczekiwać – oprócz opisu konkretnych ludzkich sytuacji – także np. analizy procedury naboru kandydatów do stanu duchownego, prześledzenia w sposób pogłębiony (700 stron!) mechanizmów formacji seminaryjnej, poznania sylwetek duchownych, którzy w sposób mniej lub bardziej doskonały próbują radzić sobie z homoseksualną orientacją, prezentacji osobistych zmagań poszczególnych księży… Nic z tych rzeczy. Książka przepełniona jest milionem plotek, aluzji, insynuacji, opinii (autora i jego rozmówców). Zawiera także garść faktów, ale na pierwszy rzut oka bardzo trudno je dostrzec, bo giną w gąszczu opinii, insynuacji, aluzji. Odnoszę wrażenie, że książka zredagowana została w sposób dramatycznie nieudany. Tworzy ona martelowską imaginację „Kościoła” – wspólnoty duchownych, dla których centralną treścią życia i posłannictwa jest relacja do homoseksualistów lub homoseksualizmu. Duchowni Martela tkwią w błędnym kole: albo są gejami albo są gejom przyjaźni albo gejom neutralni albo są radykalnymi przeciwnikami gejów, a to z kolei – zdaniem Martela – potwierdza ich homoseksualizm. „Kościół” Martela jest jak Sodoma. Trwają w nim nieustanne podchody między „parafią” (duchowni przyjaźni gejom lub geje), a tymi, którzy są „parafii” przeciwni. Każdy papież, kardynał, arcybiskup czy nuncjusz jest w swoim zasadniczym światopoglądzie albo gay – frendly albo any-gejem, przy czym duchowny gay-frendly jest dobry, a anty-gej jest obłudny, bo radykalny anty-gej to – wg Martela – gej, tyle że ukryty. Jest też u Martela pewna grupa księży heteroseksualnych, ale oni nie odgrywają w Kościele istotnej roli. I tak przez 700 stron. Zasadniczo bez konkretów.

Zabiegiem, który ma uwiarygodnić opowieść Martela, jest ogromna liczba przeprowadzonych przez autora rozmów, w tym także rozmów z watykańskimi kurialistami (obecnymi i byłymi), z dyplomatami papieża, z innymi duchownymi. Każdy z rozmówców podzielił się z Martelem garścią swoich opinii i plotek na różne tematy. Francuski pisarz pedantycznie wychwycił i wyselekcjonował wątki związane z domniemanym homoseksualizmem duchownych i zbudował z nich tę książkę. Szacunek za pracowitość! Tylko po co to wszystko? Skoro faktami gospodaruje autor nader oszczędnie, a stworzony przez niego obraz Kościoła odbiega od rzeczywistości? Po co ta książka? Żeby kupiło ją jak najwięcej osób, zanim ktokolwiek zorientuje się, że nie warto?

Dwa wątki wydają mi się warte osobnego podkreślenia – każdy z innego powodu. Zapamiętałem z tej lektury postać kardynała Dziwisza. Opisując swoje z nim spotkanie, Martel niezbyt pochlebnie wyraża się o walorach intelektualnych byłego sekretarza Jana Pawła II. Ale zamysł tego spotkania i jego opisu jest inny. Dość obszernie pastwi się Martel w swojej książce nad różnymi mankamentami w sferze zarządzania Kościołem, które miały mieć miejsce za pontyfikatu Jana Pawła II. Niemała część tych mankamentów ma mieć swoje źródło w osobowości ks. Dziwisza i w sposobie sprawowania przez niego funkcji papieskiego sekretarza. Podobno. Martel bardzo krytycznie pisze o Dziwiszu, ale kiedy się z nim spotkał, to zamiast weryfikować swoje ustalenia, oddaje się z przyjemnej pogawędce z emerytowanym arcybiskupem krakowskim. Kard. Dziwisz faktycznie nie wypada w tej rozmowie nadzwyczajnie. Ten wątek odsłania jednak przede wszystkim pokrętną metodologię pracy pisarsko – redaktorskiej Martela. Zbiera opinie na temat danej osoby, po czym spotkając się z tą osobą usiłuje owe opinie uwiarygodnić przez sam fakt spotkania – nie zadaje pytań, nie konfrontuje rozmówcy ze swoimi ustaleniami. „Piszę o Dziwiszu i spotkałem się z Dziwiszem, dlatego to, co napisałem, jest prawdą” – tak mniej więcej wygląda model weryfikacji źródeł u Martela. Czyli kiepsko.

Jest jeszcze jeden wątek, który warto zauważyć. Dotyczy on obszernie przez Martela zaprezentowanej ludzkiej strona życia kurialistów watykańskich. Eminencje i ekscelencje mają swoje ambicje, przywary, dziwactwa, silne sympatie i radykalne antypatie. W żadnym razie nie żyją wyłącznie Eucharystią, sakramentami, liturgią godzin i posługiwaniem ubogim. Martel faktycznie spotkał się z wieloma dostojnikami watykańskimi, z niektórymi w ich prywatnych mieszkaniach. Dość zastanawiające jest praktykowanie ekstremalnie wysokich standardów materialno – bytowych przez niektórych dostojników. Uwzględniając różne zaokrąglenia poczynione być może przez autora, czytelnikowi faktycznie trudno pojąć, dlaczego samotny, straszy facet, nawet wyświęcony na biskupa i nawet ponoszący odpowiedzialność za jakiś obszar spraw Kościoła powszechnego, powinien mieszkać w kilkusetmetrowym mieszkaniu i powinny usługiwać mu siostry zakonne. Mam jednak wrażenie, że wiele z tych spraw dotyczy przeszłości – epoki, która skończyła się w Kościele wraz z odejściem na emeryturę Benedykta XVI. Faktyczne i mentalne zmiany nie zaszły jeszcze wszędzie, ale kierunek wyznaczony przez Franciszka jest czytelny i nieodwracalny.

Podsumowując: książka zawiera być może dobre pomysły na kilka poczytnych felietonów, ale rozwlekanie tak niekonkretnej narracji na kilkaset stron to – nomen omen – grube nieporozumienie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>