Spłukani w Bałtyku…?

Przyznaję się bez bicia, że tytuł trochę odgapiłem z okładki poprzedniego Newsweeka ale  błyskotliwy wielokropek i znak zapytania to już moja własna twórczość, sam pomysł opisania wakacyjnych wydatków – też. Poza standardowym, narodowym dylematem – w góry czy nad morze? – pomysłów na fajne wakacje można dziś mieć znacznie więcej. Nawet nie podejmuję się wyliczanki, żeby nie rozpraszać uwagi własnej i potencjalnych czytelników, bo tym razem nie chodzi o miejsca ale o kasę. Jadąc do dziadków na wieś – wydajemy mało. Lecąc do Tokio – bardzo dużo. Między skrajnościami jest gdzieś około miliona możliwości, spośród których my od kilku lat wybieramy Morze Bałtyckie. Nie towarzyszy temu jakaś pogłębiona refleksja – po prostu „się” tam jeździ. Wcześniej były Władysławowo, Rewal, Wicie, a w tym roku – Jarosławiec. Ta miejscowość była chyba najbardziej przemyślana z wszystkich poprzednich! Przed podjęciem decyzji zastanowiliśmy się bowiem, co będziemy robić (z dziećmi), jakby padało (nauczeni przykładem Wicia). I przypomnieliśmy sobie o Jarosławcu (blisko Wicia), w którym widzieliśmy sporo fajnych rzeczy pod dachem (w przeciwieństwie do Wicia). I po tym momencie poszerzonej refleksji decyzja została podjęta. Nie jestem zwolennikiem sztywnego budżetu na wakacje, niestety. Dlatego nie widzę problemu, żeby do wyobrażeń o wakacyjnych wydatkach (pierwsze podejście do bankomatu) dodać jeszcze inne wydatki (drugie podejście do bankomatu). Czerwona lampka zapala mi się dopiero wtedy, kiedy obydwa podejścia okazują się niewystarczające i trzeba iść po raz trzeci. Wyobrażałem sobie po cichu, że poza kosztami zakwaterowania czteroosobowa rodzina wyda w ciągu 8 dni równowartość iloczynu dni i 100 złotych, może trochę więcej. W sumie wydaliśmy więcej, a konkretnie po podliczeniu wyglądało to tak:

Niektóre wydatki są sztywne i niezmienne, np. paliwo i zakwaterowanie. Dodatkowych przyjemności trudno sobie i dzieciakom odmówić, kilka drobiazgów trzeba też znad morza przywieźć, a jak się zapomina kąpielówek, to trzeba je dokupić. Jedyne pozycje budżetu, które można by zoptymalizować to posiłki. Są dwie szkoły: przywóz albo zakup produktów i korzystanie z własnej kuchni albo stołowanie się „na mieście”. My wybraliśmy model mieszany: śniadania – domowe, obiady i  inne przegryzki – „na mieście”. Podczas podróży też nie preferujemy kanapek tylko restauracyjki i zajazdy. Dlatego budżet zamknął się w kwocie 4.200,00 zł. Czy za te pieniądze moglibyśmy w czwórkę pojechać (polecieć) gdzieś indziej? Myślę, że nie, choć zwiększając pulę do ok. 6.000,00 zł – pewnie już tak. Kto wie, czy tego nie zrobimy w przyszłości, a kluczowym motywem wcale nie będzie rzekoma drożyzna nad Bałtykiem. Pogłębiona refleksja na temat tegorocznych wakacji prowadzi do wniosku, że po pierwsze głupio tak przez cały dzień jechać i jechać przez 11 godzin za kółkiem, a po drugie – nad Bałtykiem panują zbyt ryzykowne warunki pogodowe, jak na wakacje z dziećmi.

 

źródła grafiki:

www.studia.dlastudenta.pl (slider na stronie głównej)

www.biznes.interia.pl (obrazek nad wpisem)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>