Sprawy ks. Charamsy (tekst nieplanowany)

Przed paroma dniami w Tygodniku Powszechnym ukazał się znakomity tekst ks. Krzysztofa Charamsy. Jest to popularno – teologiczny esej na temat wielkiego znaczenia, jakie posiada odpowiednie połącznie treści i formy w uprawianiu teologii. Forma i treść przekazu nie mogą wystawiać autorytetu Kościoła na oskarżenie, że jego przedstawiciele, używają tej samej metody przemocy, którą oficjalnie w świecie zwalczają – napisał autor. Teolog czy filozof chrześcijański, bioetyk czy lekarz inspirujący się nauką chrześcijańską, są w szczególnej mierze odpowiedzialni za język, jakiego używają. Nie mają prawa w imię Prawdy chrześcijańskiej do jakiegokolwiek dyskursu przemocy czy nienawiści – dodaje. Twierdzi także, że na teologu, filozofie czy publicyście chrześcijańskim spoczywa wyjątkowa odpowiedzialność naukowa i moralna. W imię przynależności do wspólnoty religii przeciwnej przemocy nie mogą sobie pozwolić, by ich język przyczyniał się do postrzegania Kościoła, jako motoru tejże przemocy. Jeszcze jedno: Forma i treść przekazu to nie są poziomy całkowicie niezależne i takie być nie mogą, szczególnie w teologii opartej ze swej natury na Objawieniu, gdzie treści podane są przy pomocy ludzkich słów, ale odnoszą się do autorytetu Słowa Bożego. Może się zdarzyć, że treści naukowo (teologicznie) są prawdą, ale forma, jaką się obiera dla ich przekazu, godzi w tę prawdę albo ją tuszuje albo jej zaprzecza – przestrzega ks. Charamsa.

W tym kontekście, wzbogaconym odniesieniami do kilku dokumentów Kongregacji Doktryny Wiary, do literatury, do badań, usytuował autor dorobek publicystyczny ks. Dariusza Oko, poddając go solidnej, metodycznej krytyce. Pewnie tekst nie spowoduje – niestety – większych reperkusji, ks. Oko nie zostanie upomniany ani tym bardziej pozbawiony misji kanonicznej, choć ks. Charamsa skrupulatnie wylicza jego błędy, manipulacje i herezje. Dogmatyzm ks. Oko prowadzi do tworzenia fałszywych teorii, które następnie stają się obiektem jego ideologicznej walki – przeinaczonych, zdeformowanych przedstawień, które nie wiadomo jakiemu krytykowanemu autorytetowi naukowemu można przypisać. Wydaje się, że ks. Oko sam jest autorem wielu tez, z którymi walczy. Do tego tekstu odniosło się w zwięzłym komunikacie biuro prasowe Konferencji Episkopatu Polski, odcinając się od ks. Oko („nie należy do żadnego gremium Konferencji Episkopatu Polski i nie był proszony o jakiekolwiek ekspertyzy dla tejże Konferencji”) i podkreślając, że zarówno ks. Oko, jak i ks. Charamsa w swojej polemice nie reprezentują oficjalnego stanowiska Kościoła katolickiego, działając na własną rękę.

Tekst ks. Charamsy był w Polsce bardzo potrzebny. Przede wszystkim ze względów merytorycznych. Tak celnego odniesienia się do szkodliwej publicystyki ks. Oko nie było wcześniej u nas nigdy (mojego wpisu sprzed kilku miesięcy nie liczę). Medialne pyskówki, w których ks. Oko czasem uczestniczy (głównie z politykami), nie spełniają elementarnych zasad rzeczowej debaty. Tekst ks. Charamsy stanowi więc konstruktywny wkład w dyskusję około teologiczną. Gdyby ks. Oko chciał odnieść się merytorycznie do jego argumentów, ma ku temu  najlepszą okazję.

Jest jednak jeszcze jeden powód, dla którego tekst ks. Charamsy był potrzebny. Chodzi o to, że obnaża on z całą wyrazistością zaściankowy poziom debaty teologicznej w Polsce. Jest u nas grupa medialnie nośnych publicystów katolickich i…? Potem są już tylko komunikaty biura prasowego Episkopatu. Tak się nieszczęśliwie u nas składa, że pluralizm poglądów teologicznych lub około teologicznych jest uważany za podejrzany. Wytworzył się w Polsce popularno – teologiczny minestream, w którym ks. Oko zajmuje ważne miejsce eksplorując swoje ujęcia tematu gender i innych. Ks. Charamsa zaprasza ks. Oko do rzeczowej polemiki na argumenty teologiczne. Co dostaje w odpowiedzi? Nadredaktor Terlikowski był uprzejmy napisać, że ks. Charamsa ma tyle do powiedzenia w imieniu Kongregacji Doktryny Wiary, co każdy zatrudniony w Watykanie cieć, a inny – skądinąd mądry – ksiądz zauważył, że Twitterowy profil ks. Charamsy jest uwikłany w politykę, bo popierał on na nim niepodległość Katalonii, kiedy trwało tam referendum. O odpowiedzi naszego Episkopatu już wspomniałem.

Było też mnóstwo reakcji publicystycznych – one nadal powstają, ale merytorycznie tej rękawicy nikt nie podjął, nie podjął jej zwłaszcza główny adresat polemiki. Szkoda. Każdy, kto przeczytał tekst ks. Charamsy z pewnością dostrzegł jego powagę, siłę rażenia i trafność użytych tam argumentów. Jest się więc do czego odnieść. Zamiast tego mamy jednak do czynienia z deprecjonowaniem autora. Jeszcze raz powtórzę – tekst ks. Charamsy w Tygodniku Powszechnym był i jest bardzo ważnym, konstruktywnym głosem w tej części teologicznej debaty, która toczy się przy otwartej kurtynie, na oczach opinii publicznej.

Kilka dni później stało się coś zupełnie innego. Autor tamtego znakomitego tekstu ujawnił nieznane dotąd opinii publicznej szczegóły dotyczące swojego życia osobistego. Okazało się, że ks. Charamsa jest homoseksualistą, ma partnera, o którym mówi, że to jego narzeczony, jest w tym związku szczęśliwy. Traktuję to jego wyznanie jako akt ściśle prywatny. Ten konkretny ksiądz jest homoseksualistą i postanowił publicznie to ogłosić. Ten akt nie nadaje się do uogólnień, rozdzierania szat, krytyki totalnej – to wydarzenie można oceniać (jeśli ktoś czuje taką potrzebę) tylko jednostkowo. Mimo dramatycznego „manifestu wyzwolenia”. Co innego, gdyby z podobnym oświadczeniem na wspólnej konferencji wystąpiło kilku kardynałów – prefektów watykańskich Kongregacji – wtedy można by pomówić o sensacji wielkich rozmiarów.

Wracając do ks. Charamsy: żyjąc dotychczas w kłamstwie – postanowił to zmienić i żyć w prawdzie. Ta decyzja pociągnie za sobą szereg zmian w jego życiu ale on to z pewnością przewidział i uwzględnił. Mało tego, zachodzą okoliczności, które wskazują, że on to wszystko (uwzględniając znakomitą publikację w Tygodniku) precyzyjnie zaplanował i poniekąd wyreżyserował. Najpierw tekst, o którym było u nas głośno, potem ujawnienie dot. spraw osobistych – wybuchł mały skandal, potem zapowiedź książki o tym, jak to jest ze stosunkiem Kościoła do homoseksualistów. A wszystko w przeddzień Synodu… Czy ktokolwiek kupiłby tę książkę ks. prałata Krzysztofa Charamsy, gdyby nie głośny tekst i medialnie głośne wyznanie? Zbieżność tych kroków nasuwa podejrzenie o wykorzystanie przez księdza mediów do własnych celów. Jako przeciwnik teorii spiskowych – zdecydowanie odrzucam jednak tę interpretację. Wierzę, że to jego przyznanie się do życia w związku homoseksualnym miało przede wszystkim charakter prywatny, osobisty, porządkujący i wierzę, że dużo go kosztowało.

Najważniejsze, aby pamiętać, że to oświadczenie ks. Charamsy, mimo iż medialnie nagłośnione, dotyczy jego spraw osobistych i w żaden sposób nie wpływa na wymowę artykułu w Tygodniku Powszechnym. Ten tekst pozostaje konstruktywnym i bardzo ważnym głosem na rzecz właściwego języka w debacie teologicznej i nie tylko. Zaściankowi polemiści mogą teraz jednak potraktować go w swoim stylu. Będzie im łatwiej. Przez parę dni wydawało się, że z merytoryczną polemiką księdza zatrudnionego w Kongregacji Doktryny Wiary będzie poważny kłopot. Niektórzy gotowi byliby może nawet uznać, że ks. Charamsa może mieć rację w sporze z ks. Oko. Ale skoro jest gejem…?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>