Szkoła – miejsce bezpieczne…?

Wielokrotnie w karierze szkolnej miałem do czynienia z sytuacjami, które można by uznać za niebezpieczne. Z różnych punktów widzenia dane mi było mieć z nimi do czynienia. Dawnymi czasy zdarzało mi się np. być ich sprawcą. Pamiętam, że w klasie II dawnej szkoły podstawowej daliśmy sobie z kolegą po zębach, ponieważ on przywłaszczył sobie taką szklano – kryształową kulkę jednej koleżanki. Chciałem dać mu nauczkę. Kiedy indziej wraz z kolegą wylaliśmy niepostrzeżenie nauczycielce z porcelanowego kubka większość wody, którą pani gotowała sobie przy pomocy starego typu grzałki. Kiedy matematyczna zdziwiła się, że aż tyle wody wyparowało, znacznie więcej niż zwykle, ubaw mieliśmy wielki… Mam też w pamięci sytuację, kiedy z kolegą zaczęliśmy interesować się chemią, co musiało mieć miejsce w okolicach dawnej klasy VI. Wyczytawszy gdzieś, jak spektakularne mogą być doświadczenia w użyciem jednego z kwasów (chyba azotowego) zapytaliśmy otwarcie nauczycielkę, który dokładnie – spośród wszystkich widocznych w pracowni – jest kwasem azotowym. Pani precyzyjnie go wskazała, co bardzo nas ucieszyło. Ale ku naszemu zasmuceniu tuż po lekcji wzięła to naczynie i gdzieś roztropnie wyniosła. Może nitrogliceryny nie wyprodukowalibyśmy ale kto wie, co mogłoby się stać. Dużo później, już jako nauczyciel, pozwoliłem jednemu prawie dorosłemu uczniowi wyjść na chwilę z klasy, bo poprosił o to jego kolega, który przyszedł z zewnątrz. Po kilku minutach uczeń wrócił ale na twarzy miał wyraźne ślady bójki, w tym ślady krwi. Nie powinienem pozwalać mu wychodzić!

Bywałem też świadkiem wydarzeń niebezpiecznych. Jako uczeń widywałem bójki chłopców, dziewcząt – te były wyjątkowo paskudne. Jako pracujący już w branży bywałem też świadkiem sytuacji trudnych, z którymi zwykle starałem się coś robić ale nie zawsze się dawało. Osławiona zabawa w kotka i myszkę z uczniami – palaczami to tylko jeden z przykładów. Pamiętam, że doświadczona nauczycielka opowiadała kiedyś o mrożącej krew w żyłach sytuacji z początków swojej kariery. Jako początkująca została przez starsze stażem koleżanki wysłana w czasie lekcji po kwiaty dla jakiejś solenizantki z grona. Nauczyciele się zrzucili – ktoś musiał tylko skoczyć do pobliskiej kwiaciarni. Padło na nią. Zadała więc klasie jakieś zadania (to było na matmie) i poszła. Kiedy wracała, zobaczyła przy szkole zaparkowany ambulans. Od razu wyobraziła sobie jakieś nieszczęście w klasie, którą na parę minut zostawiła bez opieki. Tego, co wtedy przeżyła, nie zapomni nigdy! Przejście parunastu metrów chodnikiem i wejście po schodach do klasy – to były najdłuższe minuty w jej życiu. Okazało się, że pogotowie przyjechało w innej, drobnej sprawie. Nie powinna zostawiać uczniów bez opieki!

Szczególnym doświadczeniem było jednak zarządzanie bezpieczeństwem uczniów i nauczycieli w szkole. Ponosząc przez kilka lat odpowiedzialność za całokształt funkcjonowania gimnazjum, szczególnie zależało mi na tym, aby uczniowie (i nauczyciele) byli w szkole bezpieczni (na innych sprawach też mi zależało, ale bezpieczeństwo było najważniejsze). Mając w pamięci własne doświadczenia oraz to wszystko, czego byłem bardziej lub mniej aktywnym świadkiem, zdawałem sobie sprawę, że nie ma takiego systemu, który wyeliminowałby wszelkie ryzyka i zapobiegł wszelkim możliwym incydentom. Jedyne, co można i trzeba było zrobić, to trzymać się konsekwentnie określonych zasad. Ktoś walnął się (został walnięty) w głowę – wzywamy pogotowie, dzwonimy do rodziców, sporządzamy notatkę. Ktoś komuś coś bardzo złego zrobił – wzywamy policję, dzwonimy do rodziców, sporządzamy notatkę. O skierowaniu sprawy do sądu rodzinnego, co parę razy także miało miejsce, zawsze decydowaliśmy wspólnie: z rodzicami, z grupą nauczycieli, co najmniej z pedagogiem. Ktoś przychodzi ze skargą – słuchamy skarżących, sporządzamy notatkę, wyjaśniamy okoliczności. Zawsze też wyciągamy konsekwencje: obniżona ocena z zachowania, nagana dyrektora szkoły, zakaz udziału w rekreacyjnych imprezach szkolnych itp. Nie wszystko działało idealnie. Czasem pogotowie, po wysłuchaniu opisu zdarzenia, odmówiło przyjazdu. Policja przychodziła po 40 minutach, piechotą albo zapraszała do siebie – na popołudnie. Skarżący się na uczniów okoliczni mieszkańcy też czasem nie zasługiwali na poważne traktowanie. Natomiast notatka służbowa zawsze zawierała odniesienie do następującej kwestii: czy nauczyciel, który był zobowiązany do pełnienia opieki nad uczniami, był w momencie zdarzenia na miejscu?

Ideał bezpieczeństwa był daleko przed nami. Stworzyliśmy jednak naszym gimnazjalistom jakiś przedsionek dorosłego życia, w którym obowiązują określone zasady. Za ich wzorowe przestrzeganie – były co semestr nagrody (bilety do kina lub na basen), a za ich naruszanie ponosiło się określone konsekwencje. Tylko tyle i aż tyle. Były szkoły, w których dyrektorzy, egzekwując zasady, posuwali się znacznie dalej. Kto wie, czy ich oddziaływanie wychowawcze nie było bardziej skuteczne? Ktoś np. zapraszał do szkoły policjantów z psem wyszkolonym do rozpoznawania narkotyków. Pies przechadzał się w czasie lekcji między stolikami, obwąchując tornistry, a kiedy coś wywąchał – delikwent szedł na dokładniejsze przeszukanie. Jeśli coś ustalili lub znaleźli – gość był zatrzymywany i wyprowadzany ze szkoły na przesłuchanie. Wrażenia przyklejonych do okien twarzy musiały być mocne! Podobno jednak to nie było do końca zgodne z prawem… Ktoś inny wprowadził zasadę przesiewowego sprawdzania moczu! W sposób niezapowiedziany wybrany pracownik szkoły mógł podejść do losowo wybranego ucznia/uczennicy i wręczając specjalne naczynie poprosić o udanie się do toalety w celu oddania moczu. Następnie był przekazywany ten mocz do analizy pod kątem obecności narkotyków. Jeśli coś znaleźli – delikwent, na podstawie zawartego kontraktu, był usuwany ze szkoły (formalnie – sam rezygnował). Ale to też legalne nie było… A że skuteczne – co z tego?

Dla rodziców bardzo ważne jest to, czy syn lub córka wrócą do domu z „5”, „6”, a także to, czy wrócą do domu z białoczerwonym paskiem na świadectwie albo z nagrodą. Ale najważniejsze jest, aby dzieci codziennie wracały ze szkoły do domu bezpieczne! Szkoła – niestety – nie może tego w pełni zagwarantować, bo szkoła to ludzie. Ale może, ba – musi konsekwentnie stosować przejrzyste i znane wszystkim zasady postępowania – one także, a może przede wszystkim one, składają się na poczucie bezpieczeństwa.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>